Niewygodna prawda

Podziel się:
Postanowień noworocznych ciąg dalszy...

Postanowień noworocznych ciąg dalszy…

Coby kuć żelazo póki gorące, jeszcze przez jakiś czas będę trzymał się kurczowo tematu postanowień noworocznych. Zaledwie circa-ebałt 8% osób będzie w stanie wytrwać w założonych postanowieniach i dotrzeć do swojego celu. Co zrobić, żeby znaleźć się w tych 8%? Zróbcie sobie herbatę, bo dostałem słowotoku.

No dobra, badania przeprowadzone są na mieszkańcach krainy płynącej ropą i sosem bbq, ale nawet jeżeli założymy, że Polacy są dwa razy lepsi we wszystkim od Amerykanów, to zostajemy i tak z jedynie 16% szansą na wieczny fejm i szacun na dzielni. Jeszcze gorszą wiadomością jest to, że 24% amerykanów nigdy nie osiągnie swojego celu – nieważne ile razy podchodziliby do jakiegoś postanowienia. Nie ma się co łudzić – dużych różnic nie należy się tutaj spodziewać i możemy założyć, że u nas wyszłoby podobnie (niestety nasze uczelnie są za bardzo zajęte produkowaniem magistrów, a w sondy uliczne TVN-u nie wierze).

W takim razie czym się charakteryzuje te 8%? albo co jeszcze ważniejsze te 24% – bo ci nie mają szansy nigdy, a jak mi się nie uda teraz to może kiedyś. Co ma 8%, nie wiem. Mi się nie udało za pierwszym razem. Droga była długa, wyboista i miała dużo przystanków na cole i frytki. Z drugiej strony, nie znalazłem się w tym 24%, więc zabiorę się za ten temat „od tylca”. Jak się nie znaleźć w tych 24%? Nie wytłumaczę Wam tego lepiej, niż Rocky Balboa:


Rocky Balboa – How Winning is Done

Jeżeli ktoś ma problemy z angielskim, to to wszystko co powiedział Rocky sprowadza się do tego zdania: nigdy się nie poddawaj. Taaaak, wieeeem. Wszyscy to w kółko powtarzają, to nic odkrywczego, to nie takie proste bla, bla, bla. Problem polega na tym, że to jest cały sekret – nie ma nic więcej. Nie ma żadnych czarów ani “jednego dziwnego sposobu” jaki zbawi nas od naszych problemów. To oznacza, że będziecie błądzić – nie ma w tym ani nic dziwnego ani nie świadczy to o Was źle – ci którzy znajdują się w mitycznych 8% też błądzą. Czasem się zatrzymują na jakiś czas w miejscu. Czasem się trochę cofną. Potem jednak zawsze prą do przodu. Wierzą w sukces jak Piotr pod Cezareą (te porównanie było równie niespodziewane, jak Irek Bieleninik na progu Waszego domu z proszkiem do prania w rękach – boom!).

Wymówek jest wiele, ale w kontekście odchudzania najczęstszymi z jakimi się spotkałem są:

1. Brak czasu (no tak, bo na zjedzenie banana zamiast pączka potrzebny jest przecież czas)
2. Wysokie koszty zdrowego życia (jak ktoś woli na starość na leki wydawać…)
3. Genetyka (głównie w postaci kilograma rafinowanego cukru, spożywanego w ciągu całego dnia), z którą jak wiadomo wygrać się nie da

Ale spokojnie, po kolei, nie wszystko naraz.

Czas. Czwarty dostępny dla ludzkiego postrzegania wymiar. Dla fizyków teoretycznych, jego natura – zwłaszcza to jak powstał – jest rzeczą niesłychanie zagadkową. Czy w czarnej dziurze czas istnieje? Wiemy, że poruszając się z prędkościami bliskimi prędkości światła, da się podróżować w czasie w przód, ale czy da się zawrócić i udać się w podróż w drugą stronę? Wszystkie pozostałe (zarówno dostrzegalne jak i nie dostrzegalne) wymiary, są wymiarami przestrzennymi – może czas nie jest tym, za co go mamy? Może też jest wymiarem przestrzennym, ale takim, w ramach którego możemy poruszać się tylko w jedną stronę? I najważniejsze pytanie: dlaczego Pan Włodek zamiast iść z psem na dłuższy spacer, wybrać się z córką na przejażdżkę rowerową, albo z żoną na tańce, wolał poświęcić swój czas oglądaniu telewizji? Może podróż w czasie w towarzystwie telewizora jest dla niego bardziej wartościowa, niż w towarzystwie wysiłku fizycznego? Kto wie? Włodek nie potrafi się poruszać z prędkościami bliskimi prędkością światła i nie zobaczy siebie za kilkanaście lat, wstrzykującego insulinę, stojącego w kolejce do lekarza, czy nie będącego w stanie zatańczyć z córką na jej weselu. Kiedy Włodek już tam dotrze, zorientuje się, że nikt jeszcze nie wymyślił sposobu na podróże wstecz 😐

