Powroty – poza Nadrzeczną (14)

Odbieram w kwiaciarni róże owinięte w folię i zastanawiam się, jak się czuje osoba, której przyniesiono bukiet kwiatów? Sam naprawdę nigdy kwiatów nie dostałem, więc tego nie wiem i zapewne się nie dowiem. – „Przepraszam, bo to nie mój interes, ale zapytam z ciekawości, dla kogo pan kupuje takie piękne kwiatki?” – pyta pani kwiaciarka. – „Dla swojej najwierniejszej czytelniczki” – odpowiadam. – „A to pan pisze?” – dialog jest kontynuowany. – „Nie, to za dużo powiedziane, po prostu przelewam myśli na papier.”

Powroty – poza Nadrzeczną (13)

Powód mojej wizyty w kwiaciarni jest prosty, zamierzam kogoś odwiedzić, a ponieważ to kobieta, więc bez kwiatów wybrać się nie można. Jak sobie przypomnę szczenięce lata, to wszędzie w naszym otoczeniu były kwiaty, poczynając od domowych pelargonii w doniczkach na oknie, poprzez piwonie u babki w ogródku przed domem, gdzie wpadała mi piłka i dostawałem cięgi za poczynione zniszczenia, aż do ogrodu pełnego róż u drugiej babki, która je hodowała na sprzedaż i pilnie strzegła przed intruzami, nie mówiąc o bzach i akacjach rosnących na dziko w obu ogrodach, o chabrach i niezapominajkach na łąkach, liliach w rzece, makach na polach i konwaliach w lesie, do chryzantem na cmentarzu.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (12)

Po dalsze przygody na ul. Warszawskiej i w okolicach udaję się taksówką. Idę więc na postój taksówek ukryty zaraz za pl. Kościuszki, w bocznej uliczce, chyba Grodzkiej, i proszę o kurs nie gdzie indziej, tylko na postój taksówek. Dokładnie tak, chcę autentycznie jechać na postój taksówek, i to nie jest żaden kabaret. Mogę być pierwszym klientem w historii miasta, który chce jechać taksówką z jednego postoju taksówek na drugi i za to zapłacić. Wybieram postój docelowy przy Rynku, czyli koło pl. Jana Pawła II.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (11)

Cukiernia, to już koniec ul. Warszawskiej. Jeszcze kilka sklepów i dochodzimy do pl. Kościuszki. Ktoś mi podpowiedział, że tam jest punkt usługowy, w którym mogę się podłączyć do Internetu, a właściwie użyć komputera połączonego z Internetem. Tam więc zmierzam i po drodze przypominam sobie dawny wygląd placu, ławki w parku, postój taksówek, kino Nysa, komenda milicji, ale trwa to tylko chwilę, bo szybko dochodzę do celu i biorę się za swoją robotę.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (10)

Z apteki kierunek jest już tylko jeden – cukiernia „Staropolska”. Bardzo lubię do niej chodzić, lecz zawsze czynię to z obawą, że dam się naciągnąć na jakieś słodycze lub inne smakołyki, bo szczególnie uwielbiam rurki z kremem, lecz nie jadłem ich już parę lat, odkąd stałem się weganinem.

Janusz Zalewski

„Emigranci” Mrożka w Teatrze Polskim

Sławomir Mrożek był znany ze swego ciętego i abstrakcyjnego dowcipu, że przytoczę jeden, który do niego bardzo pasuje, choć nie jestem pewien skąd go pamiętam. Siadając przy barze, autor lub jego bohater mówi do obsługi: – „Poproszę o szklankę wody.” – I patrząc wyczekującemu barmanowi w oczy dodaje: – „I coś do popicia.”

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (9)

Po wyjściu od waluciarza, czas się ruszyć w stronę placu Kościuszki, bo spędziłem za dużo czasu na i wokół skwerku z pomnikiem, ale to chyba dlatego, że jest to centralny punkt ul. Warszawskiej i wiele rzeczy i wydarzeń wokół niego się koncentruje.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (8)

Ciągle medytuję na skwerku pod pomnikiem w centrum Warszawskiej, kolesie zmienili się już ze trzy razy, a ja – napisawszy o księgarzach, zegarmistrzach i tknąwszy odrobinę fotografów, którym należy się znacznie więcej niż potraktowanie w kilku akapitach – zbieram myśli w jaki zawód by tu teraz uderzyć, i ponownie widzę kamienicę Brudnickich, a w niej kantor wymiany walut. I przypominam sobie, bo jest to zadziwiające, jak do niego trafiłem.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (7)

