Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (11)

Podziel się:

Cukiernia, to już koniec ul. Warszawskiej. Jeszcze kilka sklepów i dochodzimy do pl. Kościuszki. Ktoś mi podpowiedział, że tam jest punkt usługowy, w którym mogę się podłączyć do Internetu, a właściwie użyć komputera połączonego z Internetem. Tam więc zmierzam i po drodze przypominam sobie dawny wygląd placu, ławki w parku, postój taksówek, kino Nysa, komenda milicji, ale trwa to tylko chwilę, bo szybko dochodzę do celu i biorę się za swoją robotę.

Miejsce nazywa się kawiarenką internetową i dziwię się, w jaki sposób słowa trafiają do języka i do słownika bo przecież nie ma to nic wspólnego z kawiarnią i kawą, tak samo zresztą jak kantor wymiany walut z prawdziwym kantorem. Nie wiem dokładnie, jaki jest zakres działalności takiego punktu, bo ja łączę się tylko z Internetem albo czasem coś drukuję, ale są tu również usługi ksero i naprawa komputerów. Chodzi mi po głowie wiele różnych określeń, którymi mógłbym nazwać zawód właściciela, ale elektronik, to byłoby chyba za dużo, mimo naprawy komputerów. Zostawiam go więc bez określenia zawodu i oddaję się rozmyślaniom o Internecie, bo właśnie wyłączyli prąd, tzn. centralnie odcięto dopływ energii, wydaje się że w całym budynku lub w ogóle na ulicy. Dobrze, że nie mogą wyłączyć powietrza. Na razie.

W oczekiwaniu na przywrócenie komputerów do życia, wychodzę na zewnątrz do parku, siadam na ławce i wyciągam nogi, jak za dawnych czasów w otoczeniu petów i butelek po różnych trunkach, do czego teraz doszły jeszcze puszki, i rozmyślam nad zadziwiającym faktem, w jaki sposób w ciągu zaledwie jednego pokolenia świat tak radykalnie zmienił się technologicznie. Przede wszystkim, uzmysławiam sobie, że to, co nazywamy Internetem, a co tak naprawdę jest tylko konsekwencją wprowadzenia i upowszechnienia, na początku lat 70-tych, specjalnych protokółów transmisji danych po łączach telekomunikacyjnych, gdyż to był oryginalny Internet, cała ta wszechogarniająca i wszechwładna sieć World Wide Web (sieć wszechświatowa?) powstawała na moich oczach, bo po miałem z tym cały czas styczność pracując w amerykańskich instytutach jądrowych.

Warto przy tym uświadomić sobie, że tę sieć wszechświatową wymyślili nie informatycy, a fizycy. A doszło do tego w taki sposób, że dla fizyków pracujących w dziedzinie wysokich energii, którzy prowadzą eksperymenty na bardzo kosztownych urządzeniach, głównie akceleratorach cząstek elementarnych, istniejących tylko w nielicznych egzemplarzach, w najbogatszych krajach globu, koniecznością jest praca na odległość. Musieli więc tworzyć dokumenty i komunikować się zdalnie nie tylko między sobą, ale również ze swoimi urządzeniami, i z tego względu, panowie Tim Berners-Lee i Robert Cailliau, w międzynarodowym instytucie badań jądrowych CERN, zaproponowali w 1990 roku opracowanie i zrealizowanie systemu, który umożliwiałby tworzenie i przeszukiwanie dokumentów na zasadzie „hipertekstu”, czyli z wbudowanymi odsyłaczami, ale do dokumentów znajdujących się fizycznie w innych miejscach, poza tekstem, dostępnych przez zewnętrzne odsyłacze nazwane linkami. Gdyby ktoś chciał, to może przeczytać tę oryginalną propozycję pod adresem: http://www.w3.org/Proposal Ten niewinny początek doprowadził do sytuacji, że obecnie do wszystkiego co wiąże się z informacją używamy Internetu, a sami fizycy tak udoskonalili swój wynalazek, że mogą zdalnie sterować urządzeniami na odległość, co miałem okazję sam niedawno obejrzeć w specjalnym pomieszczeniu przeznaczonym do zdalnej kontroli Wielkiego Zderzacza Hadronów (LHC – Large Hadron Collider) w Genewie, z laboratorium fizyki wysokich energii Fermilab, pod Chicago.

