Powroty – poza Nadrzeczną (14)

Podziel się:

Odbieram w kwiaciarni róże owinięte w folię i zastanawiam się, jak się czuje osoba, której przyniesiono bukiet kwiatów? Sam naprawdę nigdy kwiatów nie dostałem, więc tego nie wiem i zapewne się nie dowiem. – „Przepraszam, bo to nie mój interes, ale zapytam z ciekawości, dla kogo pan kupuje takie piękne kwiatki?” – pyta pani kwiaciarka. – „Dla swojej najwierniejszej czytelniczki” – odpowiadam. – „A to pan pisze?” – dialog jest kontynuowany. – „Nie, to za dużo powiedziane, po prostu przelewam myśli na papier.”

Żegnam się grzecznie życząc udanych klientów i wychodzę, kierując się w stronę najwierniejszej czytelniczki, co powiedziałem tylko w połowie żartem, bo jest tak faktycznie, że osoba do której się udaję, otrzymuje T.I. „w prenumeracie”, jak mówimy, a zanosi jej nowy egzemplarz co tydzień Tycha.

Naprawdę, jednak, powodem odwiedzin jest co innego. Dawna przyjaźń zaowocowała ofertą, abym – zamiast włóczyć się po „obcych” – spróbował podłączyć się do Internetu w kawiarni Qbatura. Żeby oferta była pełna, właścicielka, jak przystało na kobietę biznesu, wzbogaciła ją o darmową herbatkę, do wyboru. Tak więc, zmierzam z kwiatkami do Qbatury i rozmyślam, że wśród tylu usług i zawodów w otoczeniu, od Nadrzecznej do placu Kościuszki, wśród szewców, krawców, fryzjerek, księgarzy, zegarmistrzów, fotografów, waluciarzy, aptekarzy, cukierników, elektroników, kwiaciarek i taksówkarzy, którzy tworzą substancję i tkankę tego miasta, są przecież także restauratorzy. Chyba nie zdawałem sobie dokładnie sprawy z istnienia tego zawodu, a przyczyna może być taka, że restauratorów nie spotykamy na codzień pobierając usługi, tak jak spotykamy fryzjera, krawcową czy kwiaciarkę. Restauratorzy działają jakby ukryci za kulisami, doglądając spraw w sposób niewidoczny dla klienta, aby wszystko w ich biznesie funkcjonowało, jak należy.

Z panią Bogusią, restauratorką, właścicielką Qbatury, znamy się od pierwszej klasy podstawówki, co mam uwiecznione na klasowych fotografiach z tamtych lat. Oboje w pierwszym rzędzie, ale ja zawsze z boku, jak najdalej od nauczycieli, zabijaka z rozwianą czupryną, a ona w centralnym punkcie, z uśmiechem, zaraz przy wychowawczyni. Jej przyjazna postawa nie zmieniła się w ogóle. Ciągle uśmiechnięta i łagodna dla otoczenia, a jednocześnie wymagająca, podchodzi do klienta z respektem, wiedząc o tym że klient nie musi na nic zasłużyć, żeby być traktowanym jak przystało. – „Czego się napijesz?” – pyta mnie p. Bogusia na początek. Obniżam ton głosu i basem, naśladując zachrypnięty wokal Janka Himilsbacha, odpowiadam: – „A co to tak trudno zgadnąć?” Śmiejemy się oboje i uprzedzając próbę zgadnięcia ciągnę dalej, jak czasami latam służbowo samolotem pierwszą klasą i wtedy stewardessa również podchodzi i pyta, czego się napiję, i na ogół nie trafia, błędnie zgadując że to wódka absolut z lodem, ale czasami zgaduje poprawnie, że to musi być piwo i do tego europejskie, nie amerykańskie, i wtedy słyszę: – „Mamy Becks i Heineken, jakie pan sobie życzy?” – a ja odpowiadam, że oba i za minutę dostaję dwie butelki.

