Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (12)

Podziel się:

Po dalsze przygody na ul. Warszawskiej i w okolicach udaję się taksówką. Idę więc na postój taksówek ukryty zaraz za pl. Kościuszki, w bocznej uliczce, chyba Grodzkiej, i proszę o kurs nie gdzie indziej, tylko na postój taksówek. Dokładnie tak, chcę autentycznie jechać na postój taksówek, i to nie jest żaden kabaret. Mogę być pierwszym klientem w historii miasta, który chce jechać taksówką z jednego postoju taksówek na drugi i za to zapłacić. Wybieram postój docelowy przy Rynku, czyli koło pl. Jana Pawła II.

Taksówkarz robi wielkie oczy, ale przez szacunek dla klienta bez słowa rusza. Mam w tym cel, bo chcę kupić kwiaty w kwiaciarni na rogu Warszawskiej, więc jaki inny punkt docelowy mogłem zdefiniować, skoro Warszawska jest nieprzejezdna, a postój taksówek znajduje się naprzeciwko kwiaciarni? Wymieniłem miejsce najłatwiejsze do osiągnięcia dla taksówkarza, bo przecież nie mogłem go poprosić, żeby wjechał do kwiaciarni.
Przypomina mi to przeróżne historie, które opowiadał mi ojciec, zawodowy kierowca i taksówkarz. Zapewne takie historie nie są czymś szczególnym dla znawców tego zawodu, ale dla takiego szczeniaka jakim byłem w latach bezpośrednio poprzedzających szkołę podstawową, kiedy jeszcze nie opanowałem sztuki ucieczek z podwórka przez płot, żeby spotkać kolegów na Placu lub u Kalfusa, te historie opowiadane przez ojca były szczególną odskocznią i wejściem w zupełnie inny świat, a przynajmniej – swego rodzaju oknem na ten świat. Pamiętam, że czekałem na niego wytrwale aż wracał do domu wieczorem, a było to zawsze około godz. 20-ej, styrany po dziesięciu godzinach pracy, z przerwą na obiad, siadał na swoim miejscu między lodówką a stołem, bo tak było ciasno w kuchni, zdejmował buty, na które mówił „kamasze”, i skarpetki, którymi wycierał brud między palcami u nóg, jaki mu się nazbierał przez cały dzień harówy, na co strasznie denerwowała się matka, wkładał wielkie gołe stopy w kapcie, które mu przynosiłem, rozluźniał się i opowiadał, co ciekawego zdarzyło się dzisiaj. Przykładowo, jeden z pasażerów, a większość ich – w małym mieście – ojciec znał z nazwiska, pcha się do środka taksówki z rowerem. No cóż, klient nasz pan i ma swoje prawa, ale gdzie te prawa się kończą, czy jest jakaś książka praw i obowiązków klienta taksówki? A inwencja ludzka nie zna granic, tak samo zresztą, jak ludzka głupota, bo to są dwie strony tego samego medalu, oddzielone cieniutką warstwą metalu, łatwo przekraczalną, wystarczy odwrócić medal.

No więc, udało się klienta jakoś uspokoić i wstawić rower częściowo, tylnym kołem i siodełkiem, do bagażnika, tak że nie domykała się klapa, ale dopiero teraz zaczyna się problem, bo gdzie go zawieźć? Bełkot pijanego klienta jest taksówkarzom nieobcy, może nawet dobrze znany, ale niekoniecznie łatwo zrozumiały lub rozpoznawalny. Zdarza się też, że klient zmienia zdanie, dokąd chce dojechać, a czasem nawet zapomina dokąd kazał się wieźć. Oczywiście, w większości przypadków, klient wie też lepiej, którędy prowadzi najkrótsza droga do miejsca przeznaczenia. Taksówkarz musi więc wykazać się ogromną cierpliwością w kontakcie z klientem. Jest to najważniejsza cecha tego zawodu, oczywiście oprócz przezorności w przewidywaniu niepożądanych reakcji klienta, bo – jak powszechnie wiadomo z mediów – zdarzają się bardzo bolesne incydenty, spowodowane głównie faktem, że taksówkarz ma przy sobie gotówkę. W opisywanym przypadku, jazda była bezbolesna, a powodem wartym tej opowieści nie był wcale rower lecz miejsce docelowe, wymienione przez klienta. Na zadane pytanie: – „Dokąd pana zawieźć?” – odpowiedź brzmiała: – „Nowozagumienna 25, m. 3, do dużego pokoju.”