Pieniądze. W domu rodzinnym Janiny nigdy się nie przelewało. Na zbytki nigdy nie wystarczało. Teraz, kiedy ma własną rodzinę, oboje z Włodkiem dbają, żeby ani im ani dzieciom niczego nie brakowało. Zabieramy się czasem całą rodzinką zjeść coś na mieście, najlepiej gdzieś, gdzie dają frytki, bo inaczej Bożenka będzie marudzić. Wszyscy lubimy dobrze zjeść, a że nie zawsze jest czas gotować (seriously, znowu czas?), to czasem kupują gotowe dania, albo już zamarynowane mięso. Dba o Bożenkę, żeby jadła jogurciki, najlepiej takie owocowe, bo ten naturalny jej nie smakuje bo kwaśny.
Janina niestety nie zdaje sobie sprawy, że fast foody nie służą zdrowiu jej rodziny. A może oszczędność czasu (czasu…!) była po prostu ważniejsza? Gotowe zamarynowane mięso jest przeważnie słabej jakości, a marynata zawiera całą tablicę Mendelejewa i spory dodatek cukru. Jogurty “owocowe” nigdy nie stały obok owoców, a do tego potrafią zawierać cukru nawet 30% (cukier jest we wszystkim. Ostatnio na etykiecie boczku, znalazłem w składzie syrop glukozowo-fruktozowy…). Janina niby o tym wie, no ale przecież teraz nie ma już takiego prawdziwego jedzenia. Wszystko jest z dodatkami, a jak już trafi się coś z napisem bio, to kosztuje więcej niż zegarek ministra Nowaka.
Trochę tak. Trochę nie. Gotowe produkty wysokiej jakości, są rzeczywiście przeważnie w wyższych cenach, niedostępnych dla wielu. Ale już zdrowe półprodukty, które pozwolą nam żyć w lepszym zdrowiu nie są tak drogie jakby się wydawało. Wystarczy nie patrzeć na te o najładniejszych opakowaniach (bo marketing kosztuje), sprawdzać co jest na etykiecie (czy producent nie robi wałka rozrabiając towar jakimś szuwaksem) i porównywać nie ceny za opakowanie, tylko za kilogram/litr, bo tutaj wałki są notoryczne. Potem wystarczy te półprodukty ze sobą połączyć (czyt. ugotować). Ale na to trzeba czasu… zarówno na gotowanie, jak i zainteresowanie się tym, co kupujemy i czy aby na pewno oszczędzamy. A czasu jak wiadomo – brak. Te wszystkie awokada, oleje z orzechów jakichś tam i inne super zdrowe produkty są super (jak sama nazwa wskazuje), ale naprawdę można przy relatywnie niskim budżecie zastąpić to co jemy teraz, zdrowszymi odpowiednikami. Materiałów na ten temat jest w sieci badżylion terabajtów w kilkudziesięciu językach, wystarczy znaleźć czas że… ano tak.

Genetyka. Bożenka nie lubi lekcji W-F. Nie jest stworzona do sportu. Nie ma kondycji, nie potrafi szybko biegać i ma słabą koordynację, przez co słabo jej idzie w sportach zespołowych. Poza tym, woli poczytać (to akurat dobrze) albo pooglądać telewizję (gorzej…). Nie każdy jest stworzony do sportu (do wyczynowego owszem, tu się zgodzę), więc nie wie o co tyle hałasu. Poza tym sport jest dla chłopaków (ech…). No właśnie chłopcy… woli nie pokazywać im jak biega, bo ma nadwagę i będą się z niej śmiać. Mama wypisuje jej zwolnienia z lekcji. Bożenka chciałaby być szczuplejsza, ale ma z tym duży problem – nie tylko nie jest stworzona do sportu, ma też takie geny, że ciężko jej schudnąć. Próbowała wiele razy i na różne sposoby. Parę razy udało się zbić parę kilo, ale za każdym razem wracały jak bumerang. Bożenka sprawdziła diety: kapuścianą, Dukana, 8 godzinną, Creutzfeldta-Jakoba, paleo, Atkinsa, Lou Gehriga, cebulową, dietę grupy krwi, Szangri-la, South Beach, Kofana Anana, Diamondów, Cambridge, biblijną, Charlesa Clarka i Legionów Kryptona (mały konkursik bez nagród: tylko 4 z nich to nie nazwy prawdziwych diet. Tutaj znajdziecie 92, a podejrzewam, że to nie wszystkie). Do tego Bożenka jest grubokoścista, co nie ułatwia sprawy. Grubokościstość, jest niestety kłamstwem, którym sami się karmimy.

O ile niezaprzeczalnym jest, że geny wpływają na każdy aspekt naszej fizjologii, także na to, czy jesteśmy podatni na obrastanie smalcem, czy nie. Niestety wbrew temu, co lubimy sobie wmawiać, okazuje się, że nasze geny nie mają aż tak wielkiego wpływu. Poza bardzo małą częścią społeczeństwa, które rzeczywiście niezależnie od diety i trybu życia, zawsze będą miała problemy ze zdrowiem i wagą. Rozpisywać się na ten temat nie będę, bo nie jestem specjalistą. Jako zadanie domowe polecam Wam wykorzystanie wartego miliardy dolarów silnika wyszukiwarki Google, w celu pogłębienia swojej wiedzy w tym temacie.

