Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (10)

Podziel się:

Z apteki kierunek jest już tylko jeden – cukiernia „Staropolska”. Bardzo lubię do niej chodzić, lecz zawsze czynię to z obawą, że dam się naciągnąć na jakieś słodycze lub inne smakołyki, bo szczególnie uwielbiam rurki z kremem, lecz nie jadłem ich już parę lat, odkąd stałem się weganinem.

Sam dokładnie nie wiem, jak do tego doszło, ale nagle z dnia na dzień, przestałem jeść produkty pochodzenia zwierzęcego, z rybami, serami, mlekiem i jajami włącznie. Tak jak nigdy nie oglądam telewizji, wracam kiedyś późnym wieczorem okrutnie zmęczony z pracy i padam bez ducha na kanapę przed włączony telewizor. Nawet nie wiem, co to za program ani o czym mowa, dostrzegam tylko poruszające się na szkle sylwetki. Jednak, w pewnym momencie mózg mi zaskoczył, bo widzę charakterystyczną postać byłego prezydenta USA, Billa Clintona, rozmawiającego ze znanym redaktorem programów medycznych telewizji CNN, drem Sanjayem Guptą. Nigdy bym ich obu nie skojarzył razem, ale coś mi zaświtało, że być może w programie chodzi o leczenie chorób serca, bo powszechnie wiadomo o zawałowych kłopotach byłego prezydenta, więc włączyłem głos telewizora i rzeczywiście – Bill Clinton rozwodzi się szeroko i elokwentnie nad tym, że odkąd przeszedł na jakąś magiczną dietę, to jego zaawansowana choroba wieńcowa nie tylko uległa zahamowaniu, ale wręcz zaczęła się cofać.

Trudno w te rzeczy wierzyć, szczególnie dobiegające z telewizora, bo cóż to może być za niezwykła dieta, myślę sobie, jako że zamieszkując przez odpowiednio długi czas w Ameryce zdążyłem się przekonać, że magicznych diet są dziesiątki i żadna nie jest bardziej skuteczna od drugiej, bo problem z nadwagą i w dużej mierze także z otyłością polega głównie na narzuceniu sobie ostrego reżimu w spożyciu i unikaniu najtańszych i najbardziej niezdrowych dań z najprzeróżniejszych macdonaldów i ich ekwiwalentów, na co żadne cudowne diety same w sobie nikomu nie pomogły i zapewne nigdy nie pomogą.

No i słucham dalej panów Clintona i Guptę, z dużą dozą sceptycyzmu, lecz na ekranie niespodziewanie pojawia się także lekarz, dr Caldwell Esselstyn, propagator diety – nazwijmy ją pozbawionej produktów pochodzenia zwierzęcego – bardzo rzeczowo i logicznie wyjaśniając, o co w tym wszystkim chodzi, i argumentując, że podstawowym czynnikiem sprzyjającym chorobom układu krążenia i serca są tłuszcze zwierzęce. Nic dodać, nic ująć – tłuszcze zwierzęce w naszym pożywieniu. Żeby nie rozwodzić się zbyt długo nad tym tematem, bo nie jestem żadnym ekspertem lecz jedynie powtarzam czyjeś opinie, aczkolwiek oparte na badaniach naukowych, przytoczę tylko najbardziej przekonywający, jak mi się wydaje, argument, że – jak dowodzą badania epidemiologiczne – są całe populacje na świecie, gdzie nie jedzą w ogóle produktów zwierzęcych, tzn. mięsa i jego pochodnych, i nie znają chorób serca. Mocno zestresowany, bo nie mogłem znaleźć słabego punktu w tym rozumowaniu, jeszcze tego samego wieczoru kupiłem przez Internet książkę pana Esselstyna, która – jak się okazuje – ukazała się także w polskim tłumaczeniu: „Chroń i lecz swoje serce” (Wyd. Studio Astropsychologii, 2014), i przeczytawszy ją w jedeń dzień, od deski do deski, nadal nie mogłem znaleźć w niej żadnej luki. I jeszcze raz dał mi się we znaki problem, z którym nie mogę sobie poradzić przez całe życie, że jestem całkowicie logiczny i racjonalny, więc musiałem sam przejść natychmiast na dietę wegańską, mimo że nigdy nie miałem problemów z sercem lub układem krążenia.