Bycie synem taksówkarza wiązało się z pewnymi przywilejami, bo ojciec często podwoził nas do szkoły, szczególnie zimą, czekał na dworcu kolejowym, gdy przyjeżdżaliśmy do domu na weekend z uczelni, i witał mnie wtedy zwyczajową frazą: – „Co, do cyca przyjechałeś?” Właśnie poczucie humoru było tym, co nas wiązało. I choć humor ojcowski był mocny i soczysty, to udało nam się wykształcić pewien rodzaj więzi opartej na humorze abstrakcyjnym. Jeden bardzo charakterystyczny przykład przychodzi mi do głowy, ale było ich więcej. Kiedyś siedzieliśmy z chłopakami nad rzeką pod Zamkiem pijąc tanie wino, gdy nagle nie wiadomo skąd pojawiło się dwóch milicjantów i zdecydowali nas wylegitymować. Starszy szarżą, obrzucił nas wymownym spojrzeniem i zakomenderował: – „Dowody!” Na co, młodszy z braci Dejnaków, z pokerową twarzą, nie podnosząc się z trawy – a siedzieliśmy nad wodą – odpowiedział: – „Tak zimno!”

Gdy opowiedziałem to ojcu, jako przykład abstrakcyjnego dowcipu, które opowiadają sobie studenci pijąc piwo w warszawskich barach, w odpowiedzi usłyszałem dokładnie tę samą historię, tylko w jego wersji. A wersja ta dotyczyła festiwalu orkiestr dętych, jaki odbywał się w Olsztynie, dokąd pojechała orkiestra ciechanowskiej Ochotniczej Straży Pożarnej, w której ojciec grał na puzonie. Gdy konkurs się zakończył, a odbywał się na olsztyńskim zamku, w oczekiwaniu na ogłoszenie wyników, cała orkiestra staropolskim obyczajem rozsiadła się nad fosą i zaczęła biesiadować, wyciągając z toreb wałówki i mocniejsze trunki, aby posilić się po całodziennych znojach. Rozlewanie gorzałki musiało nie spodobać się patrolującym okolicę milicjantom, bo podobnie jak nad Łydynią, dwóch z nich podeszło do grupy i starszy szarżą grzecznie zapytał: – „Poproszę panów o dowody osobiste.” Na co ojciec odpowiedział – „Tak zimno!”

Zresztą, dowcipom związanym z przewozami nie było końca, z tym tylko że w przeciwieństwie do tzw. kawałów były to rzeczywiste życiowe sytuacje warte refleksji połączonej z uśmiechem. Ponieważ prawa taksówkarzy nie były wówczas tak szczegółowo zdefiniowane jak obecnie, przyniosłem kiedyś ojcu regulamin przejazdów podprowadzony z autobusu PKS, gdzie wisiał jako obwieszczenie za siedzeniem kierowcy. Była to długa lista praw i obowiązków pasażerów, z których niektóre miały zastosowanie w przejazdach taksówkami. Ale nie to było najważniejsze lecz brzmienie niektórych z tych punktów na liście. Do dziś pamiętam jeden, z dokładnością do przecinka, bo właśnie to jest ważne. A brzmiał on tak: – „Nie może żądać przewozu pasażer niechlujnie ubrany w stanie, który ze względu na swoją chorobę jest niebezpieczny lub uciążliwy dla otoczenia.” Wykorzystywaliśmy to później jako skecz w kabarecie studenckim. Kabaret tworzył kolega z Wydziału Transportu, więc większość skeczy dotyczyła sytuacji przewozowo-transportowych z różnych dziedzin. Ojciec, wiedząc o tych próbach kabaretowych, nie pozostawał w tyle z wynajdywaniem materiału nadającego się na skecze i przyniósł kiedyś torebkę z herbatą marki Ulung, z następującym napisem, ujętym w ramkę na odwrocie, który uroczyście odczytał w obecności mamy przy kolacji: – „Matko, zaparzyłaś herbatę? Sprawdź, gdzie bawią się Twoje dzieci, czy aby nie na jezdni!”

