Powroty – poza Nadrzeczną (1)

Podziel się:

Ulica Nadrzeczna miała własną i niepowtarzalną atmosferę, ze swoimi przeróżnymi zakładami, domami i ludźmi, których pamięta się na zawsze i odpowiednio często do nich wraca. Ale Nadrzeczna, mimo swojego mikroklimatu i niezwykłej atmosfery, nie była jedyna w tym mieście. Małemu szczeniakowi nie było jednak dane doświadczać zbyt wielu przygód na innych ulicach, mimo że chciałoby się pójść o wiele dalej, jak choćby na cukrownię lub na stację kolejową, które przy odrobinie szczęścia można było zobaczyć w oddali, gdy po kryjomu, ze strachem w oczach i trzęsącymi się portkami, weszło się na wieżę w Zamku.

Istnieje jednak jeszcze jedna ulica, której warto poświęcić kilka myśli, bo była i jest osią, wokół której kręci się na swój sposób życie miasta. Chodzi o ulicę Warszawską. Ponieważ przez wiele lat była główną ulicą w mieście, można na nią patrzeć z wielu perspektyw i opisywać ją na wiele sposobów i z pewnością każdy mieszkaniec ma swój własny pogląd na jej miejsce w codziennej rzeczywistości. Jest jednak jeden punkt widzenia, który oddaje specyficzny charakter tej ulicy, jakiego normalnie nie dostrzegamy. Jest to spojrzenie nie przez jej budynki i ich architekturę, nie przez ruch pojazdów, nie przez handel i sklepy, ale przez pryzmat kontaktów z ludźmi, którzy ten charakter ulicy tworzą, i chodzi nie tylko o samą Warszawską, ale również o jej otoczenie i ulice przyległe.

Aby dojść z Nadrzecznej na Warszawską, trzeba podejść w górę Dolną i przedostać się przez Rynek, obecnie przemianowany. Ile razy tamtędy przechodzę, zawsze wstępuję do szewca, żeby podzelować buty lub wstawić nowe fleki, nawet jeśli tego w istocie nie potrzebuję. Poza zamówieniem usługi, liczy się kontakt, wymiana paru zdań, odczucie wspólnoty, zrozumienie problemów i kłopotów, których nikomu nie brakuje, obśmianie głupoty polityków, itp. A poza tym, wypada po prostu wspólnie ponarzekać i pokląć na podatki. Szewc jest kimś tak zrośniętym z małym miastem, tak bardzo weń wintegrowanym, że mógłby być nawet w jego herbie, gdyby to miejsce nie było już zajęte przez św. Piotra. Wystarczy pójść tam na chwilę i zobaczyć ludzi, którzy do niego przychodzą ze swoimi butami i przysłuchać się kilku zdaniom, które zamieniają z szewcem. Tego nie ma nawet w poczekalniach u lekarzy, a tym bardziej w gabinetach lekarskich.

Ten zawód jest mi szczególnie bliski, bo mój dziadek był szewcem i przez wiele lat miał swój zakład w Rynku. Wchodziło się tam po cementowych schodkach i otwierało zgrzytające zawiasami drzwi, naciskając na zacinającą się klamkę i przechodząc przez wysoki próg. Wewnątrz było kilka przedziwnych urządzeń, do których nie wolno było mi się dotykać, ani nawet zbliżać, jak nożyce i przecinaki, maszyna do zszywania cholewek i prasa. Dziadek miał na wszystko oko, mimo iż pozornie wyglądało na to, że tylko siedział nad kopytem i zakrzywionym młotkiem wbijał gwoździe we fleki. Ale do jego codziennych funkcji należało wykonywanie wielu innych zabawnych czynności, które obserwowałem z szeroko otwartymi oczami, nie tylko z powodu chronicznego niedoświetlenia „warstatu”, jak nazywał swój zakład dziadek.

Oprócz szycia nowych butów i naprawiania starych, dziadek prowadził właściwie mały sklep, w którym sprzedawał różne artykuły szewskie, jak na przykład skórę czy gwoździe, pastę do butów, blaszki do zelówek, prawidła, dratew lub sznurowadła. Bardzo zajmujące dla takiego szczeniaka, jak ja, który jeszcze nie chodził do szkoły, było to że dziadek ważył klientom towar. Mnie się wydawało, że gwoździe można by sprzedawać na sztuki, bo były przeliczalne, a skórę można by sprzedawać według miary powierzchni, bo im więcej materiału tym większa użyteczność, ale wcale tak nie było. Wszystko sprzedawało się na wagę.

