Powroty – poza Nadrzeczną (3)

Podziel się:
Tym razem wchodzę do Igiełki i mówię, że chciałbym paniom pokazać swoje pośladki. Panie otwierają szeroko oczy ze zdumienia a może i z przerażenia, bo czasami może im się naprawdę trafić jakiś wariat, a ja odwracam się tyłem i ujawniam zaszytą na okrętkę dziurę w dżinsach, którą nabyłem siadając na gwoździu wystającym ze skrzyni, gdy chciałem się trochę zrelaksować, a teraz chciałbym załatać to bardziej profesjonalnie, ale na szczęście po obejrzeniu spodni paniom udaje się wyperswadować mi, że spodnie w zasadzie dobrze na mnie leżą i dodają mi przystojności, ale są już trochę znoszone i nie zostało im specjalnie dużo żywota, więc jeszcze jedna łata, nawet dobrze zrobiona, nie doda im specjalnego splendoru, zatem należałoby je raczej oddać już na szmaty. Panie mówią z taką stanowczością, z takim sarkazmem w głosie, i tak przekonywająco, że tym razem im się poddaję, ale zapowiadam wizytę z inną parą dżinsów, trochę mniej znoszonych, żeby w nich wymienić podarte kieszenie.

Tym razem wchodzę do Igiełki i mówię, że chciałbym paniom pokazać swoje pośladki. Panie otwierają szeroko oczy ze zdumienia a może i z przerażenia, bo czasami może im się naprawdę trafić jakiś wariat, a ja odwracam się tyłem i ujawniam zaszytą na okrętkę dziurę w dżinsach, którą nabyłem siadając na gwoździu wystającym ze skrzyni, gdy chciałem się trochę zrelaksować, a teraz chciałbym załatać to bardziej profesjonalnie, ale na szczęście po obejrzeniu spodni paniom udaje się wyperswadować mi, że spodnie w zasadzie dobrze na mnie leżą i dodają mi przystojności, ale są już trochę znoszone i nie zostało im specjalnie dużo żywota, więc jeszcze jedna łata, nawet dobrze zrobiona, nie doda im specjalnego splendoru, zatem należałoby je raczej oddać już na szmaty. Panie mówią z taką stanowczością, z takim sarkazmem w głosie, i tak przekonywająco, że tym razem im się poddaję, ale zapowiadam wizytę z inną parą dżinsów, trochę mniej znoszonych, żeby w nich wymienić podarte kieszenie.

Wychodzę od Igiełki ze świadomością, że dżinsy, w których chodzę, nadają się już tylko na szmaty, ale tak mi ich żal i rozmyślam, w jaki sposób człowiek tworzy sobie swój własny obraz dla otoczenia i jak otoczenie tworzy jego obraz dla siebie? Taki wizerunek własny, na co media mówią teraz imidż, a kiedyś mówiły imaż, z akcentem na „a”. Myślę o tym, czy „KLIENT NASZ PAN”, z bajki Szczepana o szpanie, nie jest przypadkiem formułą, która dotyczy każdego z nas? Bo niby dlaczego muszę nosić buty z czarnej skóry właśnie z podwójną klamrą, których nikt już nie produkuje, a mnie udaje się czasem kupić nie noszone marki Cole Hahn lub Johnston & Murphy, których szukam w sklepach po całej Ameryce, a które zauważa tylko obsługa na lotniskach, gdy prześwietlają mnie na zawartość materiałów wybuchowych i mówią o butach – „Ale klasa!”, gdy przechodzę przez bramkę. Bo niby dlaczego muszę chodzić w kurtce skórzanej Levi-Straussa i łatać w niej dziury, bo nigdzie już takiej samej nie kupię, nawet na eBay, i czy warto to robić tylko dlatego, żeby raz na rok ktoś się odezwał, po obejrzeniu salonu poezji „Magiczna polskość” na youtube, i powiedział, że chętnie kupiłby mi nową? Bo niby dlaczego każę sobie przerabiać dwie czapki na jedną, żeby zastąpić tę zużytą, którą ciągle noszę, a którą chiński producent już kilka lat temu przestał je dostarczać do pośrednika Living Arts, gdzie je kupowałem? Bo niby dlaczego spinam włosy w kucyk i na dodatek zawiązuję go w niewielką pętelkę, czy po to żeby czasami ktoś wziął mnie pomyłkowo za artystę, którym przecież nie jestem? Kogo niby chcę tym wszystkim imitować, samego siebie, bo nie ma takiego drugiego indywiduum? A może robię to po to, żeby zademonstrować jakąś przynależność lub wprost przeciwnie – niezależność?