Czas mamy na to, co jest naszym priorytetem. Wiadomix, że czasem w naszym życiu dzieje się coś takiego, przez co musimy te priorytety na chwilę odsunąć na bo, ale tylko od nas zależy, czy w dłuższym okresie znajdziemy na nie czas, czy nie (jak nie, to znaczy, że nasze priorytety są inne i powinniśmy zacząć się zamartwiać czymś innym).

To na co przeznaczamy swoje pieniądze, są również zależne od naszych priorytetów. Jak wolimy je wydać np. na nowy telewizor, chociaż ze starym nic się nie stało niż na karnet na basen, do siłowni, czy po prostu na lepsze jedzenie (wizyta u dobrego dietetyka, też jeszcze nikomu nie zaszkodziła), to nasze priorytety są inne niż to, o czym w kółko myślimy czy mówimy.

Ostatnia wymówka nie jest kwestią priorytetów, tylko samo edukacji w temacie. Najwygodniej jest grzać się w ciepłym smrodku komfortowego przekonania, że nie jesteśmy w stanie nic zrobić, mimo tego, że przecież tak bardzo tego chcemy. To, że podejście X nam nie pomogło, nie znaczy, że podejście Y albo podejście X 2.0 nam nie pomoże. Z resztą bardzo często problemem nie jest sam sposób, tylko nasz brak konsekwencji w jego wykorzystaniu. Winne w zastraszającej większości przypadków są nie nasze geny, ale nasze przyzwyczajenia wyniesione z domu.

Każdy, komu się udało obrócić swoje życie o 180 stopni powie Wam, że jeżeli chcecie osiągnąć to co oni, to musicie zmienić swoje priorytety. Musicie być gotowi wiele poświęcić. Wasze życie MUSI stanąć do góry nogami. Jeżeli nie jesteście na to gotowi, chcecie tylko efektów (najlepiej szybkich i bez wysiłku) to Wam się nie uda. Smutne, ale prawdziwe. Z drugiej strony, na 10 grubasków, jeden z nich (no prawie jeden) zmieni swoje życie i już w tym roku będzie dużo szczęśliwszy. Ponadto odkryją oni, że to co na początku było straszną męką i wyrzeczeniami w pewnym momencie staje się nowym trybem życia. To co na początku było torturą staje się sposobem na spędzanie wolnego czasu. A Ci którym się udało, są zdrowsi, szczęśliwsi i dostają milion lajków i miłych komentarzy na fejsbuniu (nieopatrznie powiadomiłem w zeszłym tygodniu świat o tym, jak kiedyś wyglądałem i teraz z tego powodu “cierpię” 😉 ).

No dobra, to teraz garść praktycznym porad jak to zrob…. W sumie to już strasznie dużo napisałem. W takim razie napiszę to następnym razem.

Pozdro.

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Marek "Mareł" Majewski

Absolwent dwóch i pół uczelni – Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego, Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (gdzie uczęszczał na wspomnianą połowę studiów podyplomowych). Sportowiec bez predyspozycji do sportu. Gaduła bez posłuchu. Dusza towarzystwa, której wszyscy mają dość po 10 minutach. Aktywny crossfiter w tragicznej miłości do biegania. Niedawno został określony, jako "głupi inteligent". Chce sprawdzić, czy będąc analfabetą wtórnym, da się pisać bloga, którego ktoś będzie chciał czytać.

Wpływ dziejów historycznych na wzajemne relacje mieszkańców pogranicza Mazowsza i Mazur

Mazury to region geograficzno-historyczny znajdujący się obecnie na terenie województwa warmińsko-mazurskiego, obejmujący zachodnią część pojezierza wschodnio-bałtyckiego między Drwęcą i Pasłęką na zachodzie, a Rospudą na wschodzie i częściowo Orzycem na południu. Granica południowa tej krainy, ustanowiona została sztucznie w 1343 roku w Bratianie, przez wielkiego

Obiad z Mamedem

Na łamach Tygodnika Ilustrowanego postaram się podzielić z Wami czymś interesującym. Tym, co spotkało mnie podczas pracy, podróży lub po prostu napiszę o czymś, o czym warto powiedzieć innym, aby np. poprawić humor... Dziś coś na styku MMA i kuchni, czyli…OBIAD Z MAMEDEM

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (12)

Po dalsze przygody na ul. Warszawskiej i w okolicach udaję się taksówką. Idę więc na postój taksówek ukryty zaraz za pl. Kościuszki, w bocznej uliczce, chyba Grodzkiej, i proszę o kurs nie gdzie indziej, tylko na postój taksówek. Dokładnie tak, chcę autentycznie jechać na postój taksówek, i to nie jest żaden kabaret. Mogę być pierwszym klientem w historii miasta,