Zdarzenia nad Zatoką San Francisco (11)

Na marginesie marginesu: poetki pokolenia beatu

Podziel się:
Janusz Zalewski przed Caffe Trieste w San Francisco

Simone Weil argumentowała, że nie widać końca walki między między tymi, którzy są podporządkowani, a tymi, którzy wydają rozkazy. Grupy dominujące nie oddają swoich przywilejów, chyba że są zmuszone. Czesław Miłosz O znaczeniu Simone Weil, 1960 Miłoszowskie „Widzenia nad Zatoką San Francisco” są niesłychanie inspirującą lekturą, albowiem zmuszają czytelnika do myślenia i zgłębienia ich niezliczonych

Simone Weil argumentowała, że nie widać końca walki między między tymi, którzy są podporządkowani, a tymi, którzy wydają rozkazy. Grupy dominujące nie oddają swoich przywilejów, chyba że są zmuszone.

Czesław Miłosz

O znaczeniu Simone Weil, 1960

Miłoszowskie „Widzenia nad Zatoką San Francisco” są niesłychanie inspirującą lekturą, albowiem zmuszają czytelnika do myślenia i zgłębienia ich niezliczonych niuansów rozłożonych na wiele literackich i intelektualnych warstw.

Nawiązując w poprzednim odcinku tego cyklu do zdania Miłosza o Simone Weil (Zdarzenia nad Zatoką San Francisco – 10. Laura Ulewicz i zbite pokolenie, Odra, nr 5/2014), nie zdawałem sobie dokładnie sprawy z jego zafascynowania jej osobowością, dokąd nie sięgnąłem do eseju „O znaczeniu Simone Weil” i jego własnych tłumaczeń wyboru tekstów tej wybitnej intelektualistki („Wybór Pism”, Instytut Literacki, Paryż, 1958). Takie jest właśnie działanie owych lektur, że pobudzają naszą ciekawość i wyobraźnię, i odsyłają nas dalej do dokładniejszego zgłębienia tematyki, powodując że zanurzamy się w nią bezwiednie i nie wiadomo kiedy pogrążamy się w nowych przedsięwzięciach, gdzie formułujemy z czasem własne sądy, niekiedy dalekie od tych, jakie Miłosz byłby skłonny nam darować.

W taki właśnie sposób, te analizy, fascynujące same w sobie, po przetrawieniu zwielokrotniają moje wątpliwości co do miłoszowskiego sposobu widzenia przedmiotu literatury i jej otoczenia, generując znacznie większą liczbę pytań niż odpowiedzi. Oto, Miłosz, jakże przenikliwy znawca i analityk świata literackiego i otaczającej go rzeczywistości, sięgając do głębi wielu problemów współczesnych sobie pokoleń, ostentacyjnie pomijał niektóre zjawiska literackie mogące mieć istotne znaczenie, a może nawet nie uświadamiał ich sobie w ogóle, albo raczej nie chciał ich sobie uświadamiać. Należąc do tej właśnie dominującej grupy w literaturze, o której mówi ubóstwiana przez przez niego Simone Weil (por. motto powyżej), Miłosz wydawał sądy zawsze solidnie uzasadnione, zapewne bardzo trafne, ale niektóre zjawiska pomijał i nie uznawał ich za ważne.

Takim ewidentnym przykładem miłoszowskiego podejścia do zjawisk literackich jest nader skromna liczba odwołań do literatury tworzonej przez kobiety, kiedy porówna się to z jego zaangażowaniem w analizy pisarstwa płci przeciwnej. W „Widzeniach” Miłosz wymienia z kobiet jedynie Simone Weil, a w innym zbiorze esejów, zatytułowanym „To Begin Where I Am: Selected Essays”, wydanym w całości po angielsku (FSG, 2001), gdzie umieścił cały tekst „O znaczeniu Simone Weil”, jeśli pojawiają się nazwiska kobiet to głównie w kontekście dyskusji nad dziełami ich mężów! Niewątpliwie interesowały Miłosza poetki takie jak Anna Achmatowa, Marina Cwietajewa, Denise Levertov i Anna Świrszczyńska, o których wyrażał się niezwykle pochlebnie, ale pewnego nurtu poezji, bardzo mu bliskiego fizycznie i wyraźnie rzucającego się w oczy, bo skoncentrowanego nad Zatoką San Francisco, jakby starał się nie dostrzegać. Myślę tu o całym ruchu beat generation, a w szczególności o poetkach związanych z tym ruchem.

