3, 2 , 1… i co dalej?

Podziel się:
2015 rok zaczął swój 13 dzień (nomen omen). Postanowienia noworoczne podjęte. Zaczyna do nas dochodzić ogrom pracy potrzebnej do osiągnięcia założonego celu. Dla wielu osób jest to moment, w którym okazało się, że chcieli ugryźć za duży kawałek ciastka (a technicznie rzecz biorąc nie ugryźć go w ogóle).

2015 rok zaczął swój 13 dzień (nomen omen). Postanowienia noworoczne podjęte. Zaczyna do nas dochodzić ogrom pracy potrzebnej do osiągnięcia założonego celu. Dla wielu osób jest to moment, w którym okazało się, że chcieli ugryźć za duży kawałek ciastka (a technicznie rzecz biorąc nie ugryźć go w ogóle).

Co roku powstają zestawienia „Najpopularniejszych Postanowień Noworocznych”. Szczerze mówiąc, jak widziało się jedno (w porywach do dwóch) to widziało się wszystkie. Zmienia się kolejność, ale zawartość jest mniej więcej ta sama (o dziwo znalazłem takie, w którym na 10 pozycji nie było nic o odchudzaniu. Nie potrafię sobie wyobrazić grupy, na której było to sprawdzane). W najbliższym czasie skupię się na czymś, o czym mam jako niezłe pojęcie – zrzucanie zbędnej (przynajmniej wg nas) wagi.

 

Po pierwsze, chciałbym zapewnić, że mam prawo wypowiadać się na ten temat. Dowód rzeczowy poniżej:

 

ScreenHunter_01 Jan. 11 23.01

Lipiec 2008 vs Czerwiec 2014

 

Mi się udało – chociaż technicznie rzecz biorąc nie było to postanowienie noworoczne. To było postanowienie po weekendo-majowe (w ramach postanowienia noworocznego rzuciłem 2 lata temu palenie, ale o tym innym razem). Mechanizm pozostaje jednak ten sam – określamy co chcemy zmienić, wymyślamy jak, do ostatniej chwili robimy wszyscy po staremu, żeby nasycić się swoim starym „ja” (zjadłem na majówce chyba z 2 kg kiełbasy z grilla), a od ustalonej wcześniej daty rozpoczynamy bitwę! Bitwę dla większości, niestety, przegraną. Ale dlaczego? Innym się przecież udało! Mało jest profili na Facebooku, Instagramie czy innych wynalazkach ludzi chwalących się swoją przemianą? Dlaczego im się udało, a mi nie? Co robię źle?

 

No skoro już pytacie, to odpowiem: osoby którym się udało, najzwyczajniej w świecie CHCIAŁY tej zmiany.

 

WOW! HEJ! HOLA HOLA! PANIE! ALE JA TEŻ CHCE!

 

Nooo… tak. Ale nie do końca. W tym przypadku musimy nie tylko „chcieć cel”, ale także „chcieć drogę” do niego. Jeżeli jesteśmy głodni, możemy kogoś poprosić albo zapłacić mu, żeby nam coś ugotował. Jeżeli chcemy schudnąć MUSIMY być gotowi na poświęcenia, często nawet na cierpienie. Zmiany bolą – niektóre psychicznie, a niektóre fizycznie. Nie pomaga fakt, że ta droga jest długa. Bardzo długa. Jeżeli na to nie jesteśmy gotowi, znaczy to tylko tyle, że nie dorośliśmy do tej zmiany. Może się okazać, że nigdy nie dorośniemy.

 

Jakoś smutno się zrobiło… na poprawę atmosfery powiem tyle – nie słyszałem historii przemiany, która była jednocześnie pierwszą i udaną próbą (a swojego czasu pasjami takie historie były przeze mnie wyszukiwane). Ja próbowałem wcześniej… nawet nie wiem ile razy. Z nadwagą borykałem się odkąd pamiętam. Od 5 lat jest dobrze – obiektywnie, bo subiektywnie cały czas zadręczam się, że to czy tamto. Waga nie stoi w miejscu. Najwięcej ile ważyłem w życiu, to 120 kg (mam 174 cm wzrostu). Najmniej ile ważyłem po tym, to 70 kg (po mniej więcej 3 latach od szczytu moich możliwości). Ale to nie znaczy, że zaobserwować było można stabilny spadek wagi przez ten czas, która teraz na tym poziomie się utrzymuje. Waga wskazywała różne wyniki, w różnych okresach. Czasem robiłem krok w tył. Czasem postałem w miejscu. Ale potem zawsze były dwa (lub więcej) kroki wprzód.

 

Bo o to w tym wszystkim chodzi. Nie poddawać się. Przegrywać bitwy ale dążyć do wygrania wojny. Dążyć, bo ta wojna niestety nie kończy się nigdy. Ale o tym w większych szczegółach i z większym optymizmem już niedługo.

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Marek "Mareł" Majewski

Absolwent dwóch i pół uczelni – Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego, Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (gdzie uczęszczał na wspomnianą połowę studiów podyplomowych). Sportowiec bez predyspozycji do sportu. Gaduła bez posłuchu. Dusza towarzystwa, której wszyscy mają dość po 10 minutach. Aktywny crossfiter w tragicznej miłości do biegania. Niedawno został określony, jako "głupi inteligent". Chce sprawdzić, czy będąc analfabetą wtórnym, da się pisać bloga, którego ktoś będzie chciał czytać.

Powroty – poza Nadrzeczną (2)

Tak naprawdę było, że poszedłem niedawno do szewca i mówię, że chciałem z niego zrobić krawca, a on na to z humorem: – „Dobrze, że nie krawcową!” Pamiętam z czasów wizyt w zakładzie szewskim dziadka, że to dla szewca była obelga. Szewcami byli mężczyźni, a krawcami – kobiety, ogólnie rzecz biorąc w mojej rodzinie.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (10)

Z apteki kierunek jest już tylko jeden – cukiernia „Staropolska”. Bardzo lubię do niej chodzić, lecz zawsze czynię to z obawą, że dam się naciągnąć na jakieś słodycze lub inne smakołyki, bo szczególnie uwielbiam rurki z kremem, lecz nie jadłem ich już parę lat, odkąd stałem się weganinem.

Dziedzictwo pamięci historycznej na pograniczu Mazowsza i Mazur

Najdłużej w Polsce istniejąca granica, została wyznaczona liniowo w 1343 roku między Mazowszem i państwem Krzyżackim. Po sekularyzacji zakonu stała się granicą mazowiecko – pruską a w konsekwencji polsko-niemiecką. Trwała w nie zmienionym kształcie przez sześćset lat, do 1945r. Mimo upływu 70 lat od utworzenia nowych granic państwa polskiego w świadomości mieszkańców