Ale dwa piwa na raz, to nie wszystko, ciągnę temat dalej, i zaciekawiona Bogusia chwilowo się poddaje, jak opowiadam że kiedyś, z powodu anulowania porannego lotu, musiałem spędzić pół soboty w centrum Atlanty, co nie należy do największych przyjemności, gdyż miasto jest wtedy kompletnie wymarłe. Wyszedłem więc na ulicę z hotelu obok uniwersytetu, przeszedłem pod autostradą w poszukiwaniu czegoś ciekawego, a była godzina 11-ta rano, i widzę knajpę o nazwie Veni Vidi Vici, na pierwszy rzut oka – włoska. Jest otwarta, i rzeczywiście, w środku wystrój włoski, więc wchodzę, siadam przy barze i na wszelki wypadek pytam, bo w Ameryce z nazwy może niewiele wynikać, czy mają włoskie piwo? – „Ależ tak, proszę pana, mamy Peroni, Moretti i Menabrea, jakie pan sobie życzy?” – słyszę w odpowiedzi i sam odpowiadam: – „Wszystkie trzy!” – Na co barman bez zmrużenia oka pyta dalej: – „A w jakiej kolejności panu podać?” – Na co ja, również bez zmrużenia oka odpowiadam: – „W alfabetycznej.” – „Proszę bardzo” – odparł barman oddalając się, ale w knajpie, o godzinie jedenastej rano, nie było żywego ducha i nawet szeptem wypowiadane kwestie było słychać na odległość, więc z drugiego końca baru dobiega mnie sceniczny szept barmana, który informuje swojego kolegę docierającego już i tak czyste szklanki. – „Ty, słuchaj, ten gość z końca baru, prosi o wszystkie trzy gatunki włoskiego piwa, a jak go zapytałem w jakiej kolejności, to odpowiedział, że w alfabetycznej.” – Kolega po fachu spojrzał na mnie, spojrzał na barmana i odrzekł: – „No i co w tym dziwnego? Facet ma system!”

Pani Bogusia uśmiecha się pobłażliwie i ponawia pytanie: – „No więc, czego się napijesz?” – Ale ja, z upartością maniaka, kontynuuję opowieść, tym razem przenosząc się na Florydę. W miejscowości, gdzie mieszkam, jest knajpa o nazwie Cigar Bar, w której można palić, ponieważ sprzedają w niej cygara, i właściciel ma odpowiednią licencję. Dziewczyny za barem są ubrane w bardzo kuse mini-spódniczki i przy barze, a szczególnie na jego rogach, nigdy nie ma miejsca. Będąc tam pierwszy raz, wzbudziłem salwę śmiechu, gdy na pytanie barmanki: – „Czego pan się napije?” – popatrzyłem na nią i odpowiedziałem dostatecznie głośno, żeby wszyscy przy barze słyszeli: – „Wszystko jedno co, byle z najniższej półki.” I tu przypomina mi się historia z mniej ekstrawaganckiej restauracji i już nie o piwie. Rzecz działa się w Orlando, gdzie miałem kiedyś trzech studentów z Indii, którzy pisali u mnie w tym samym czasie prace magisterskie. Hinduscy studenci, w przeciwieństwie do niektórych innych narodowości, są bardzo dobrze wychowani i wiedzieli, że prowadzenie magistranta jest dla wykładowcy dość kłopotliwym zajęciem, bo nie ma z tego żadnych pieniędzy, tylko satysfakcja, a najwyżej jakaś publikacja. Tak więc po obronach prac, które odbyły się jednego dnia przed południem i zakończyły się pomyślnie, studenci postanowili odwdzięczyć mi się, choć częściowo, i zaprosili mnie na lunch do średniej klasy restauracji. Hostessa przywitała nas w drzwiach, wzięła tyle egzemplarzy menu, ilu nas było, tzn. cztery, i prowadzi nas do stolika, idąc przodem i kołysząc biodrami. Popatrzyliśmy po sobie, a ja zażartowałem, tak aby nie urazić hostessy, że nie lubię iść z tyłu, za kobietą, na co studenci subtelnie się roześmieli i sądzili że można zmienić temat, gdy przechodzący obok przygodny klient dodał: – „Tak, ja też wolę za nią stać.” – Twarze moich studentów z Indii zrobiły się purpurowe.

