Janusz Zalewski

„Emigranci” Mrożka w Teatrze Polskim

Podziel się:
Sławomir Mrożek był znany ze swego ciętego i abstrakcyjnego dowcipu, że przytoczę jeden, który do niego bardzo pasuje, choć nie jestem pewien skąd go pamiętam. Siadając przy barze, autor lub jego bohater mówi do obsługi: – „Poproszę o szklankę wody.” – I patrząc wyczekującemu barmanowi w oczy dodaje: – „I coś do popicia.”

Sławomir Mrożek był znany ze swego ciętego i abstrakcyjnego dowcipu, że przytoczę jeden, który do niego bardzo pasuje, choć nie jestem pewien skąd go pamiętam. Siadając przy barze, autor lub jego bohater mówi do obsługi: – „Poproszę o szklankę wody.” – I patrząc wyczekującemu barmanowi w oczy dodaje: – „I coś do popicia.”

„Emigranci” są jedną z najsłynniejszych sztuk Mrożka, bo dotykają ważkich problemów egzystencjalnych, tylko pozornie emigracyjnych, ale w istocie piętrzących się przed każdym z nas. Choć sztuka początkowo rozumiana była w kontekście układów politycznych w PRL-u, przez lata jej ostrze satyryczne znacznie się stępiło, a znaczenia nabrały elementy i warstwy socjologiczne i psychologiczne. „Emigranci” są ważną sztuką z socjologicznego punktu widzenia, gdyż komasują w sobie charakterystykę całej polskiej emigracji, a przez pryzmat emigracyjny, także całej populacji żyjącej w Polsce, wyśmiewając obie te sfery. A z drugiej strony, interweniując w obszary psychiki indywiduum, sztuka Mrożka ujawnia i piętnuje skomplikowane a jednocześnie jakże prymitywne mechanizmy, którymi kierujemy się w naszym własnym, osobistym postępowaniu.

