Powroty – poza Nadrzeczną (2)

Podziel się:

Tak naprawdę było, że poszedłem niedawno do szewca i mówię, że chciałem z niego zrobić krawca, a on na to z humorem: – „Dobrze, że nie krawcową!” Pamiętam z czasów wizyt w zakładzie szewskim dziadka, że to dla szewca była obelga. Szewcami byli mężczyźni, a krawcami – kobiety, ogólnie rzecz biorąc w mojej rodzinie.

Mojej mamie, mimo że nie miała żadnego formalnego wykształcenia, chyba tylko poza odpowiednimi kursami, dlatego że wszystko nam dzieciakom szyła, wpisywałem „krawcowa” w rubryce „zawód”, gdy kiedykolwiek wypełniałem jakieś formularze, głównie w szkołach i w podaniach o pracę. Płci męskiej nie wolno było, pod żadnym pozorem, mieszać z żeńską. Każdy miał dokładnie przypisane role, którym odpowiadały ustalone przez lata – a nawet przez pokolenia – zadania.

Od najprostszych czynności, jak cerowanie skarpetek, co na ogół robiły siostry, do niezliczonych przeróbek, i szycia głównie damskiej odzieży, takiej jak bluzki i sukienki, ale też odzieży dziecięcej, no i dziergania swetrów na drutach lub specjalnych maszynach, wszystko robiły panie, i to robiły nie tyle dobrze co doskonale. Trzeba też wspomnieć o bieliźnie pościelowej, jak powłoczki lub prześcieradła, której na ogół się nie kupowało lecz szyło z płótna. Ale żeby uszyć spodnie lub marynarkę, chodziliśmy wszyscy do krawca. Podstawowym wymaganiem co do spodni było dopasowanie w biodrach i szerokie nogawki, ze specjalnego materiału, który najczęściej dostarczaliśmy sami. Musiały one powiewać i szeleścić podczas chodzenia. W marynarce najważniejszy był rozporek z tyłu, jeden pośrodku albo dwa po bokach, ale dopasowanie w ramionach i w pasie też się liczyło. Krawiec, który rezydował w budce na Warszawskiej, pan Nowacki, miał z nami niezłą zabawę, ale cierpliwie słuchał i spełniał wszystkie nasze życzenia. Ze względu na oryginalność fasonów, chodziliśmy co najmniej dwa razy do przymiarki, zanim odebraliśmy gotowe ubrania.

Krawcy męscy szyli też jesionki, a to już była dużo poważniejsza robota, szczególnie gdy chodziło o jesionki dwurzędowe, które wyglądały efektownie jak szynele. Kiedy patrzy się na te jesionki podobne do szyneli, to rzuca się w oczy wyjątkowe mistrzostwo krawieckiego fachu. W ramionach czuć usztywniające poduszki, żeby nadały ubiorowi solidny męski kształt. Szeroki wykładany kołnierz, żeby go łatwo było podnieść w razie zawieruchy, co zdarzało się wcale nie rzadko, i dwa rzędy guzików, jak u oficera, żeby nadać całej postawie właściwej powagi, to dalsze wymagania elegancji. Wpuszczane lub naszywane kieszenie, zależnie od gustu, też dodawały szyku. A pod spodem watolina dla ocieplenia i błyszcząca podszewka, dla elegancji, że nie wspomnę o wykończeniach, jak rodzaj szwu, dopasowanie guzików, patki, mankiety itp. Zaprojektowanie, skomponowanie i wykonanie tego wszystkiego ku zadowoleniu zleceniodawcy wymagało profesjonalnej wiedzy, solidnego opanowania zawodu, właściwego podejścia do klienta i lat doświadczenia w szyciu.

Krawiec był też w znacznym stopniu wyrocznią, jeśli chodziło o modę. W pewnym momencie, wszyscy szyli sobie jesionki z materiału w jodełkę, albo z samodziału, taki był ostatni krzyk mody. A szaliki najlepiej było nosić w kratę, ale do jesionek w kolorze czarnym, bo do tych w jodełkę dobierało się na ogół szalik gładki albo w paski. Zupełnie osobnym zagadnieniem, jeśli można użyć tego słowa, aczkolwiek ściśle związanym z jesionką, było dobranie czapki. Jasne, że w tym celu udawaliśmy się do czapnika, który postępując podobnie jak szewc z butami szedł na łatwiznę i najchętniej proponował standardowy fason, jak maciejówka lub kaszkiet, ale czasem odstępował od reguły i zgadzał się niechętnie na coś oryginalnego, co zaproponowaliśmy, jak na przykład leninówka lub wręcz stalinówka albo nawet amerykańskie kepi.

