Powroty – poza Nadrzeczną (13)

Podziel się:

Powód mojej wizyty w kwiaciarni jest prosty, zamierzam kogoś odwiedzić, a ponieważ to kobieta, więc bez kwiatów wybrać się nie można. Jak sobie przypomnę szczenięce lata, to wszędzie w naszym otoczeniu były kwiaty, poczynając od domowych pelargonii w doniczkach na oknie, poprzez piwonie u babki w ogródku przed domem, gdzie wpadała mi piłka i dostawałem cięgi za poczynione zniszczenia, aż do ogrodu pełnego róż u drugiej babki, która je hodowała na sprzedaż i pilnie strzegła przed intruzami, nie mówiąc o bzach i akacjach rosnących na dziko w obu ogrodach, o chabrach i niezapominajkach na łąkach, liliach w rzece, makach na polach i konwaliach w lesie, do chryzantem na cmentarzu.

A tulipany, goździki, gerbery, nasturcje i fiołki też gdzieś musiały rosnąć, skoro kupowało się je w kwiaciarni i przynosiło na jakąś uroczystość. Częściej, zresztą, kupowało się je u kwiaciarek, stojących na rogach ulic, przed kawiarniami, w przejściach podziemnych, przed dworcami autobusowymi i kolejowymi, wszędzie tam, gdzie był większy ruch i łatwiej było znaleźć klienta.

W tamtych latach, nie było to męskie ani chłopięce zwracać uwagę na kwiaty, i jeśli było się chłopakiem, to nawet nie można było się przyznać, że lubi się kwiaty, bo narażało się co najmniej na kpiny, jeśli nie na ostracyzm otoczenia, więc w tej sytuacji nie okazywało się kwiatom specjalnego zainteresowania, mimo że to najbardziej naturalna metoda kształtowania wrażliwości na piękno – ale kto o tym wtedy myślał? I po co komu wrażliwość na piękno? Wrażliwość wydawała się być w ogóle nie modna i kształtowało się ją jakby podskórnie, bez szczególnego eksponowania, głównie przez uczestnictwo w kulturze, przez literaturę, sztukę teatr i muzykę, oraz przez udział w sporcie. Tak zresztą dzieje się do dzisiaj.

Tym niemniej, znaczenie kwiatów dostrzegaliśmy nie tylko od święta. Koleżanki z klasy zasuszały je w specjalnych zeszytach do rysunków, chyba jako projekty na zajęciach kółka biologicznego, głównie – płatki kielichów, ale czasami pełne kwiaty, jak rumianek, a mniejsze kwiatki, jak stokrotki, nawet całe z łodygą. Oglądałem niekiedy te zeszyty, gdy mieszkające niedaleko dziewczyny wstępowały do ogrodu mojej babki, żeby zdobyć od niej jakieś nowe gatunki. Czasami przynosiłem im coś od babki do szkoły, ale zaganiany za piłką lub rowerem zwykle zapominałem o tym i kwiatki więdły, a znajdowałem je i wyrzucałem dopiero po powrocie do domu.

Jako chłopaki używaliśmy kwiatów tylko do jednej rzeczy, do wróżenia. Znana jest nam wszystkim fraza używana najczęściej przy obrywaniu listków gałązki akacji, jeden listek na jedno słowo: „Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje” itd. Liście akacji miały to do siebie, że ich liczba była zawsze nieparzysta, zawsze widoczna i łatwa do przewidzenia, więc jeden rzut oka wystarczył aby odkryć wróżbę. Zatem wykombinowaliśmy bardziej tajemniczy sposób wróżenia, z płatków róży, które nie były widoczne jak na dłoni, a ich liczba nie była nigdy tak oczywista, i przy obrywaniu płatków dawała większe poczucie przypadkowości i głębszej wiary we wróżbę.

W kwiatach zawsze tkwiła pewna istotna symbolika. Jedną z najważniejszych historii o kwiatach, legendę św. Jerzego, opowiedziała mi za czasów akademickich pewna poznana w Niemczech studentka z Sewilli, która tak pięknie śpiewała i tańczyła flamenco, że przyniosłem jej pod namiot krwisto-czerwoną różę, zupełnie nie znając znaczenia tego aktu. Dziewczynie zakręciły się łzy w oczach i oznajmiła mi, że według starej legendy, po tym jak św. Jerzy rozprawił się ze smokiem, który więził niewinną księżniczkę, z krwi zabitego potwora wyrósł różany krzew z czerwonymi kwiatami, które rycerz ściął dla uratowanej niewiasty. Odtąd czerwone róże stały się symbolem miłości. – „Czy o tym wiedziałeś?” – zapytała sewillanka błyskając czarnymi oczami i wpinając sobie różę we włosy. Skłamałem, że tak, i wyjechaliśmy nocnym pociągiem do Berlina.