Wiedząc to wszystko, zresztą pogłębione obowiązkową lekturą popularnej literatury medycznej, gdzie te koncepcje są dodatkowo wyjaśnione i udokumentowane, ze zdziwieniem przyglądam się teraz, jak nikt w moim otoczeniu nie schodzi poniżej kotleta; wszyscy spokojnie i ze smakiem konsumują schabowe, mielone, devolaille, rumsztyki, sznycle, pieczenie wołowe i inne mięsne przysmaki. Widocznie tak musi być, że ktoś nas zaprogramował na spożycie mięsa i ktoś musi nie zjeść kotleta, żeby go mógł jeść ktoś. Zabawne jest też to, co zauważyłem u siebie, że zupełnie nie pojmuję otoczenia, jak można być tak nielogicznym i postępować do tego stopnia nieracjonalnie, i odżywiać się tak niezdrowo. Wiąże się z tym pewien dowcip, którym odwzajemniam otoczeniu jego nieracjonalność. Gdy pytają mnie, że skoro nie jem mięsa, to skąd w mojej diecie bierze się białko, odpowiadam, że cały mój organizm jest zbudowany z białka, więc po jeszcze miałbym dostarczać go do organizmu więcej?

Ale wracając do diety, po paru miesiącach takiego odżywiania okazało się, że jedyną jej zauważalną konsekwencją, choć niezwykle ważną, jest redukcja ogólnego poziomu cholesterolu, który szybko spadł mi do 150 jednostek, przy medycznie zalecanej granicy 200 (według norm amerykanskich). To jest efekt bezpośredni mojej historii przejścia na dietę wegańską, a jaki jest efekt uboczny? Okazuje się, że nie chodzi o żadną dietę ani o poziom cholesterolu, ale o to, dlaczego przyszedłem do domu śmiertelnie zmęczony i padłem na kanapę po odsiedzeniu późnych godzin nocnych w biurze? Czyżbym kompletnie nie miał nic innego do roboty, jak choćby pisanie do Tygodnika Ilustrowanego? Zapytał mnie o to kolega z pracy, bo zdarzyło się kiedyś, że miał wyjechać służbowo w poniedziałek rano i zapomniał wziąć czegoś ważnego z biura, więc przybiegł po to zdyszany w sobotę wieczorem, już po 22-giej, i ze zdziwieniem stwierdził, że ja najwyraźniej zajmuję się pracą, więc zapytał co robię o tej porze w biurze i czy nie mam nic lepszego do roboty niż siedzieć po nocy przed komputerem? – „Ciągła praca do późnych godzin nocnych powstrzymuje mnie przed piciem.” – odparłem stanowczym tonem, jak wychodzący z nałogu alkoholik. Kolega otworzył usta ze zdumienia i ryknął gromkim śmiechem, ale nie kontynuował tematu, tylko na oficjalnych przyjęciach uważnie mnie obserwuje ile i jakiego napoju konsumuję.
Tym razem w Staropolskiej też wyciągam laptopa i zamierzam wykonać jakąś użyteczną pracę. Otoczenie jest przyjemne i łatwo jest nad czymś pożytecznym się skoncentrować, ale szybko stwierdzam że nie ma tu dostępu do Internetu, więc zauważam tę niedogodność i alarmuję panią Ewę zza baru, a ona zgadza się ze mną i mówi, że przekaże szefowi, ale szczęśliwie w tym samym czasie wchodzi szef dowożąc świeże ciasta, i po krótkiej wymianie zdań oferuje mi dostęp do Internetu po swojej prywatnej, a właściwie służbowej, linii telefonicznej, więc szybko instaluję oprogramowanie, którego mi użycza, i po paru minutach, ze służbowym programem komunikacyjnym na drajwie USB wetkniętym do mojego laptopa, wszystko zaczyna działać i mam połączenie ze światem, a potrzebuję go, żeby sprawdzić wykonanie zadań przez studentów, bo akurat jest sesja egzaminacyjna i muszę posprawdzać testy. Pani Ewa robi mi podwójne espresso i proponuje babeczkę owocową, z pomarańczą, kiwi, wisienką i malinką, ale na grubej warstwie kremu śmietankowego, czego nie mogę niestety przełknąć i niewzruszony odmawiam. Ale pani Ewa nie daje za wygraną i podchodzi mnie z innej strony: – „Niech pan się skusi, będzie pan trochę słodszy!” No i jak tu odmówić kobiecie?