Ja, jako dzieciak, czułem się okropnie upośledzony w ubiorze przy dorosłych mężczyznach, bo choć regularnie chodziłem z nimi na boisko Ciechanowianki oglądać mecze piłkarskie lub biegi przełajowe, na Farską Górę, żeby się poślizgać lub pojeździć na sankach, na Rynek, żeby popatrzeć na ścigających się kolarzy, czy do remizy strażackiej na próby orkiestry, w której mój ojciec grał na trąbce i puzonie, a jeździłem z nim nawet na konkursy orkiestr dętych do okolicznych miejscowości i raz do Olsztyna, to nie nosiłem jesionki, tylko paltko, które uszyła mi matka, a na głowie nie miałem męskiej czapki lecz pilotkę z futrzanym czołem, które zastępowało daszek, a na dodatek musiałem nosić wełniane rękawiczki na sznurku, żeby zabezpieczyć się przed ich zgubieniem. Stanowiło to dla mnie nie lada stres i było źródłem poważnych frustracji, bo odstawałem od wzorów dorosłych mężczyzn, które w swoim małym światku uważałem za ideał. Do dziś nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie stałem się pośmiewiskiem chłopaków z ulicy przez swoje paltko, pilotkę i rękawiczki na sznurku…

No ale wracając do współczesności, tym razem wyciągnąłem starą podartą skórzaną kurtkę Levi-Straussa i popatrzyłem na nią z sentymentem czy przypadkiem nie nadawałby się jeszcze do ponoszenia, a przywiązanie do rzeczy u mężczyzny może być okropne. Ojciec i dziadek bardzo dbali o swój wygląd, a właściwie dbały o ich wygląd żony i nigdy nie pozwoliłyby im założyć czegoś nie wyglądającego jak nowe, albo przetartego lub pobrudzonego, czy nawet nie wyprasowanego. Ja natomiast, udawałem kompletnego abnegata, jak bitnik, i nie zależało mi na takiej opinii otoczenia, która byłaby oparta na ocenie schludności mojego wyglądu, więc złapałem kurtkę, spojrzałem w lustro ile dodaje mi osobistego uroku, mimo że była poprzecierana w paru miejscach, a przede wszystkim miała przetartą i rozdartą na połowę długości skórę kołnierza. Znalazłem więc kawałek delikatnej skórki z dużych męskich rękawiczek, którą można byłoby na kołnierz naszyć, zakrywając w ten sposób dziurę, i wiedząc że pomóc mi może tylko fachowiec udałem się do szewca. A szewc, cóż miał zrobić, roześmiał się, burknął coś pod nosem i zamówienie przyjął, zadowolony, że nie chciałem tego robić na poczekaniu, jak dzień wcześniej, kiedy przyszedłem do przyszycia urwanej sprzączki u buta.

Moje bezgraniczne przywiązanie do kurtki bierze się stąd, że ma ona za sobą niemałą historię, i po drodze do szewca przypomniał mi się mały incydent związany z tą częścią garderoby, jaki przydarzył mi się w czasie studiów. Było to podczas wizyty w Warszawie amerykańskiego prezydenta Richarda Nixona. Paranoja ochrony prezydenckiej sięgała zenitu, albowiem było to parę lat po zamachu na Johna Kennedy’ego, i mieszkając w najwyższym akademiku w Warszawie, pod którym miał przejeżdżać konwój prezydencki, byliśmy zmuszeni opuścić pokoje, aby nie stwarzać nawet potencjalnego zagrożenia dla bezpieczeństwa gości. Chcąc nie chcąc, udaliśmy się do zaprzyjaźnionego akademika Akademii Sztuk Pięknych, gdzie oczekiwał nas student tejże uczelni i niezawodny przyjaciel o ksywie Szczepan, choć tam wszyscy nazywali go Zyga.