Od tamtej pory, gdziekolwiek i kiedykolwiek mam okazję, to zawsze staram się pogłębić wiedzę o walce św. Jerzego ze smokiem, nie tyle historyczną, co mityczną, bo mit ma w sobie większy ładunek emocji niż na zimno skalkulowana historia. Jedną z najdziwniejszych i najciekawszych interpretacji tej legendy stworzyła moja znajoma, nieżyjąca już poetka amerykańska polskiego pochodzenia, Laura Ulewicz, w pięknym wierszu „Jak św. Jerzy spotkał smoka”, gdzie uczyniła ze smoka samicę, a więc smoczycę, pisząc:
[…] oddała mu swoją noc
Gdy on dał jej swą łagodność
I pomiędzy sobą stworzyli
Dwugłowe dziecię nazwane
Wspólnością.
Sama osoba Laury Ulewicz, która całe życie hodowała kwiaty i wiele mi o kwiatach opowiadała, gdy przesiedziałem z nią któregoś lata kilka wieczorów w jej ogródku w niewielkim miasteczku Delty Sacramento, w Kalifornii, chcąc z niej wyciągnąć szczegóły jej przygód z bitnikami – a im bardziej uparcie drążyłem temat bitników, tym uparciej ona zmieniała temat na kwiaty – warta jest oddzielnego poznania (por. artykuł w miesięczniku Odra nr 5/2014).

Kwiaty, przez swoją rolę w łańcuchu rozrodczym roślin, zawsze były symbolem zmysłowości i namiętności, wyrażając uczucie, rozmiłowanie i pasję. Działają na zmysły i potęgującą je wyobraźnię przez piękno wyglądu i zapach, ale nigdy nie przypuszczałem, że mogą też działać przez dotyk, dokąd nie spotkałem kwiaciarek paryskich na Marché aux Fleurs, a później holenderskich na Bloemenmarkt w Amsterdamie. Były one tak sugestywne i przekonywające, ale nie natarczywe, w swojej perswazji, nie tyle co do zakupu, ile do wtopienia się w tę kwietność i kwiecistość, że nie udało mi się uniknąć poczucia fizycznej immersji w powódź wiązanek i bukietów, co dzieje się zupełnie niepostrzeżenie przy wejściu w głąb stoisk z kwiatami, gdzie nie wiadomo kiedy człowiek staje się ujarzmiony i ubezwłasnowolniony przez morze z kwiatów. Kwiatami wyrażamy nie tylko rodzaj sentymentu, ale też – uznanie i szacunek, lecz tak jak „nie ma róży bez kolców”, kwiaty mogą stać się oznaką nieczułości i zadać ból. Zdarzyło mi się to raz w życiu, kiedy przyniosłem pewnej pani bukiet róż, a ona ich nie przyjęła, odwracając się ode mnie. Zabrałem róże i zaniosłem je do biura, wieszając na ścianie, kielichami do dołu, żeby się zasuszyły i towarzyszyły wspomnieniom.

Kwiaty mogą stać się najprzedziwniejszą inspiracją. Wspomniana sewillanka była tak umuzykalniona, że uświadomiła mnie jak Carmen w operze Bizeta rzuca kwiat pod nogi Don José, aby go zdobyć, a on śpiewa jej arię „La fleur que tu m’avais jetée”. Od tamtej pory zacząłem zwracać uwagę na muzyczne pokrewieństwa z kwiatami, szczególnie w muzyce poważnej, i odkryłem coś tak oryginalnego, jak „Walc kwiatów” z „Dziadka do orzechów” Piotra Czajkowskiego. Dzieląc się tymi spostrzeżeniami z kwiaciarką, czekam aż skończy układać wiązankę i wspominam kwitnące jabłonie u babki w ogrodzie a ona przypomina o kasztanach kwitnących wiosną przed kościołem. Przychodzą mi też na myśl niektóre dzieła literatury, nie tylko pełne namiętności, jak niedawno opublikowana powieść „Zapach kwiatów kawy” Any Veloso, czy moje ulubione, sensualne wiersze Bogdana Loebla, z tomików „Kwiat odwrócony”, „Kwiaty rzeźne” i „Zaciśnięta pięść róży”, ale też mroczne powieści Jean Geneta, „Matka Boska Kwietna” i „Cud róży”. Mimo że sam zaliczyłbym książki Geneta do prawdziwych osiągnięć powieściopisarstwa, nie radzę tego nikomu czytać, gdyż gloryfikują one przestępstwo, zbrodnię i zboczenie, tak że mroczność Dostojewskiego robi przy tym wysiadkę. Jeśli więc ktoś po to sięgnie, to proszę pamiętać, że ostrzegałem.