Włócząc się po świecie i biorąc udział w różnych konferencjach naukowych na tematy komputerowe, spotykam najprzeróżniejszych ludzi w mojej profesji i niekiedy są to ludzie nadzwyczaj interesujący, czasem trafia się nawet noblista. Ale równie często są to też ludzie pełni głębokiego uznania i estymy dla komputerowców, jako specjalnej części ludzkiego gatunku, która rozumie zachowanie maszyn elektronicznych, a nawet – muszę dodać – potrafi na to zachowanie wpływać. Na jednej z tych konferencji, prelegent z pewnego amerykańskiego banku, sam nienagannie ubrany jak przystało na bankiera, w błyszczący garnitur i takiż krawat, zanim zaczął referować ich osiągnięcia w dziedzinie zapewniania bezpieczeństwa oprogramowania, przedstawiając obecnym swoją firmę niedbale nadmienił, chyba żeby wzbudzić uznanie wśród osób na sali konferencyjnej, że w pracuje w niej wielu osobników z włosami spiętymi w kucyki (jak się wyraził po angielsku: pony tails). Cóż więcej trzeba, żeby uchodzić za członka klanu programistów?

Kiedy rozmyślam tak po wyjściu od Igiełki, wlokąc się ulicą 11. Pułku Ułanów Legionowych, przypominam sobie że niedawno czytałem sprostowanie podobnej nazwy – 11. Pułku Ułanów Zaniemeńskich. Jak mówiło ogłoszenie, prawidłowa nazwa brzmi: Pułk 11. Ułanów Zaniemeńskich, co mnie wcale nie zdziwiło, bo w końcu nazwa to też część wizerunku, a szczególnie – wizerunku pułku, tak samo ważnego jak wizerunek banku, i należy jej używać zgodnie z treścią. Ale idę dalej ledwo powłócząc nogami i nie wiem co ze sobą zrobić, bo ulica 11. Pułku w tym rejonie nie należy do najbardziej interesujących, gdy uderza mnie w oczy szyld „Salon Fryzjerski Nina”, i w mgnieniu oka przychodzi mi do głowy myśl, że najdoskonalszym wcieleniem aparatu do wytwarzania naszego pożądanego wizerunku jako osoby jest nie krawiec, nie szewc, nie czapnik, a fryzjer, właśnie fryzjer, a dokładniej mówiąc – fryzjerka.

Fryzjerki, wspomagane przez swoje narzędzia, jak nożyczki, maszynki do strzyżenia, grzebienie, szczotki do włosów, suszarki, lustra i lusterka, farby, spraye, brylantyny i inne akcesoria, są najbardziej naturalnie ludzkim instrumentem stworzonym do poprawy naszego wizerunku, bo pracują bezpośrednio z częścią naszego ciała, którą są włosy, a nie jak krawcy, szewcy lub czapnicy, z materiałem nakładanym na nasze ciało. Powiedzmy, że chciałbym zrobić na piękną, pewną hipotetyczną damę – nazwijmy ją Marzena – z którą wybieram się na zabawę karnawałową. Mogę Marzenie kupić nie wiem jak piękną sukienkę, nie wiem jakie buciki, nie wiem jakie nakrycie głowy lub kolczyki, ale nic tak nie rozjaśni jej buzi jak ulubiona fryzura! A więc powiedziałbym, że miarą tego, jak chcemy wyglądać dla otoczenia, miarą naszego wizerunku jest fryzura, a fryzjerki i fryzjerzy, adepci fryzjerskiego fachu, potrafią zrobić nasze panie Marzeny na bóstwo, żeby były ubóstwiane, nie tylko kochane lub uwielbiane, ale właśnie ubóstwiane, w swoich boskich fryzurach, dających im boski wygląd.