Mimo astronomicznej liczby użytkowników Internetu i kosmicznej liczby funkcji spełnianych przez nieprzeliczone programy, których ilość masowo wzrosła wraz z pojawieniem się telefonów komórkowych i smartfonów, ostateczne konsekwencje tego niepozornego wydarzenia z 1990 roku i towarzyszącego mu raportu Bernersa-Lee i Cailliau są nadal trudne do przewidzenia. Jedną z takich niewiadomych jest wciąż dziedzina edukacji, mimo szybkiego upowszechniania się nauczania online. Myślę, że temu tematowi warto poświęcić uwagę, bo czekają nas zmiany, na które nie jesteśmy jeszcze przygotowani.

Śledząc na bieżąco – z racji wykonywanego zawodu – rozwój technik komputerowych, dwadzieścia lat temu wziąłem udział w konferencji, na której prezentowano referat o tworzeniu książek elektronicznych na Internecie, oczywiście napisany przez fizyków, tym razem z amerykańskiego Oak Ridge National Laboratory. Tam po raz pierwszy zobaczyłem w użyciu przeglądarkę o nazwie Mosaic, stosującą powszechny dziś protokół HTTP – dostępu do dokumentów przez Internet. Ten referat można też w całości znaleźć na Internecie pod adresem: http://www.osti.gov/scitech/servlets/purl/28306 Sam mogłem używać tylko prymitywnej przeglądarki tekstowej o nazwie Lynx, ale to wystarczyło do obejrzenia pierwszych, prototypowych stron internetowych. Parę miesięcy później, w lutym 1995 roku, w najważniejszym zawodowym czasopiśmie komputerowym, Computer, publikowanym przez amerykańskie stowarzyszenie inzynierów elektroników, ukazało sie omówienie tego referatu, w którym recenzent pisał: „Jeśli jesteś nauczycielem, usilnie polecam rozważenie tego projektu do użycia w szkole. Jest bardzo prawdopodobne, że dostęp online do takich materiałów zdominuje przyszłe programy nauczania i metody instruktażu.”

Mimo, że od tej przepowiedni minęło już dwadzieścia lat i nauczanie online nadal nie jest zbyt powszechne, sądzę że jesteśmy na krawędzi drastycznej zmiany, która doprowadzi do wielkiego przeobrażenia w edukacji. Potrzeba do tego czegoś, co nazwałbym „technologią przełomową” (neologizm od angielskiego terminu „disruptive technology”), co jest innowacją stawiającą nas na zakręcie, niekoniecznie ściśle technologiczną, ale powodującą załamanie się utartych schematów w jakiejś dziedzinie i otwarcie nowych rynków zbytu, które powodują upadek tradycyjnych rynków. W wyjaśnieniu tego terminu, na myśl przychodzą mi natychmiast losy technologii komputerowych, np. wprowadzenie komputerów klasy PC przyczyniło się do wyparcia minikomputerów i spowodowało zniknięcie z rynku oraz bankructwo produkujących je firm, które nie potrafiły się zaadaptować do nowych warunków. Te przykłady można by mnożyć bez końca, ale najbardziej genialny przypadek podaje Ryszard Kapuściński w swojej książce „Heban”. Otóż tak prosta rzecz, jak wprowadzenie plastikowych pojemników zrewolucjonizowało życie w Afryce, gdzie na ogół nie ma wodociągów i kranów, jak w krajach wysoko rozwiniętych, a wodę nosi się ze źródeł w pojemnikach, często na wielokilometrowe odległości. Przed wprowadzeniem pojemników plastikowych, wodę nosiło się w ciężkich naczyniach ceramicznych, glinianych, nawet kamiennych, czasem w drogich naczyniach metalowych, i musiały się tym zajmować kobiety. Od czasu gdy pojawiły się lekkie pojemniki plastikowe, wodę mogą nosić dzieci, co uwolniło kobiety do wykonywania innych, bardziej produktywnych, czynności. Tak więc, bardzo prosta w naszym mniemanu rzecz spowodowała prawdziwą rewolucję! O czymś dokładnie takim myślę w odniesieniu do nauczania przez Internet.