Miałem niewielką nadzieję, że Kenneth Rexroth, autor przedmowy do wierszy wybranych Miłosza (Selected Poems, Nowy Jork, 1973) i ojciec duchowy bitników, organizator i uczestnik odczytu w Six Gallery, w San Francisco (por. Michael McClure, „Odczyt w Six Gallery”, Nowa Okolica Poetów, nr 31/2008), gdzie Allen Ginsberg po raz pierwszy przeczytał swój poemat „Skowyt” i gdzie zaczął się ruch beat generation – miałem więc nadzieję, że Rexroth uświadomi Miłoszowi znaczenie tych działań. Umieszczając Miłosza w panteonie literatury światowej i pisząc mu apoteozę: „Rozwinął on swój osobisty kanon literackiego humanizmu wierny tradycjom jego ojczystego języka i kultury, bez zaniechania żadnego z rewolucyjnych poszukiwań, które miały miejsce od czasów Baudelaire’a i które stanowiły międzynarodowy kanon nowoczesnej poezji”, Rexroth implikuje zdolność Miłosza do absorbowania awangardy. Ale chyba nawet Kenneth Rexroth, mając znakomite rozeznanie w poezji pokolenia beatu, nie byłby w stanie przekonać Miłosza do uznania poetyki tego ruchu.

Miłosz, aczkolwiek wychwalał Allena Ginsberga, poświęcając mu cały rozdział w „Widzeniach”, to o samym ruchu nigdy nie pisał, zapewne uważając go za marginalny. Jak więc, mógłby interesować się kobiecą stroną ruchu, który w całości uznawał za margines w literaturze? Zanim więc napiszę coś o poetkach, warto by sięgnąć na chwilę do samego marginesu i rozpatrzyć się w tym, jakie miejsce mogły one w nim zająć? Trzej najważniejsi pisarze beat generation, William Burroughs, Allen Ginsberg i Jack Kerouac, mieli do kobiecości stosunek nader osobliwy. Upraszczając sprawę, Ginsberg nie był zainteresowany kobiecością w ogóle, Burroughsowi zdarzyło się zastrzelić swoją żonę, a przygnieciony kompleksem matki Kerouac traktował swoje panie i żony czysto instrumentalnie, na co są liczne dowody. Jak więc w takim towarzystwie bitniczki miały wypłynąć? Pozostawało im tylko wielbić swoich partnerów. To uwielbienie i podporządkowanie stało się regułą na początku ruchu bitników, w latach 50-tych.

I taki był początek. Bitniczki pozostawały w cieniu, były tylko żonami lub dziewczynami bitników. Carolyn Cassady, Hettie Jones, Eileen Kaufman, Joanna McClure, trzy kobiety Kerouaca, w zasadzie towarzyszyły swoim mężczyznom w ich drodze do sławy. Jednak mało kto wie, że bez kobiet pokolenie beatu mogłoby w ogóle nie zaistnieć. Ruch beat generation mógł zyskać sławę w wyniku odczytu w Six Gallery, ale naprawdę narodził się dużo wcześniej, w Nowym Jorku, w mieszkaniu Joan Vollmer, późniejszej żony Williama Burroughsa, i Edie Parker, pierwszej żony Jacka Kerouaca. To te dwie kobiety przypadły sobie do gustu z racji niekonwencjonalnych zachowań, przeciwstawiając się tradycyjnej obyczajowości, wynajęły mieszkanie na Manhattanie i stworzyły locum i atmosferę dla grupy kolegów o podobnych ekstrawaganckich zainteresowaniach, aby mogli się spotykać i dyskutować o poezji, jak też ją pisać. Na dodatek, wspomagały ich finansowo i utrzymywały (por. dostępna na Internecie rozprawa doktorska: Christopher R. Carmona, Texas A&M University, 2012).

Wraz z rozwojem ruchu pojawiają się pierwsze tomiki poezji pisanych przez kobiety zaangażowane w działalność tego pokolenia. Diane di Prima publikuje w 1958 r. swój debiut „This Kind of Bird Flies Backward” (Ten rodzaj ptaka fruwa do tyłu), z przedmową Lawrence’a Ferlinghettiego, wydawcy “Skowytu”. Rok potem, wydaje swoje trzy broszury poetyckie Lenore Kandel, późniejsza autorka opublikowanego w 1966 r. w San Francisco poematu „Księga miłości”, bardzo bezpośredniego i nieco rozwiązłego dzieła o akcie seksualnym, widzianym z kobiecej perspektywy. Niektórzy krytycy twierdzą, że od opublikowania tego utworu datuje się era hipisów, jako kontynuatorów bitników – era wolnej miłości. Rok przed „Księgą miłości” pojawia się pierwszy tomik Joanne Kyger, poetki związanej z innym bitnikiem, Gary Snyderem, i z buddyzmem. Wkrótce też, wydawnictwo City Lights wzbogaca swoją męską ofertę serii kieszonkowej i publikuje tomik Janine Pommy Vega, „Poems to Fernando” (1968).