EmigranciFotoJanuszZalewski1 (1)
Czas i miejsce akcji „Emigrantów”, to wieczór sylwestrowy spędzony w suterenie, albo raczej w piwnicy zamienionej na locum mieszkalne, ale o Sylwestrze dowiadujemy się zupełnie przypadkowo, bo jakby nie jest to dla postaci ważne. Dwóch polskich emigrantów z przeciwstawnych biegunów społecznych, intelektualista, nazwany AA, i robotnik, identyfikowany jako XX, dzielą tę piwnicę jako miejsce zamieszkania. Śledzimy ich dialog, sprowadzający się ze strony XX do pieniądza, a ze strony AA do pouczania XX-a. XX sprowadza wszystko do posiadania, a więc wypycha zarobionymi banknotami futrzanego psa, a jednocześnie żebrze o papierosy, zapałki, herbatę, konserwy i inne artykuły pierwszej potrzeby, i marzy o tym jaki piękny zbuduje dom po powrocie do ojczyzny. AA ma w lekkiej pogardzie potrzeby materialne, a problemy egzystencji sprowadza do myśli, bezwzględnie strofując i ganiąc XX-a za jego prostactwo, choć w istocie ma do niego stosunek pobłażliwy.
XX charakteryzuje się sam bardzo dokładnie, na przykład, oburzając się na propozycję odpoczynku, wysunietą przez jego kompana: „Czy ja tu jestem po to, żeby mieć wakacje? Ja tu jestem po to, żeby zarabiać. Ja bedę miał wakacje kiedy wrócę. Cały tydzień. Położę się w sadzie na kocu i będę spał. Palcem nie kiwnę. Otworzę jedno oko, popatrzę czy jeszcze niebo jest nad nami i znowu zasnę. I tylko baba będzie mi donosiła jedzenie.” Z kolei, AA nie oszczędza XX-a, ustawiając go precyzyjnie w hierarchii społecznej na teraz i na przyszłość: „Nie możesz przestać być niewolnikiem, podobnie jak owad nie może przestać być owadem”, i jednocześnie poddając go próbom prostowania, np. „Czy nigdy nie myślałeś o tym, żeby myśleć więcej?”
Cały ten dialog, zbudowany z krótkich humorystycznych scenek, takich jak rzut monety w celu losowego wyboru jakiegoś materialnego produktu, dyskusja o walorach konserwy dla psów, którą XX kupił do spożycia, moment wieszania się sfrustrowanego życiem XX-a, czy końcowy epizod witania Nowego Roku wspólnym toastem, ujawniają znacznie więcej szczegółów charakteru obu postaci i dokumentują ich przywary dając widzowi materiał do dokonania ostatecznych ocen i rozstrzygnięć. Tyle tylko, że widz nie wie, że jest stopniowo, bezwiednie i bezwzględnie wciągany przez Mrożka do początkowo umysłowego a później do pełnego fizycznego udziału w tym przedsięwzięciu. Aktorzy są niby na scenie i wypowiadaja kwestie ze scenariusza, ale my, widzowie, spostrzegamy w pewnym momencie, że słowa są nasze własne, i że jakby sami wypełniamy aktorom składnię i dajemy im prawo do reprezentowania nas w mowie.
Jest w naszym postępowaniu tak wiele z wychodźstwa i wygnania, często z zesłania, że w zwierciadle tej sztuki, nawet ci, którzy nigdy nie żyli na emigracji, w istocie emigrantami są, ponieważ skupiają się w nas te wszystkie istotne cechy, czynniki i problemy, które wyłażą na zewnątrz nie tylko w warunkach emigracyjnych, ale na codzień – w przeciwnym wypadku, nigdy by się nie ujawniły na emigracji. Jest to więc sztuka o każdym z nas, i to jest esencja „Emigrantów”, że patrzymy na sztukę jako widzowie, wyśmiewamy się ze skarykaturyzowanych postaci razem z autorem, ale powoli i systematycznie narasta w nas przekonanie, że wiele z ich zachowań jakby skądś znamy i w momencie, gdy zauważamy, że są to właśnie nasze zachowania, ogarnia nas przerażenie i ukradkiem rozglądamy się wokół, czy przypadkiem nikt nas nie podgląda.
Ja sam, ani dysydent, bo nie wyjechałem z przyczyn politycznych, choć niewątpliwie w wyniku zmian politycznych, ani gastarbeiter, bo nie wyjechałem za chlebem, choć zdecydowanie w poszukiwaniu czegoś lepszego, też czuję się złapany w mrożkowską pułapkę. Odcinam się od XX, bo nie chcę uchodzić za wieśniaka i chama, i chętnie identyfikuję się z AA, bo czyta Tischnera, ale szybko dostrzegam, że inteligent, mimo swojego gładkiego języka, nienagannego zachowania i egzystencjalnych lektur, też staje się chamem, gdy w końcu upija się razem ze swoim kompanem. I gdy sobie przypominam, ile razy znajdowałem się w podobnej sytuacji, może nie w suterenie, ale na poddaszu albo w tzw. „garage apartment”, czyli na strychu nad garażem, i piłem nie w wieczór sylwestrowy a na przykład na Dzień Bastylii lub na Święto Dziękczynienia, to też kręcę się z niepokojem na teatralnym fotelu, rozglądam się wokół siebie i strach mnie ogarnia, że może ktoś o tym wie.
Aktualność i skuteczność „Emigrantów” polega na doniosłości poruszanej problematyki i trafności obserwacji w odniesieniu do polskości, czym jesteśmy jako naród i społeczność zbiorowa, i jakie grzechy popełniamy jako członkowie tych grup. Tyle, co do treści, a co do formy, to bardziej wyrobiony widz z pewnością zauważy w „Emigrantach” elementy teatru absurdu, czy pokrewnego z tym ruchem – egzystencjalizmu. Tak, jak w sztuce Samuela Becketta „Czekając na Godota”, którą czekający osobnicy kończą wymianą kwestii: – „No to idziemy” – mówi jeden, na co drugi odpowiada – „Chodźmy” – i żaden z nich nie rusza się z miejsca; tak, jak w sztuce „Bez wyjścia” Jean-Paul Sartre’a, kiedy Cradeau żądający wypuszczenia z celi nie potrafi z niej wyjść, gdy mu otwierają drzwi, tak samo w „Emigrantach” obaj bohaterowie oskarżają się wzajemnie o błędy, ale trwają w niemocy, nawet nie próbując przełamać słabości i solidarnie, jak Polacy, upijają się na koniec.
Zapewne wiele było przedstawień „Emigrantów” po polsku, z których parę widziałem sam, ale jedno z najważniejszych, któremu trudno dorównać, to spektakl Teatru TV z 1995 r., w reżyserii Kazimierza Kutza, z udziałem Marka Kondrata i Zbigniewa Zamachowskiego, mimo że, jak słyszałem, w reżyserii Andrzeja Wajdy grali to w 1976 r., w Starym Teatrze, Jerzy Bińczycki i Jerzy Stuhr. Myślę, że Piotr Cyrwus, jako XX, i Szymon Kuśmider, jako AA, kreując i kształtując własne role, stworzyli coś bardzo oryginalnego, jednocześnie dopasowując się do standardów z najwyższej półki.
Najprawdopodobniej recenzenci będą doszukiwać się profesjonalizmu i kunsztu aktorskiego obu wykonawców – ten jest niewątpliwy. Natomiast z mojego punktu widzenia, przedstawienie ma kilka innych ciekawych elementów, na które zwróciłbym uwagę. Pierwszy, trochę zaskakujący i humorystyczny, choć na pewno nie najważnieszy, to krakowski akcent obu aktorów. Krakowski akcent w mowie, bo jak Cyrwus powie „Jezdem”, to chowam się za kulisy, gdyż czuję, że zaraz będą bić warszawiaków, ale też w zachowaniu, bo jak oświadczyłem Kuśmidrowi, że jedynym prawdziwym profesorem w szkole teatralnej, którejkolwiek, był Aleksander Bardini, to odpowiedział mi, że nie, że dla niego był to ks. Józef Tischner, i na dowód, ostentacyjnie czyta na scenie książkę Tischnera.
Mam też ważne obserwacje polegające na doświadczaniu, z jaką rzetelnością obaj aktorzy budowali role, bo przeszkadzałem w paru próbach, włącznie z pierwszym przedstawieniem w Centrum Łowicka, czyli w Dom Kultury na ul. Łowickiej w Warszawie, gdzie robiłem zdjęcia z fleszem i rzuciłem im na scenę paczkę gauloisów, ale żal im było je wykorzystać. Ta wersja „Emigrantów” była też wystawiana trzykrotnie w marcu w Los Angeles, gdzie panowie Cyrwus i Kuśmider niewątpliwie mieli sposobność obserwować samych siebie jako potencjalnych, chwilowych emigrantów, i zaadaptować elementy swojego zachowania do roli.
Mówiąc poważnie, nie mam żadnych wątpliwości, że obu aktorom udało się to, czego najbardziej się obawiałem. Zadenuncjowali mnie i innych widzów, że jesteśmy winni. I na dodatek, powiedzieli to naszymi słowami, używając struktury sztuki Mrożka. Zwyczajnie bałem się, że powiedzą coś, co chciałbym ukryć. To jest dla aktora naprawdę duże osiągnięcie.
Sztukę reżyseruje Piotr Cyrwus, współpraca – Andrzej Seweryn, scenografia – Jan Kozikowski, muzyka – Łukasz Cyrwus. Premiera 6-go i 7-go czerwca, a regularne przedstawienia, 9, 10, 19, i 20 czerwca. Gorąco polecam na czerwcowy wieczór.
Copyright 2015
by Janusz Zalewski
Kontakt z autorem:
ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (11)