Nie chcę nadużywać uprzejmości i życzliwości gospodarza, więc załatwiam, jak mogę najszybciej, swoje sprawy na Internecie i przechodzę do towarzyskiej rozmowy. Klienci wchodzą i wychodzą, przesuwając się jak na filmie, sprawnie obsługiwani przez panią Ewę, a ja dowiaduję się czegoś więcej o biznesie, o składzie i pochodzeniu ciastek, o zamówieniach na torty urodzinowe, itp. Ze swej strony, reklamuję zbliżający się salon poezji bitniczek w Teatrze Polskim, opowiadam trochę o przygotowaniach, o wykonawcach i o samej poezji, i w zamian za udostępnienie Internetu oferuję dwa bilety na niedzielę. A na pytanie, czym się zajmuje zawodowo i o cel wizyty w Polsce, odpowiadam mówiąc o projektach zdalnego laboratorium robotyki, co rozszerzam anegdotą o dwóch studentach, którzy nie mogą rozstrzygnąć, czyj program sterowania robotem jest lepszy, więc idą do takiej samej kawiarenki, lecz z Internetem, logują się zdalnie do robota, ładują do niego swoje programy jeden po drugim, i obserwują przez kamerę, czyj program porusza ramieniem robota precyzyjniej i bezpieczniej. Móglbym to nawet zademonstrować w praktyce, ale na Florydzie, gdzie pracuję, jest sześć godzin wcześniej i w laboratorium jest jeszcze ciemno, choć teoretycznie mógłbym uruchomić robota, żeby zapalił światło.

Kawiarnia, z której studenci logowali się do robota, jest częścią sieci Starbucks i opowiadam dalej, dlaczego mam do niej wstęp wzbroniony, coś jak Charles Bukowski, którego wylano z baru na podstawie paragrafu 86 jakiegoś amerykańskiego prawa, za wszczęcie rozróby po pijanemu, co opisał w swoim opowiadania zatytułowanym właśnie „86-ed”. Mój własny incydent był dość niewinny, bo bez użycia alkoholu, ale mógł się skończyć dużo gorzej, gdyż Ameryka kompletnie nie zna się na żartach. Wchodzę kiedyś do niewielkiej kawiarenki Starbucks niedaleko mojego uniwersytetu, czekam w kolejce do kasy i kiedy nadchodzi moja kolej, na pytanie, co chciałbym zamówić, odpowiadam, że bezkofeinowe cappuccino, uzasadniając to że w moim wieku muszę już uważać na serce. Ponieważ Starbucks ma trzy rozmiary papierowych kubków, małe, średnie i duże, przemiła barmanka pyta mając na myśli właśnie rozmiar kubka – użyję tu oryginału angielskiego, bo to lepiej brzmi – „What size, sir? – na co ja bez zastanowienia odpowiadam – „Seven inches”.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.
Copyright 2015 by Janusz Zalewski
Kontakt z autorem:
ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Powroty – poza Nadrzeczną (1)

Ulica Nadrzeczna miała własną i niepowtarzalną atmosferę, ze swoimi przeróżnymi zakładami, domami i ludźmi, których pamięta się na zawsze i odpowiednio często do nich wraca. Ale Nadrzeczna, mimo swojego mikroklimatu i niezwykłej atmosfery, nie była jedyna w tym mieście. Małemu szczeniakowi nie było jednak dane doświadczać zbyt wielu przygód na innych ulicach, mimo że

Zdarzenia nad Zatoką San Francisco (11)

Na marginesie marginesu: poetki pokolenia beatu

Simone Weil argumentowała, że nie widać końca walki między między tymi, którzy są podporządkowani, a tymi, którzy wydają rozkazy. Grupy dominujące nie oddają swoich przywilejów, chyba że są zmuszone. Czesław Miłosz O znaczeniu Simone Weil, 1960 Miłoszowskie „Widzenia nad Zatoką San Francisco” są niesłychanie inspirującą lekturą, albowiem zmuszają czytelnika do

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (5)

Wyszedłszy z księgarni, będąc idealnie obsłużonym, niczym w latach sześćdziesiątych, zastanawiam się dokąd teraz się udać po następną przygodę, a możliwości zauważam dwie, obie w zasięgu wzroku: po lewej zegarmistrz a po prawej kantor wymiany walut. Wiem, że w obu miejscach będę bardzo życzliwie przyjęty, zatem ruszam przed siebie i rzuca mnie trochę bardziej w lewo,