Pomimo tych względnie wczesnych publikacji, poetki beat generation pozostawały długo przyćmione sławą swoich kolegów, bitników, i uzyskały należne uznanie jako grupa dopiero w latach 90-tych ubiegłego wieku, wraz z opublikowaniem kilku antologii, z których pierwszą była „Women of the Beat Generation” (pod redakcją B. Knight, 1996). Będąc początkowo zdecydowanie pod wpływem męskiej części pokolenia, bitniczki w swojej poetyce nawiązywały częściowo do wcześniejszych ruchów wyzwolenia kobiet i pisarek takich, jak Gertrude Stein, Simone de Beavoir lub Anaïs Nin. Zanim jednak stworzą oddzielny styl w poezji kobiecej będący połączeniem ideologii beatu i indywidualności artystycznej przedstawicielek grupy, uzewnętrzniając się ostatecznie jako samodzielny głos, będą eksperymentować w wielu kierunkach, zarówno tematycznie jak i pod względem formy.

Ich rodowód poetycki sięga Williama Blake’a (angielski poeta romantyczny, 1757-1827, jego „Poezje wybrane”, opublikował w 1972 r. Państwowy Instytut Wydawniczy), od którego przejęły skłonność do mistycyzmu. Oto fragment „Małżeństwa Williama Blake’a”, trochę młodszej poetki pokolenia beatu, Anne Waldman (ur. 1945):

Właśnie przed ich czterdzistą czwartą rocznicą powiedział żonie, że nic ich nigdy nie rozłączy, że będzie zawsze blisko niej. O szóstej wieczorem wydał swoje ostatnie tchnienie, ‘jak drgnienie delikatnego powiewu’. Jego oczy Pojaśniały i wybuchnął Śpiewem o rzeczach, które ujrzał w niebie.”

Podporządkowanie się męskiej poezji bitników jest jednak widoczne u prawie wszystkich pań bitniczek – głównie za sprawą wierszy Ginsberga i Kerouaka. Tak więc, kształtowanie się indywidualności i tworzenie własnej poetyki nie było łatwe. Podstawowe pytanie mogło brzmieć: „Jak wyrazić beat w formie kobiecej?” Jednym ze sposobów było przekazanie niepokoju, cierpienia, gniewu. Najstarsza z żyjących poetek beat generation, ruth weiss (ur. 1928), tak pisze o swoich rozterkach, w wierszu „na imię mi kobieta”:

jest zima. marzną mi palce u nóg przez całe ciało aż do koniuszków palców u rąk. i mówię swoim palcom u nóg. nie martwcie się. jestem cyganką. znajdę wam buty żeby was ogrzać. abyście mogły mi opowiadać te historie.”

Przymus podporządkowania się jest bezapelacyjny, ale jest coś w kobiecie i poetce, co jej pozwala przetrwać. Tak to wyraża bitniczka pochodzenia polskiego, Laura Ulewicz w „Tańcu życia” (pełen tekst w Odrze, nr 6/2013):

Jeśli się zamknęłaś, otwórz się. To jest bolesne. Bardziej bolesne niż trzymanie się ostrego brzegu okna na szczycie najwyższego budynku. Musisz się trzymać, choć bolą cię ręce i krwawią ci palce i jedyne czego pragniesz, to żeby zostawiono cię w spokoju. Ale pamiętaj, jeśli odpuścisz, najlepsze co może cię spotkać, to tyle, że będziesz okaleczona. Przegrasz nie tylko życie, ale możliwość życia. Tak więc, nawet jeśli świat depcze ci po palcach, trzymaj się. Ktoś może – tak zwyczajnie – przyjść i unieść cię.”

Oprócz tradycyjnej liryki, w poszukiwaniu własnej tożsamości wszystkie bitniczki uprawiały formy epickie w poezji, tematycznie wiążąc to z narkotykami, swobodą seksualną, rewolucyjnością, ruchami protestu, anty-rasizmem, buddyzmem, i inną tematyką społecznie kontrowersyjną lub zakazaną. Czasami ta narracyjność wiersza ma wymiar wstrząsający, jak ten fragment dłuższego poematu Diane di Prima pt. „Pieśń o aborcji”:

chciałabym mieć cię w butelce, by cię wysłać twemu ojcu

z długą gorzką notatką. chciałabym żeby wiedział

że ci nie wybaczę, ani jemu za nie narodzenie się

za zamilknięcie, za rezygnację

przy pierwszym przykrym potraktowaniu

jakby cała sprawa działa się na prywatce

i ktoś nastąpił ci na stopę

albo jak w tym fragmencie epatującego seksualnością wiersza Joanne Kyger:

W moim śnie ubiegłej nocy Pani Sarna

jest ubrana w ludzkie ciuchy

Ktoś chce się z nią kochać.