Waga była bliźniaczo podobna do tej, na której babka ważyła na sprzedaż kapustę kwaszoną, i miała dwie szalki, jedną na której stawiało się odważniki i drugą, gdzie kładło się towar, a pośrodku – wskazówkę, która utrzymana w pionie wyznaczała równowagę. Dziadek własnoręcznie dokonywał ceremonii ważenia towaru dla klienta, a potem zapisywał w kajecie ile czego sprzedał i za jaką sumę, a na koniec dnia przeliczał dzienny utarg. Podczas sprzedaży czasem odwracał się i pokazywał klientom jedną z tabliczek wiszących na ścianie, której tekst brzmiał mniej więcej tak: „Kredyt umarł, zabili go dłużnicy, o czym zawiadamiają pozostali łatwowiernicy”. Umiałem składać litery i czytać zdaniami zanim poszedłem do szkoły, więc poszczególne wyrazy były dla mnie czytelne, ale nie znaczy to wcale, że zrozumiałe, bo w żaden sposób nie mogłem wykombinować, co to był, a właściwie kto to był ów zmarły Kredyt, a szczególnie kto to byli łatwowiernicy? Nawet w Encyklopedii, gdzie wówczas czytałem o różnych grupach ludzi znanych z historii, jak faryzeusze lub medyceusze, nie mogłem znaleźć żadnego odniesienia do łatwowierników.

Siedząc w zakładzie i czekając aż mnie odbierze wracająca z roboty matula, dokładnie obserwowałem dziadka, co, kiedy i jak robi, i jedna z rzeczy – zupełnie nie związana z butami – bardzo mnie zaintrygowała, a mianowicie to, że popijał herbatę z termosu. W pewnym momencie, podczas pracy, kiedy wydawało się, że jest całkowicie pochłonięty robotą, dziadek nagle przerywał stukanie we fleki i –nie ruszając się ze swego zydelka – sięgał po termos stojący pod maszyną do szycia butów, odkręcał nakrętkę wyglądającą jak kaptur w kształcie niewielkiego kubka, wyjmował z termosu korek, zakręcał całym termosem w kółko, żeby płyn się rozmieszał, i nalewał parującej herbaty do kubka. Z jakiegoś powodu, który rozszyfrowałem dużo później, nie wolno mi było w ogóle pić tej herbaty. Gdy prosiłem, żeby mi dał spróbować, to sięgał do szuflady, wręczał mi jakieś moniaki i kazał skoczyć do pobliskiego sklepu pani Chuchulskiej po oranżadę. Nie rozumiałem tego zbyt dobrze i sądziłem, że mogło chodzić o możliwość złapania jakiejś choroby przez kontakt ust z kubkiem, bo panowały wtedy odra i ospa wietrzna, którymi zarażały się dzieci, ale dopiero pod koniec dnia, kiedy ruch w zakładzie trochę się uspokoił i mniej było klientów, jeden z dziadka czeladników wyjaśnił mi, że herbata była chrzczona, co mnie uspokoiło, bo wiedziałem że chrzest ma coś wspólnego z prawem boskim, z kościołem i z księdzem, więc mnie było nic do tego, ale dlaczego dziadek występował w tej roli, to nie pojmowałem zupełnie.

Z innych przyjemnych czynności wykonywanych przez dziadka, uważnie obserwowałem proces ważenia, który mnie intrygował z powodu takiego, że małe rzeczy mogły ważyć więcej niż duże, czyli były cięższe. Z Encyklopedii wydedukowałem, ze przyczyną tego faktu może być gęstość materii, ale nie miałem z kim o tym porozmawiać, więc zamiast na teoretyzowaniu skupiłem się na praktyce. Proces ważenia tak bardzo mi się spodobał, że zacząłem ważyć buty. Stawiałem jeden but na jednej szalce, a na drugiej dobierałem odważniki, żeby zrównoważyć ciężar. Nauczyłem się jednostek wagi, jakimi były kilogram i dekagram, które wszyscy nazywali kilo i deko. Buty ważyłem pojedynczo, najpierw lewy, potem prawy, a wyniki – wzorem dziadka, który świecił mi przykładem systematyczności – zapisywałem we własnym szesnastokartkowym kajecie, który matka mi kupiła w sklepie papierniczym. Miałem też problem, który z dzisiejszego punktu widzenia jest niewątpliwie problemem naukowym dla sześciolatka, polegający na pytaniu, czy waga lewego buta równała się wadze prawego? Wydawało mi się początkowo, że prawe buty były cięższe. Ale po zważeniu kilkunastu par butów i porównaniu wyników, tj. wagi lewego i prawego buta w tej samej parze, okazało się, że nic podobnego, i mniej więcej tyle samo lewych butów miało wagę większą od prawego, co prawych – od lewego. W Encyklopedii nazywało się to prawem wielkich liczb i oznaczało w jednej z wersji, że dla dużej liczby wypadków częstości obu zdarzeń zbiegają się do tej samej liczby. Wtedy pomyślałem sobie, że zamiast rzucać monetą i obstawiać orła lub reszkę, można by obstawiać, który but jest lżejszy lub cięższy, prawy czy lewy, i zapytałem o to dziadka, którego rady bardzo ceniłem, ale on natychmiast wyjął monetę z szuflady i kazał mi kupić sobie oranżadę u pani Chuchulskiej, dodając, że w domu na strychu leży dużo książek o matematyce, które mógłbym poczytać, to może bym trochę zmądrzał.