W czasach szczenięcych, kiedy z fotela fryzjerskiego nie sięgałem nawet nogami do podłogi, a żeby na niego usiąść dostawiano mi specjalny stołek, w mojej okolicy, tj. w Rynku z przyległościami, najpopularniejszym fryzjerem, który wydawał się niezastąpiony, był pan Stańczak. Przez długi czas chodziliśmy do niego regularnie razem z ojcem. Strzyżenie było w stylu „wysoko po męsku” – tak przypilała mnie i ojca matula. Ja byłem strzyżony pierwszy, żebym po skończeniu mógł się oddalić i zostawić panów na pogawędkę, ale rzadko korzystałem z tej sposobności, bo fascynowało mnie obserwowanie golenia ojcowskiego zarostu i zawsze zostawałem dłużej niż trzeba. Ojciec siadał na fotelu, opierał głowę o specjalnie wysuwany zagłówek, fryzjer zakładał mu pod szyję krótki biały fartuch, który zawiązywał z tyłu, żeby się dobrze trzymał, i rozpoczynał namydlanie. Wyjmował z szuflady specjalny pędzel, o długości mniej więcej wiecznego pióra, z którego bakelitowego uchwytu wystawała równiutko garść mniej lub bardziej sztywnego włosia, najpewniej z końskiego ogona, maczał go w wodzie, wyciskał z ołowianej tuby krem mydlany, rozrabiał go z wodą na pianę w niewielkiej porcelanowej miseczce i rozprowadzał pędzlem po całej twarzy, smarując ojcu policzki i szyję. Mówił przy tym cały czas, rozwlekle, o wynikach ostatnich meczów pierwszej ligi piłkarskiej i związanych z tym zakładach totalizatora, które na ogół przegrywał, jak twierdził dlatego, że mecze były ustawione. Ojciec, z twarzą pokrytą pianą, niewiele się odzywał, tylko mruczał często, wyrażając aprobatę lub sprzeciw dla monologu pana Stańczaka.

Gdy fryzjer uznał, że twarz jest dostatecznie namydlona i gotowa do golenia, wyjmował brzytew z futerału zawieszonego na lustrze, przeciągał nią kilka razy po skórzanym pasku, luźno zwisającym z tegoż lustra, jakby ją ostrząc, co nazywało sie wecowaniem i zaczynał skrobać ojcu po twarzy, zbierając z niej mydlaną pianę i zarost spod mydła. Po dwóch, czasami trzech ruchach, wycierał brzytew w fartuch i kontynuował golenie. Zawsze zaczynał od prawego policzka, potem golił lewy, a kończył na skrobaniu szyi. Ale czasem nawet najlepszym fryzjerom, jak pan Stańczak, zdarzały się zacięcia, i to na tak perfekcyjnie okrągłej twarzy, jaką miał mój ojciec. W takim wypadku, fryzjer spryskiwał mu twarz wodą kolońską, starannie ją wycierał ręcznikiem, i smarował miejsce zacięcia lapisem, żeby przyschła krew, po czym wyciągał małą dmuchawkę z gumową bańką, przyciskał bańkę kilka razy, żeby dmuchnąć powietrzem na zacięcie i lepiej je dosuszyć, a przy tym zdmuchiwał też z twarzy resztki włosów po goleniu. Podczas całej operacji golenia, nie tylko obserwowałem co się działo z zarostem ojca, ale pilnie studiowałem całą dostępną na stoliku prasę, głównie pokrewną sportowej, jak Przegląd Sportowy i Motor, ale też popularną, od Przekroju do Nowej Wsi, często odpowiadając na pytania fryzjera lub strzyżonego delikwenta, kto strzelił ile bramek, w której kolejce ligi, w której minucie usunięto z boiska którego piłkarza i czy kontuzjowany Pele zagra w następnej kolejce.

Tycha pod murem

Tycha pod murem

Ostatni raz odwiedziłem zakład pana Stańczaka już będąc w liceum. Przyszło nam wtedy do głowy z kumplem o przezwisku Tycha, żeby zrobić sobie fryzurę na znanego aktora. Wybieraliśmy się na jakąś prywatkę i chcieliśmy przypodobać się koleżankom i ogólnie rozweselić trochę towarzystwo. Ja podpatrzyłem francuskiego aktora o nazwisku Alain Delon, który czesał się w chryzantemkę, jak nazywały to moje siostry, a Tycha koniecznie chciał sobie zrobić fale a la Marlon Brando. Fryzura Tychy przetrwała na fotografii, ale dla mnie skończyło się to niepomyślnie, tzn. mogło się niepomyślnie skończyć, bo poszedłem w tej fryzurze na zabawę taneczną do TOR-u, tj. świetlicy zakładów Technicznej Obsługi Rolnictwa i tam spodobałem się jednej Baśce ze Śmiecina, z którą zacząłem ściskać się w tańcu, co nie przypadło go gustu miejscowym chłopakom i chcieli mi wkropić. Uratował mnie jeden z grajków z zespołu muzycznego, z którym byłem zaprzyjaźniony, Kaluch, który zszedł ze sceny, szepnął parę słów do ucha jednemu z żuli, i odchodząc rzucił w moim kierunku: – „Nikt cię tu Zalo nie ruszy.” Ale z żalem stwierdzam, że z Baśką już więcej tego wieczoru nie zatańczyłem.