Mały incydent prześwietlenia taśmy u fotografa po kręceniu filmu mógł się przydarzyć albo nie, bo fotograf twierdził, że prześwietliliśmy go my sami. Faktem jest, natomiast, że ten zawód, bardziej niż jakiekolwiek inne rzemiosło, wymaga wyjątkowego profesjonalizmu, bo jest oparty na rozwoju technologii. Aczkolwiek kontakt z fotografami ostatnio miewałem rzadko, robiąc co najwyżej zdjęcia paszportowe lub do wizy na Białoruś, to wiem dobrze, że aby utrzymać się w zawodzie muszą oni być bardzo profesjonalni i nadążać za rozwojem technologicznym, bo w przeciwnym razie czeka ich zawodowa śmierć. Dotyczy to zarówno małych jak i dużych firm, a najlepszym przykładem jest firma Kodak, która w szczytowym okresie powodzenia nie zadbała dostatecznie o rozwój innowacyjny i po nadejściu fotografii cyfrowej, mimo że w efekcie włączyła się w ten nurt, to bardzo szybko upadła i musiała poddać się bolesnej restrukturyzacji.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (6)

Ból w skręconej na schodku stopie w zasadzie mi ustąpił, chyba od samego siedzenia i lekkiego masażu przez skarpetkę, przy czym zawsze przypomina mi się „Kompleks Portnoya”, i poczułem się znowu tak że nawet mógłbym komuś dokopać, więc rozglądam się dookoła, z ławki na niewielkim skwerku między zegarmistrzem a księgarnią, i czuję się prawie jak na rynku w Pradze, skąd właśnie wróciłem, gdzie czas płynie wolniej nawet w XXI. wieku, choć pomnik św. Piotra, na który teraz patrzę, to nie pomnik Wacława, mimo że wyrzeźbiony przez mojego brata, Marka, a niewielki placyk to nie Václavské náměstí, no i turystów znacznie mniej, ale toutes proportions gardées, jestem przecież w Ciechanowie i nie zamierzam tego zmieniać, a zresztą ja sam, mimo że piszę, to nie jestem znowu żaden Hašek ani Hrabal, i „Pociągów pod specjanym nadzorem” bym nie napisał.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (5)

Wyszedłszy z księgarni, będąc idealnie obsłużonym, niczym w latach sześćdziesiątych, zastanawiam się dokąd teraz się udać po następną przygodę, a możliwości zauważam dwie, obie w zasięgu wzroku: po lewej zegarmistrz a po prawej kantor wymiany walut. Wiem, że w obu miejscach będę bardzo życzliwie przyjęty, zatem ruszam przed siebie i rzuca mnie trochę bardziej w lewo, więc wybieram zegarmistrza, gdzie droga wiedzie po schodkach.

Powroty – poza Nadrzeczną (4)

Od zakładu fryzjerskiego „Nina” do księgarni na Warszawskiej jest przysłowiowy rzut beretem, a kiedyś było jeszcze bliżej, gdy istniała księgarnia na obecnej ul. Mikołajczyka, kiedyś – Duracza, tu gdzie teraz jest drogeria. Skręcam więc od Niny za róg i po przejściu paru kroków widzę już Warszawską na całej długości, nie tylko księgarnię, ale też zegarmistrza po schodkach, kantor wymiany walut, zaraz obok byłego hotelu Polonia i inne miejsca gdzie bywam w sprawach drobnych lub ważniejszych.

Powroty – poza Nadrzeczną (3)

Tym razem wchodzę do Igiełki i mówię, że chciałbym paniom pokazać swoje pośladki. Panie otwierają szeroko oczy ze zdumienia a może i z przerażenia, bo czasami może im się naprawdę trafić jakiś wariat, a ja odwracam się tyłem i ujawniam zaszytą na okrętkę dziurę w dżinsach, którą nabyłem siadając na gwoździu wystającym ze skrzyni, gdy chciałem się trochę zrelaksować, a teraz chciałbym załatać to bardziej profesjonalnie, ale na szczęście po obejrzeniu spodni paniom udaje się wyperswadować mi, że spodnie w zasadzie dobrze na mnie leżą i dodają mi przystojności, ale są już trochę znoszone i nie zostało im specjalnie dużo żywota, więc jeszcze jedna łata, nawet dobrze zrobiona, nie doda im specjalnego splendoru, zatem należałoby je raczej oddać już na szmaty. Panie mówią z taką stanowczością, z takim sarkazmem w głosie, i tak przekonywająco, że tym razem im się poddaję, ale zapowiadam wizytę z inną parą dżinsów, trochę mniej znoszonych, żeby w nich wymienić podarte kieszenie.

Powroty – poza Nadrzeczną (2)

Tak naprawdę było, że poszedłem niedawno do szewca i mówię, że chciałem z niego zrobić krawca, a on na to z humorem: – „Dobrze, że nie krawcową!” Pamiętam z czasów wizyt w zakładzie szewskim dziadka, że to dla szewca była obelga. Szewcami byli mężczyźni, a krawcami – kobiety, ogólnie rzecz biorąc w mojej rodzinie.