Gdy tę opowieść kończyłem, wszedł Tycha i zameldował, że niepotrzebnie tłukę się z Warszawy pociągiem, bo gdybym go zawiadomił dzień wcześniej, to on z przyjemnością pojechałby po mnie samochodem. Na co odpowiadam, że – jak mu dobrze wiadomo – ja mam skłonność do interakcji z koleją, z pociągami, z parowozami, z dworcami, z poczekalniami, z bocznicami i z innymi obiektami związanymi z kolejnictwem i z kolejarstwem. I Tycha skwapliwie potwierdza, przypominając sobie nasz triumfalny pobyt któregoś roku na Juwenaliach w Krakowie, gdzie w silnej konkurencji krakowskich kabareciarzy wygraliśmy pierwszą nagrodę na Dworcu Głównym za jednozdaniowe ogłoszenie odjazdu pociągu, które brzmiało mniej więcej tak: – „Uwaga, uwaga! Pociąg osobowy przez Odrę, Wisłę, Kara Kum, do Gdańska, odjedzie z peronu pierwszego na peron czwarty.” Zresztą, początkowo nie chciano nas w ogóle dopuścić do konkursu, ale gdy przedstawiliśmy nasz sztandarowy skecz z wyimaginowaną postacią profesora Szajera, u którego zdawaliśmy egzamin z ruchu kolejowego, a on nas bez litości oblewał, bo nie umieliśmy odpowiedzieć na proste pytanie: – „Co powinna mić kazda stacja?” – tak mówił profesor: „mić” nie „mieć” – wtedy nas dopuszczono do udziału. No ale u profesora znajomość poprawnej wymowy w niczym nam nie pomogła, bo nie mogliśmy tego argumentu użyć, więc profesor niemożebnie się denerwował naszą niewiedzą o kolejnictwie, aż wreszcie się poddał i wyjawił odpowiedź: – „Zapamintajcie to sobie, kolego, zapamintajcie, zapamintajcie na zawsze! Kaaazda stacja, kaaaazda stacja” – przeciągle intonował profesor, po czym szybko dodawał – „powinna mić dobre połącenie z drugom stacjom!”

Po odebraniu głównej nagrody na dworcu w Krakowie, natychmiast zamówiliśmy w barze dworcowym po secie, ale zrobiło nam się trochę smutno, bo siedząc nad kieliszkami patrzyliśmy przez zaropiałe szyby na nietęgie miny przemęczonych pasażerów na peronie, czekających na swoje pociągi, i dopiero dzięki Wojtkowi, którego z racji nonszalanckiej postawy nazywaliśmy Playboyem, trochę odżyliśmy, jak śladem Ireneusza Iredyńskiego, który po raz pierwszy wzniósł ten toast ustami bohatera w opowiadaniu „Armelle” z książki „Związki uczuciowe”, Playboy podniósł kieliszek i zaintonował: – „Za tych co na stacji! Wtedy Tycha się ożywił i zagadnął do barmanki: – „Przepraszam panią, a gdzie tu jest toaleta?” na co barmanka z uprzejmością odpowiedziała: – „Widzi pan to światełko, tam na samym końcu poczekalni, pod ścianą?Tycha przytakuje głową, że widzi, a barmanka kontynuuje: – „Więc skręci pan za światełkiem w prawo i drugie drzwi po lewej stronie, to toaleta.Na to Tycha zakłada przeciwsłoneczne okulary i pyta: – A czy mogłaby pani mnie tam zaprowadzić, bo jestem niewidomy?