Cukiernia, to już koniec ul. Warszawskiej. Jeszcze kilka sklepów i dochodzimy do pl. Kościuszki. Ktoś mi podpowiedział, że tam jest punkt usługowy, w którym mogę się podłączyć do Internetu, a właściwie użyć komputera połączonego z Internetem. Tam więc zmierzam i po drodze przypominam sobie dawny wygląd placu, ławki w parku, postój taksówek, kino Nysa, komenda

Powroty – poza Nadrzeczną (4)

Od zakładu fryzjerskiego „Nina” do księgarni na Warszawskiej jest przysłowiowy rzut beretem, a kiedyś było jeszcze bliżej, gdy istniała księgarnia na obecnej ul. Mikołajczyka, kiedyś – Duracza, tu gdzie teraz jest drogeria. Skręcam więc od Niny za róg i po przejściu paru kroków widzę już Warszawską na całej długości, nie tylko księgarnię, ale też zegarmistrza po

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (7)

Mały incydent prześwietlenia taśmy u fotografa po kręceniu filmu mógł się przydarzyć albo nie, bo fotograf twierdził, że prześwietliliśmy go my sami. Faktem jest, natomiast, że ten zawód, bardziej niż jakiekolwiek inne rzemiosło, wymaga wyjątkowego profesjonalizmu, bo jest oparty na rozwoju technologii. Aczkolwiek kontakt z fotografami ostatnio miewałem rzadko, robiąc co