W pamięci hołubię też przyjemniejsze momenty. Mieliśmy na studiach koleżankę, która przynosiła nam kwiaty do akademika, ile razy się pojawiła. Na imię miała Julia. Wychowana w Paryżu na placówce dyplomatycznej, jako nastolatka wróciła z rodzicami do Polski – mówiliśmy na nią Paryżanka. Nawet po studiach, Julia żyła w nas przez lata w legendzie. Kiedy się pojawiała, rozsypywała nam płatki róży na poduszki i w łazience, jak w paryskich hotelikach w podejrzanej dzielnicy St. Denis. Libido wyskakiwało nam wtedy pod sufit. Julia nauczyła nas słuchać Edith Piaf i jej najcudowniejszej piosenki, powstałej w latach 1945-46, jak mówiła – o róży: „La Vie en rose”. Niedawno doznałem rzadkiego wzruszenia, kiedy obejrzałem film o Edith Piaf pod tym właśnie tytułem – „Życie na różowo”. Bohaterka niczego nie żałuje ze swojej mizernej egzystencji i powtórzyłaby wszystko od początku, jak śpiewa w najpiękniejszym utworze „Non, je ne regrette rien”. A przy ostatniej frazie w „L’accordéoniste” – „Arrêtez! Arrêtez la musique!” – po prostu dostaje się dreszczy. Gorąco polecam obejrzeć ten film albo wysłuchać piosenek na youtube. Jeśli ktoś potem mi powie, że łzy nie pociekły mu z oczu to będzie wierutnym kłamcą!

W kontaktach z Julią wykształciliśmy swoisty rytuał, kiedy ja lub kumpel Czacha witaliśmy się z nią, przyciskając usta do jej policzka i wciągając w nozdrza zapach jej francuskich perfum we włosach, każdy z nas recytował: – „Julio, tak, to pachną wodorosty powłóczyste, twoje włosy, zmęczone kołysaniem fal”, a oczy Julii robiły się mokre i zarzekała się: „Przestańcie natychmiast, bo więcej do was nie przyjdę!” Julia wiedziała, jak tragicznie ten wiersz się kończy. Przez długi czas myślałem, że napisał go Bogdan Loebl, bo wyrażony jest w typowej dla niego poetyce, ale on kiedyś osobiście temu zaprzeczył. Od pewnego czasu śpiewa to Katarzyna Groniec, lecz czy to jej własny wiersz, trudno mi powiedzieć.

Historia osobista Julii też wyciska łzy. Umówiła się kiedyś z nami, że pojedziemy razem latem nad morze, ale gdy poszliśmy po nią w umówiony dzień, nie było jej w mieszkaniu. Czekaliśmy na nią przed domem, siedząc na krawężniku bocznej uliczki na Mokotowie i popijając piwo, potem wróciliśmy za godzinę i przyszliśmy po nią ponownie za następną godzinę i też jej nie było, więc zostawiłem jej wtedy na klamce najczerwieńszy hibiskus, jaki znalazłem w pobliskiej kwiaciarni, z krótką notką, która brzmiała dokładnie tak: „Julio, już mnie dla Ciebie nie ma. Życzę radości, szczęścia i miłości, a tej – najwięcej.” Po powrocie znad morza, dowiedziałem się, że Julia podcięła sobie żyły. Teraz mam drzewko hibiskusa zasadzone przed domem.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.
Copyright 2015
by Janusz Zalewski
Kontakt z autorem:
ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Powroty – poza Nadrzeczną (3)

Tym razem wchodzę do Igiełki i mówię, że chciałbym paniom pokazać swoje pośladki. Panie otwierają szeroko oczy ze zdumienia a może i z przerażenia, bo czasami może im się naprawdę trafić jakiś wariat, a ja odwracam się tyłem i ujawniam zaszytą na okrętkę dziurę w dżinsach, którą nabyłem siadając na gwoździu wystającym ze skrzyni, gdy chciałem się trochę

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (9)

Po wyjściu od waluciarza, czas się ruszyć w stronę placu Kościuszki, bo spędziłem za dużo czasu na i wokół skwerku z pomnikiem, ale to chyba dlatego, że jest to centralny punkt ul. Warszawskiej i wiele rzeczy i wydarzeń wokół niego się koncentruje.

Wpływ dziejów historycznych na wzajemne relacje mieszkańców pogranicza Mazowsza i Mazur

Mazury to region geograficzno-historyczny znajdujący się obecnie na terenie województwa warmińsko-mazurskiego, obejmujący zachodnią część pojezierza wschodnio-bałtyckiego między Drwęcą i Pasłęką na zachodzie, a Rospudą na wschodzie i częściowo Orzycem na południu. Granica południowa tej krainy, ustanowiona została sztucznie w 1343 roku w Bratianie, przez wielkiego