Roześmieliśmy się w głos, aż pasażerowie zaczęli nas dopytywać o co chodzi? Poszedłem z Tychą w kierunku kibli i gdy wszedłem do swojej kabiny, moją uwagę zwrócił ciąg jakichś dziwnych liczb wydrapanych na drzwiach, podejrzewałem że są to daty: dwudziesty piąty – szósty, dwudziesty szósty – szósty, dwudziesty siódmy – szósty, dwudziesty ósmy – szósty, itd. Zainteresowany próbowałem dociec źródła tych rzekomych dat i po dokładniejszej inspekcji drzwi dojrzałem w prawym górnym rogu koślawo wydrapany tekst: – „Tu biłem konia.” Zawołałem Tychę i z ciekawości zajrzeliśmy do sąsiedniej kabiny, mając nadzieję, że znajdziemy tam jakieś inne ważne napisy, i rzeczywiście, Tycha natychmiast wypatrzył tekst wypisany niebieskim długopisem na szarej, poplamionej ścianie: „Jeszcze 293 dni do cywila” – i podpisane: Małgorzata Fornalska. Niestety, musieliśmy te opowieści przerwać, bo wreszcie pani Bogusia się obruszyła: – „Wiesz, Janusz, gdyby to opowiedział ktoś inny, to byłabym zniesmaczona, ale tobie tę gruboskórność mogę wybaczyć – podciągnę to pod dążenie do męskości.”

Wtedy na stoliku pojawiło się piwo, ale musiałem przemiłej pani kelnerce wyjaśnić, że przed podaniem należy zapytać: „Czy woli pan piwo w szklance czy w butelce?” Więc po krótkiej chwili staje przede mną piwo już w butelce, wraz z towarzyszącym pytaniem kelnerki: – „Czy życzy pan sobie coś jeszcze?” a ja właśnie na to pytanie czekałem, żeby odpowiedzieć: „Tak, poproszę o jeszcze jeden uśmiech.” Wtedy pani Bogusia, żegnając nas, bo śpieszyła się, aby zająć się sprawami biznesu, zapytała: „Janusz, powiedz mi, ty tak pozytywnie i z takim uznaniem piszesz o tym Ciechanowie, ale czy jest coś w tym mieście czego nie lubisz, oczywiście poza „Ciechanówkiem”? – „Tak, naturalnie że jest.” – odpowiadam i patrzę na zaciekawiony wyraz oczu u Bogusi. – „Jest to piwo Ciechan.” – I śmiejemy się wszyscy razem pociągając łyk Ciechana z butelki.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.

Copyright 2015 by Janusz Zalewski

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Powroty – ulica Nadrzeczna (2)

Kiedy matka wyjmowała mnie z grupy biegnących do browaru po piwo dla kowala, zatrzymywałem się i zawracałem w pół drogi. Szedłem w kierunku domu ze spuszczoną głową, powłócząc nogami. Ku mojemu szczęściu, przed domem zwykle siedział na progu lub na krawężniku i czekał na mnie Henio, jedyny chłopak z Nadrzecznej, z którym matka pozwalała mi się bawić. Taki był

Powroty – poza Nadrzeczną (2)

Tak naprawdę było, że poszedłem niedawno do szewca i mówię, że chciałem z niego zrobić krawca, a on na to z humorem: – „Dobrze, że nie krawcową!” Pamiętam z czasów wizyt w zakładzie szewskim dziadka, że to dla szewca była obelga. Szewcami byli mężczyźni, a krawcami – kobiety, ogólnie rzecz biorąc w mojej rodzinie.

Obiad z Mamedem c.d.

Po raz kolejny postanowiliśmy zjeść obiad w tej samej restauracji, w której była ostatnia „wpadka”. Stare Miasto w Olsztynie, lekko po czternastej. Namawiałem Mameda na spotkanie właśnie tam gdyż czułem, że poprzednim razem był to jednorazowy incydent.