Ona się opiera

Kładzie się na plecy

On nastaje

Jej cztery kopyta są niebezpieczne

On w nią wchodzi

Ona go całuje

Jej dolna szczęka

sarnia szczęka

Jest wysunięta

Wyjątkową pozycję w tym ruchu, co jest faktem w ogóle nie znanym i rzadko omawianym, zajmują poetki polskiego pochodzenia. Oprócz Laury Ulewicz, szczegółowo przedstawionej w poprzednim odcinku cyklu, prominentną przedstawicielką tego ruchu była Janine Pommy Vega (1942-2010). Urodzona w polskiej rodzinie w New Jersey, już jako nastolatka przybyła na Manhattan i spotkała tam – późniejszego partnera Allena Ginsberga – Petera Orlovsky’ego, z którym się romantycznie związała. W swojej poezji, Pommy Vega bardzo mocno artykułuje elementy sprawiedliwości społecznej. Przez wiele lat czytała swoje poezje więźniom na spotkaniach w zakładach karnych. Tak pisze o swojej babce, w wierszu będącym protestem przeciwko wojnie, pt. „Wojenna kuchnia”:

Pokazałabym wam jaką dziurę płacz wyżłobił

w moim sercu tak głęboką że sięgnęła kapci

którymi człapała przez zimne polskie poranki,

stałam się jedną z babuszek w chustach

świadków rzezi, wszystkie dowcipy są

nie na miejscu, żadnych żartów dla poturbowanych dzieci lub

szlochających matek, martwi żołnierze sami są dziećmi

Dwie inne, nieco młodsze poetki o polskich koneksjach, Barbara Alexandra Szerlip (ur. 1949) rezydująca w San Francisco, i Hedwig Gorski (ur. 1949), są zaliczane do pokolenia post-beat. Szerlip, której przodkiem był słynny Elijah Ben Solomon, zwany Geniuszem z Wilna, jest uwzględniona w antologii „Baby Beat Generation” (2005), a Gorski, przebywająca w Polsce w latach 2003-2004 na stypendium Fundacji Fulbrighta, rezydująca niedaleko Nowego Orleanu, jest uznawana za twórczynię „performance poetry” czyli poezji wykonywanej do akompaniamentu, i wymieniona w wyżej cytowanej dysertacji Carmony.

Bitnicy szybko zrozumieli, że są zmarginalizowani przez społeczeństwo, i z niebywałym tupetem tak intensywnie parli do przodu, aż zostali uznani, ale bitniczkom zajęło to dużo dłużej, aby ich głos był słyszalny, bo były jeszcze dodatkowo zmarginalizowane przez bitników. Tak to podsumowuje Diane di Prima w wierszu „dla Blake’a”:

teraz jest za późno aby się dziwić

dlaczego jesteśmy tam gdzie jesteśmy

(choć pewien spokój jest możliwy) śpiewając na wydechu

i miałyśmy ciała w Ogniu i żyłyśmy na Słońcu

i miałyśmy ciała w Wodzie i żyłyśmy na Wenus

i ciała z Powietrza które skrzeczały rozdzierając się wokół Jupitera

na naszych oczach pamiętających Miłość

Janusz Zalewski

Z poetką Barbarą Alexandrą Szerlip, 50-lecie księgarni City Lights, San Francisco, czerwiec 2003, bar Vesuvio

Z poetką Barbarą Alexandrą Szerlip, 50-lecie księgarni City Lights, San Francisco, czerwiec 2003, bar Vesuvio

Z poetką Hedwig Gorski, styczeń 2008, po odczycie w Ambasadzie Polskiej w Waszyngtonie

Z poetką Hedwig Gorski, styczeń 2008, po odczycie w Ambasadzie Polskiej w Waszyngtonie

Kontakt: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Niewygodna prawda

Postanowień noworocznych ciąg dalszy...

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (8)

Ciągle medytuję na skwerku pod pomnikiem w centrum Warszawskiej, kolesie zmienili się już ze trzy razy, a ja – napisawszy o księgarzach, zegarmistrzach i tknąwszy odrobinę fotografów, którym należy się znacznie więcej niż potraktowanie w kilku akapitach – zbieram myśli w jaki zawód by tu teraz uderzyć, i ponownie widzę kamienicę Brudnickich, a w niej kantor wymiany

Powroty – poza Nadrzeczną (4)

Od zakładu fryzjerskiego „Nina” do księgarni na Warszawskiej jest przysłowiowy rzut beretem, a kiedyś było jeszcze bliżej, gdy istniała księgarnia na obecnej ul. Mikołajczyka, kiedyś – Duracza, tu gdzie teraz jest drogeria. Skręcam więc od Niny za róg i po przejściu paru kroków widzę już Warszawską na całej długości, nie tylko księgarnię, ale też zegarmistrza po