I teraz dochodzę do Ninki, a ściślej mówiąc do salonu fryzjerskiego „Nina”. Zaraz przy wejściu, Ninka, jak zawsze z poczuciem humoru, który pamiętam jeszcze z czasów, jak pracowała w „Praktycznej Pani”, pyta: – „A jaką pan sobie dziś życzy fryzurę, warkocz, kok czy loki?” – żartując sobie z mojej skąpej grzywki. Z Ninką znamy się od dziecka, bo oboje wyrastaliśmy na ulicy Nadrzecznej, mieszkając dokładnie przy młynie, po przeciwnych stronach, ja w domku po prawej a jej rodzina po lewej, tyle że w tamtym okresie nie interesowałem się dziewczynkami, więc niewiele mogę o tej znajomości powiedzieć. Mogę natomiast powiedzieć trochę – i tu uwaga – o nadawaniu kształtu liściom! Tak, wcale nie żartuję, to też ma wiele wspólnego z kształtowaniem wizerunku, tylko że w tym przypadku, jest to wizerunek nie człowieka, a przedmiotu – ukształtowanego na życzenie człowieka. Córka pani Niny, Joanna, wzbudza mój podziw i uznanie do tego stopnia, że o ile mam szacunek dla ludzi każdego zawodu, to do niej czuję zwyczajny respekt. Z doktoratem Politechniki w Zurychu (ETH – Eidgenössische Technische Hochschule), jednej z najlepszych uczelni w Europie, kórej dyplomy posiadali, m.in., Albert Einstein i twórca architektury komputerów, których wszyscy dzisiaj używamy, John von Neumann, pani Joanna zajmowała się genetyką roślin i biologią molekularną, i wykonywała w laboratorium eksperymenty, w które trudno laikowi uwierzyć – nadawanie kształtu liściom. Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć więcej na ten temat, to zachęcam do przeczytania rozmowy z p. Joanną, którą opublikował Andrzej Kaluszkiewicz, w tomie „My z Krasiniaka” (CEDOZ, Warszawa, 2010). Opowieść Joanny w tej książce nie ma sobie równych, a są tam też historie, m.in., profesorów Jerzego Bralczyka i Andrzeja Rzeplińskiego, nie wspominając o kilkunastu innych. Proponuję małą próbkę tekstu, w odpowiedzi na pytanie o krótką charakterystykę badań molekularnych: „Moje badania skupiały się na sprawdzeniu co ma wpływ na określony kształt liścia i kiedy i gdzie jest to zdecydowane. […] Jednym z moich odkryć było pokazanie, że duży wpływ na kształt liści ma elastyczność ścian pojedynczych komórek na jego brzegach.”

Kilka lat temu nie wytrzymałem i przy okazji pobytu przy granicy szwajcarskiej, gdzie mieszkają moje wnuki, zadzwoniłem do Joanny proponując spotkanie na neutralnym gruncie w pobliskim, niewielkim szwajcarskim miasteczku, Schaffhausen. W przepełnionej turystami kawiarence, otoczeni rodzinami, przy piwie z lokalnego browaru, rozmawialiśmy naturalnie o kształcie liści chmielu.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.

Copyright 2015 by Janusz Zalewski

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Zmiana Konstytucji: logicznie, sprawiedliwie i z korzyścią na przyszłość

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Jesteśmy młodymi posłami i tak naprawdę to nic przyjemnego starać się za wszelką cenę pogodzić zwaśnione strony, które nie potrafią znaleźć choćby odrobiny dobrej woli w sprawie tzw. konstytucyjnego pata. Dzisiaj mamy nawet za granicą zaangażowane w to bezpośrednio strony, Komisję Wenecką. Mówi się o Polsce jako o kraju, który traci

Nowy biskup w Płocku

W sobotę 27 lutego ks. prałat dr Mirosław Milewski – ciechanowianin – przyjął święcenia biskupie. Uroczysta msza św. odprawiona została w bazylice katedralnej w Płocku. Przewodniczył jej i homilię wygłosił biskup płocki Piotr Libera.

Po służbie na „dwóch gazach”

Policjant z płońskiej komendy po służbie kierował autem będąc w stanie nietrzeźwości. Grozi mu wydalenie z policji.