Po Salonie Poezji bitniczek w Teatrze Polskim

Salon poezji 8. marca by trzecim z kolei w ciągu ostatnich trzech lat, którego byłem animatorem. Dwa poprzednie odbyły się w listopadzie 2012 i 2013 roku, zatytułowane, odpowiednio: „Bitnicy: Ginsberg contra Bukowski” i „Magiczna polskość: poezja polskich Amerykanów”. Relacje fotograficzne z obu wydarzeń są dostępne na stronie internetowej Teatru, w dziale „Cykle i wydarzenia”, a salon „Magiczna polskość” został sfilmowany i jest do obejrzenia na youtube pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo

Powroty – poza Nadrzeczną (1)

Ulica Nadrzeczna miała własną i niepowtarzalną atmosferę, ze swoimi przeróżnymi zakładami, domami i ludźmi, których pamięta się na zawsze i odpowiednio często do nich wraca. Ale Nadrzeczna, mimo swojego mikroklimatu i niezwykłej atmosfery, nie była jedyna w tym mieście. Małemu szczeniakowi nie było jednak dane doświadczać zbyt wielu przygód na innych ulicach, mimo że chciałoby się pójść o wiele dalej, jak choćby na cukrownię lub na stację kolejową, które przy odrobinie szczęścia można było zobaczyć w oddali, gdy po kryjomu, ze strachem w oczach i trzęsącymi się portkami, weszło się na wieżę w Zamku.

Powroty – ulica Nadrzeczna (8)

Nieoczekiwana przygoda we młynie przyprawiona erotycznym ekscesem z Bronką, która poddawała się zalotom młynarzy, tak mną wstrząsnęła, że wybiła mnie w ogóle z życiowego rytmu, który polegał na szkole, odrabianiu lekcji, czytaniu encyklopedii od A do Z, takimże czytaniu słownika języka angielskiego, okazyjnej grze w palanta, zamiataniu ulicy za karę, przyglądaniu się pracy kowala i

Zdarzenia nad Zatoką San Francisco (11)

Na marginesie marginesu: poetki pokolenia beatu

Simone Weil argumentowała, że nie widać końca walki między między tymi, którzy są podporządkowani, a tymi, którzy wydają rozkazy. Grupy dominujące nie oddają swoich przywilejów, chyba że są zmuszone. Czesław Miłosz O znaczeniu Simone Weil, 1960 Miłoszowskie „Widzenia nad Zatoką San Francisco” są niesłychanie inspirującą lekturą, albowiem zmuszają czytelnika do myślenia i zgłębienia ich niezliczonych

Powroty – ulica Nadrzeczna (3)

Po incydencie w bazie samochodowej, Henio też popadł w niełaskę u mojej mamy, więc nudziłem się jak mops zbijając bąki w ogrodzie dziadków, bo na dodatek dostałem „zakaz opuszczania koszar”. Ogród rozciągał się od ulicy do samej rzeki i sam w sobie stanowił znaczną atrakcję, ze względu na jabłka papierówki i antonówki, śliwki węgierki i gruszki klapsy i inne niżej rosnące owoce na krzakach. Ku niezadowoleniu mojej babki, częste i nieuprawnione wizyty w tym ogrodzie składali moi koledzy z ulicy, czasami rozcinając siatkę. Właśnie przez taką dziurę w siatce wydostałem się na sąsiednią posesję, która należała do młyna, a przynajmniej była do niego przyległa.

Powroty – ulica Nadrzeczna (2)

Kiedy matka wyjmowała mnie z grupy biegnących do browaru po piwo dla kowala, zatrzymywałem się i zawracałem w pół drogi. Szedłem w kierunku domu ze spuszczoną głową, powłócząc nogami. Ku mojemu szczęściu, przed domem zwykle siedział na progu lub na krawężniku i czekał na mnie Henio, jedyny chłopak z Nadrzecznej, z którym matka pozwalała mi się bawić. Taki był dobrze ułożony, że nie miał nawet ksywy, jak wszyscy inni z ulicy. Ojciec Henia był urzędnikiem w bazie samochodowej MHD, czyli Miejskiego Handlu Detalicznego, mieszczącej się też przy Nadrzecznej dokładnie naprzeciwko domu moich dziadków. Tamże, w mieszkaniu służbowym, mieszkał Henio wraz z całą rodziną.

Powroty – ulica Nadrzeczna (1)

Nazwiska kowala z Nadrzecznej chyba nikt nie znał. Mówiło się o nim, po prostu, Kowal. Biegaliśmy po lekcjach do jego kuźni, na rogu Przasnyskiej, popatrzeć jak podkuwał konie. Miał wielkie kowadło, nad którym stał z ciężkim młotem i kuł podkowy. Od czasu do czasu, odwracając się do paleniska, wkładał do niego podkowę trzymaną w ogromnych szczypcach i przyciskając stopą miechy dmuchał w rozżarzone węgle, rozpalając je jeszcze bardziej, żeby podkowa łatwiej poddała się obróbce, po czym powracał do kowadła wykuwając w niej potrzebny kształt. Potem wkładał podkowę do wanny z zimną wodą, żeby się zahartowała, czego znaczenia dobrze nie rozumieliśmy, ale okrutnie podobało nam się jak woda syczała i parowała pryskając spod rozpalonej podkowy. Wreszcie, podnosząc koniowi nogę, pasował podkowę do kopyta i mocował wbijając w nią uprzednio przygotowane hufnale.