Wytwarzanie butów było dla mnie czymś nadzwyczajnym, bo z kawałków skóry, które się odpowiednio przykroiło, i z dratwy, którą się te kawałki zszywało, można było stworzyć przedmiot, który czemuś służył. Pamiętając o tym, wiele lat później, ku uciesze moich studentów inżynierii oprogramowania, zacząłem im wyjaśniać, na czym polega działalność inżyniera. Opierając się na modelu procesu wyrabiania buta, z warsztatu mojego dziadka, opowiadam o tym, jakie są etapy tworzenia każdego wyrobu, zegarka czy lokomotywy, a nawet programu komputerowego. Najpierw, konieczny jest opis zadania do wykonania, a mówiąc językiem technicznym – specyfikacja problemu. W przypadku buta, dziadek tworzył taki opis stawiając stopę klienta na czystym szarym papierze i obrysowując ją ołówkiem. Mierząc dodatkowo wysokość podbicia, miał pełną specyfikację problemu, co zapisywał pod nazwiskiem klienta w swoim kajecie. To był pierwszy krok.

Drugi krok w produkcji butów polegał na dobraniu fasonu. Z tego, co pamiętam, dziadek miał zaledwie kilka fasonów butów męskich, bo damskich nie robił w ogóle. Wszystkie fasony stały w oknie, na wystawie, która różniła się znacznie od dzisiejszych wystaw, bo na wysłanym pożółkłą gazetą parapecie stało kilka pustych pudełek po butach, na których demonstracyjnie paradowały trzy modele butów, które było ledwo widać przez szyby zafajdane przez muchy. Były to buty z cholewkami, na które dziadek mówił kamasze, podkuwane blaszkami, trzewiki, którymi dziadek nazywał wszystkie półbuty, i pantofle, najlżejsze z półbutów.

Klient wybierał fason, dziadek brał miarę, którą zapisywał w zeszycie, i reszta należała do czeladników i terminatorów, którzy wytwarzali but, a więc kroili skórę, zszywali cholewkę z podeszwą, przyklejali lub przybijali fleki i wykonywali tuzin innych ważnych czynności, jak obszywanie brzegów, nacinanie dziurek itd. To była faza trzecia – wykonanie. Bezlitosną kontrolą jakości było oko dziadka, który był też obecny podczas fazy czwartej, a więc przymiarki, czyli w języku inżynierskim zwanej testowaniem.

Z tymi wspomnieniami udaję się do zaprzyjaźnionego szewca na Dolnej, i jak przystało na szewca – z poczuciem humoru. Wiedząc o tym z poprzednich wizyt, zaczynam od żartu, że każdy z nas musi mieć swoją dziurkę, co kończę dłuższą pauzą… Szewc rzuca okiem na zaplecze, gdzie siedzi ktoś inny, i uśmiecha się do tej osoby, a ja dodaję, że mój pasek potrzebuje aż dwóch, dwóch dodatkowych dziurek, a to z racji tego, że przerzuciwszy się na dietę wegańską zacząłem chudnąć i muszę bardziej się dopinać. Szewc pyta dalej, na kiedy to potrzebuję, więc mówię że na zaraz i wtedy rozpoczynamy rozmowę na bardzo delikatny temat, dlaczego szewcy piją. Streszczać jej nie będę, ale przykłady znanych mi szewców – z dziadkiem włącznie – świadczą, że ile by nie pracować, to za mało, bo klienci nie znają litości. Dziesięć godzin pracy – mało, dwanaście godzin – mało, powyżej dwunastu – też mało, i w efekcie, żeby odreagować, zagląda się do kieliszka. Nie znaczy to, że każdy szewc tak robi, przynajmniej nie z tego powodu, ale może z innego, na przykład, jak ktoś chce z niego zrobić krawca.

Copyright 2015 by Janusz Zalewski

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Powroty – ulica Nadrzeczna (2)

Kiedy matka wyjmowała mnie z grupy biegnących do browaru po piwo dla kowala, zatrzymywałem się i zawracałem w pół drogi. Szedłem w kierunku domu ze spuszczoną głową, powłócząc nogami. Ku mojemu szczęściu, przed domem zwykle siedział na progu lub na krawężniku i czekał na mnie Henio, jedyny chłopak z Nadrzecznej, z którym matka pozwalała mi się bawić. Taki był

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (11)

Cukiernia, to już koniec ul. Warszawskiej. Jeszcze kilka sklepów i dochodzimy do pl. Kościuszki. Ktoś mi podpowiedział, że tam jest punkt usługowy, w którym mogę się podłączyć do Internetu, a właściwie użyć komputera połączonego z Internetem. Tam więc zmierzam i po drodze przypominam sobie dawny wygląd placu, ławki w parku, postój taksówek, kino Nysa, komenda

Zdarzenia nad Zatoką San Francisco (11)

Na marginesie marginesu: poetki pokolenia beatu

Simone Weil argumentowała, że nie widać końca walki między między tymi, którzy są podporządkowani, a tymi, którzy wydają rozkazy. Grupy dominujące nie oddają swoich przywilejów, chyba że są zmuszone. Czesław Miłosz O znaczeniu Simone Weil, 1960 Miłoszowskie „Widzenia nad Zatoką San Francisco” są niesłychanie inspirującą lekturą, albowiem zmuszają czytelnika do