Ponieważ z racji jego zawodu, przy siedmiodniowym dniu pracy, ojca widywałem rzadko, ukształtował mi się pewien mit jego osoby, który po latach porównałbym do mitu ojca z opowiadania „Druga jesień” Brunona Schulza. Jak pisze Schulz: – „W duszne, nieruchome wieczory, złote od zórz, odczytywał nam ojciec wyjątki ze swego manuskryptu.” – tak mój ojciec miał gotowy skrypt, który wypowiadał, gdy wracał wieczorem do domu. Szczególnie frapująca była historia kupna na taksówkę przedwojennego niebieskiego mercedesa, typu kabriolet, nabytego od szabrowników na Ziemiach Zachodnich, co jest czymś zupełnie niebywałym i wartym opisania w jakimś kryminale. Tak jak bohater opowiadania Schulza, mój ojciec był ogromnym patriotą i dysponując własnym pojazdem organizował nam wycieczki wakacyjne po całej Polsce, głównie w celu wyedukowania nas i dokształcenia z bogatej historii narodu. Musiałem mieć wszystko w małym palcu, wzdłuż i w poprzek geografii kraju, od organów oliwskich do kopalni soli w Wieliczce, od muzeum pojazdów konnych na zamku w Łańcucie do klasztoru w Cedyni i historii słynnej bitwy z 972 r. Ten przymus miał jednak skutek odwrotny od zamierzonego, bo przez swoisty nadmiar turystyki nabrałem do niej wstrętu. Objawia się to całkowitą obojętnością na wycieczki, nawet do najpiękniejszych miejsc na planecie. Kiedyś zostałem kilka dni po konferencji naukowej w Wersalu, bo nie miałem rezerwacji na samolot powrotny do Warszawy, i gdy wszyscy inni korzystali z niebywałej okazji i szli do Pałacu Wersalskiego lub jechali do Luwru, ja dzwoniłem do znajomych fizyków w Instytucie Jądrowym w Saclay i informatyków w Centrum Informatycznym w Rocquencourt, żeby ich odwiedzić i porozmawiać o aktualnych tematach badawczych. Doszło nawet do tego, że przemierzając z rodziną pół Stanów, przy przeprowadzce z Teksasu do Kalifornii, gdy mieliśmy okazję obejrzeć najpiękniejsze zakątki Ameryki, jak np. Wielki Kanion, ja wysyłałem rodzinę na zwiedzanie a sam zostawałem szukając bardziej odpowiadających mi atrakcji, jak np. spotkanie z jakimś poetą-bitnikiem.

O wiele bardziej kształcące wydają mi się spotkania z bieżącą rzeczywistością. W mieście, w którym to piszę, Rome w stanie Nowy Jork, gdzie przebywam na letnim stażu w wojskowym centrum badawczym, dostałem niedawno mandat za to, że nie zatrzymałem się na znaku STOP. Wszystko byłoby w porządku, każdemu z nas zdarzają się błędy, tylko że przejeżdżając tamtędy ponownie tego samego dnia wieczorem zauważyłem, że w tym miejscu nie ma znaku STOP! Myślę sobie, że Ameryka, mieniąc się krajem demokratycznym, daruje mi mandat, więc poszedłem do sądu. Pani prokurator, której przedstawiłem zdjęcia skrzyżowania, stwierdziła w rozmowie, że ona nie zna w ogóle tej okolicy i zaproponowała rozprawę z udziałem policjanta jako świadka, wyznaczając jakąś odległą datę, kiedy mnie już tu nie będzie. Gdy nie przyjąłem propozycji rozprawy, stwierdziła że może tak zadziałać, abym nie płacił mandatu, ale muszę formalnie stanąć przed sędzią. Gdy sędzia wyczytał moje nazwisko, stwierdzając jednocześnie, że to za jazdę z otwartymi drzwiami, odpowiedziałem że to chyba jakaś pomyłka, bo mój mandat, który trzymam w ręku, jest za przejechanie znaku STOP. Sędzia popatrzył na mnie jak na wariata i widząc moją zdziwioną minę, zaczął tłumaczyć, że prokurator zamieniła kwalifikację czynu na mniejsze przewinienie, za które nie ma mandatu, więc jeśli przyznam się do winy, to muszę zapłacić tylko koszta sądowe, które wynoszą 84 dolary, i wysokość tej sumy nie leży w gestii sądu, bo ustala ją rząd stanu Nowy Jork. Kropka. Taka amerykańska fikcja, rodem z opowiadania Schulza a nawet bardziej z Franza Kafki.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.
Copyright 2015
by Janusz Zalewski
Kontakt z autorem:
ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Powroty – ulica Nadrzeczna (3)

Po incydencie w bazie samochodowej, Henio też popadł w niełaskę u mojej mamy, więc nudziłem się jak mops zbijając bąki w ogrodzie dziadków, bo na dodatek dostałem „zakaz opuszczania koszar”. Ogród rozciągał się od ulicy do samej rzeki i sam w sobie stanowił znaczną atrakcję, ze względu na jabłka papierówki i antonówki, śliwki węgierki i gruszki klapsy i inne

Obiad z Mamedem

Na łamach Tygodnika Ilustrowanego postaram się podzielić z Wami czymś interesującym. Tym, co spotkało mnie podczas pracy, podróży lub po prostu napiszę o czymś, o czym warto powiedzieć innym, aby np. poprawić humor... Dziś coś na styku MMA i kuchni, czyli…OBIAD Z MAMEDEM

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (9)

Po wyjściu od waluciarza, czas się ruszyć w stronę placu Kościuszki, bo spędziłem za dużo czasu na i wokół skwerku z pomnikiem, ale to chyba dlatego, że jest to centralny punkt ul. Warszawskiej i wiele rzeczy i wydarzeń wokół niego się koncentruje.