Na pozór wydaje się, że taka radykalna zmiana nie jest możliwa, bo akademia i uniwersytet są jedną z najstarszych i najtrwalszych instytucji na świecie, z tysiącletnią historią, a może nawet dłuższą, sięgającą starożytności, i nie byłoby łatwo tę tradycję zburzyć. I gdy stanie się w murach jakiejś dostojnej uczelni, co zdarzyło mi się ostatnio na Uniwersytecie Jagiellońskim, lub chociażby na dziedzińcu Fahrenheita lub Heweliusza, na Politechnice Gdańskiej, to trudno uwierzyć że niedługo te mury mogą zupełnie opustoszeć. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, że stanie się to w ciągu życia obecnego pokolenia, może już za kilkanaście lat. Całe nauczanie na poziomie wyższych uczelni przeniesie się na Internet, a szkoły, które się do tego nie dostosują znikną z pola widzenia. Oczywiście ktoś, prawdopodobnie instytucje państwowe, będzie musiał wydawać i certyfikować dyplomy, ale to jest rzecz czysto biurokratyczna, najważniejszy będzie sposób zdobywania wiedzy. Sceptykom przypomnę, że tak skończyło się życie wielu dobrze prosperujących przemysłów. Kto by uwierzył, kilkadziesiąt lat temu, że świetnie rozwinięte fabryki włókiennicze w Łodzi przestaną funkcjonować i opustoszeją, a w ich murach pojawią się galerie sztuki i kawiarnie? Z bliższych przykładów, czy nie widać gołym okiem upadku drukowanej prasy? Kto ją dzisiaj czyta? Tylko odchodzące pokolenia, bo generacja internetowa polega wyłącznie na największej bibliotece świata o nazwie google.com.

I oto, co może spowodować brak prądu, takie czarne prorocze wizje. Ale prądu nadal nie ma, co widzę po zgaszonych reklamach i światłach, więc powoli zabieram się do powrotu do domu, gdy nagle, nie wiadomo skąd, jak za dawnych lat na Nadrzecznej, pojawia się Kulas, z którym już tego dnia widziałem się wcześniej, i ni z tego ni z owego zadaje mi pytanie: – „Zawsze byłem ciekaw, co cię skłoniło do studiowania elektroniki? Przecież ty masz takie humanistyczne zacięcie…” I siadamy ponownie na ławce i odpowiadam Kulasowi, że w tamtych latach, gdy uczyliśmy się w liceum i pijaliśmy tanie wina pod Zamkiem, ja z nudów czytywałem różne dziwne rzeczy i kiedyś nieodparte wrażenie zrobiła na mnie książka amerykańskiego naukowca, Norberta Wienera (1894-1964), zatytułowana „Cybernetyka czyli sterowanie i komunikacja w zwierzęciu i maszynie”, opublikowana przez PWN w 1971 r., której oryginalne wydanie ukazało się w 1949 r., ale ja będąc w liceum kupiłem sobie drugie amerykańskie wydanie (z 1965 r.) w warszawskiej księgarni ORPAN, gdzie zabierała mnie czasem ciotka Pelagia. Z tej właśnie książki dowiedziałem się o znaczeniu sprzężenia zwrotnego, w technice (tj. w budowie wzmacniaczy elektronicznych, w automatycznym sterowaniu procesami), w społeczeństwie („Cybernetyka i społeczeństwo” Wienera była wydana znacznie wcześniej przez Książkę i Wiedzę) i w biologii. – „Aha, homeostaza” – powiedział tejemniczo Kulas i charakterystycznym chodem oddalił się w swoją stronę, kołysząc się na boki przy każdym stąpnięciu na krótszą nogę.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.

Copyright 2015 by Janusz Zalewski

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Powroty – ulica Nadrzeczna (8)

Nieoczekiwana przygoda we młynie przyprawiona erotycznym ekscesem z Bronką, która poddawała się zalotom młynarzy, tak mną wstrząsnęła, że wybiła mnie w ogóle z życiowego rytmu, który polegał na szkole, odrabianiu lekcji, czytaniu encyklopedii od A do Z, takimże czytaniu słownika języka angielskiego, okazyjnej grze w palanta, zamiataniu ulicy za karę, przyglądaniu się

Powroty – poza Nadrzeczną (3)

Tym razem wchodzę do Igiełki i mówię, że chciałbym paniom pokazać swoje pośladki. Panie otwierają szeroko oczy ze zdumienia a może i z przerażenia, bo czasami może im się naprawdę trafić jakiś wariat, a ja odwracam się tyłem i ujawniam zaszytą na okrętkę dziurę w dżinsach, którą nabyłem siadając na gwoździu wystającym ze skrzyni, gdy chciałem się trochę

Powroty – poza Nadrzeczną (14)

Odbieram w kwiaciarni róże owinięte w folię i zastanawiam się, jak się czuje osoba, której przyniesiono bukiet kwiatów? Sam naprawdę nigdy kwiatów nie dostałem, więc tego nie wiem i zapewne się nie dowiem. – „Przepraszam, bo to nie mój interes, ale zapytam z ciekawości, dla kogo pan kupuje takie piękne kwiatki?” – pyta pani kwiaciarka. – „Dla swojej