Ze Szczepanem mieliśmy taki niepisany osobisty układ, że po pewnej ilości piwa, którą trudno mi dziś określić w butelkach albo wymierzyć w litrach, zaczynaliśmy się porozumiewać na innym zupełnie poziomie, tzn., aby mieć świadomość wzajemnej obecności, on zaczynał mówić obrazami, gdyż nie można było go zrozumieć, jak wypowiadał słowa, a ja przechodziłem z języka mówionego na pisany, bo też dostawałem porażenia bełkotem. W ten sposób, metodą matematycznej zbieżności dochodziliśmy do stanu, w którym wszystko się wyrównywało, on rysował, a ja pisałem, a raczej – podpisywałem. Niewiele rezultatów z tych transcendentnych rozmów się zachowało, tj., o ile mi wiadomo, na papierze nie zachowało się nic, natomiast coś zachowało się w zbiorowej pamięci. Jeden epizod przypomina mi się dokładniej. Szczepan rysuje faceta przy stoliku w knajpie – ubrany w czarny garnitur, w białą koszulę ze spinkami w mankietach i z przybrudzonym kołnierzykiem, do niej krawat z wizerunkiem Marylin Monroe, na nogach lakierki i wzorzyste skarpetki, a obok stolika wyprężony jak struna kelner, słowem – nieprzeciętny szpan. I Szczepan podsuwa mi to, mrucząc coś pod nosem, co miało znaczyć: – „Zalo, podpisz.” Więc jeden rzut oka na całość i podpis w stylu bajki o szpanie: „KLIENT NASZ PAN”. Pamiętam, że wręczyliśmy to kierowniczce lokalu o nazwie Polonia – była ona znajomą naszego kolegi – i wisiało to przez jakiś czas w jej biurze.

Wyszliśmy od Szczepana już grubo po północy, na ulice kompletnie wyludnione i dokładnie puste, po których jeździły tylko milicyjne „suki”. Ruszyliśmy prosto na Nowy Świat, wybierając najkrótszą drogę do miejsca przeznaczenia, którym był nasz macierzysty akademik. Na rogu Świętokrzyskiej, przed kawiarnią Nowy Świat, zatrzymaliśmy się, żeby nabrać oddechu i bez chwili wahania, jak byśmy byli od dawna umówieni na dokonanie tego przestępczego aktu, podeszliśmy do betonowych słupków przy krawężniku, złączonych ciężkim żelaznym łańcuchem o długości jakichś dwóch metrów, zdjęliśmy łańcuch z haków, włożyliśmy go spokojnie do walizki, w której wcześniej zataszczyliśmy Szczepanowi blejtramy, i udaliśmy się, jakby nigdy nic, w dalszą
drogę Nowym Światem. Łańcuch był jednak okropnie ciężki i trzeba było sporego wysiłku, aby go nieść. Wygięło mnie mocno od ciężaru, gdy taszczyłem walizkę, ale zdobycz była warta poświęcenia i poniesienia fizycznej ofiary. Wszystko szło gładko do czasu, gdy zaczęły zatrzymywać się przy nas suki. Nic specjalnego, po prostu, legitymowano nas i pytano co mamy w walizce, na co otwieraliśmy ją i pokazywaliśmy wszystkie rekwizyty, z łańcuchem włącznie, wyjaśniając, że wracamy z próby kabaretu. Milicjantom to wystarczało, bo chyba zatrzymywali nas raczej z nudów niż z rzeczywistej potrzeby, ale gdy zostaliśmy zatrzymani po raz trzeci i po raz trzeci padło pytanie, po co wam ten łańcuch, to kolega nie wytrzymał i odpowiedział: – „Żeby cię nim po jajach wysmagać!” Reakcja, którą mój brat Leszek nazywał erekcją, była natychmiastowa, komisariat na Wilczej i paka do rana. Nic by w tym nie było nadzwyczajnego, szczególnie w odniesieniu do krawców, ale posterunkowy, który spisywał protokół zatrzymania, zanotował różne przedmioty, których nas czasowo pozbawiono na przeciąg zamknięcia w areszcie, i wymienił wśród nich przedmiot „kurtka skórzanna”, pisząc to przez dwa n. Ktoś z nas wciąż przechowuje w archiwach kopię tego protokołu albo jest on po prostu do odnalezienia w IPN-ie.

Zostawiwszy kurtkę skórzanną u szewca, przechodzę z Dolnej przez Rynek, wspominając sklep pani Chuchulskiej na rogu i warsztat dziadka po lewej stronie, pokonuję światła Pułtuskiej i po drugiej stronie wchodzę do zakładu krawieckiego Igiełka i pytam: – „Czy pani Igiełka? Bo ja jestem szpulka z nitką, i myślę że możemy razem ubić jakiś interes”, co spotyka się z ciepłym przyjęciem, więc wyjaśniam dalej, wyjmując na stół dwie czapki, że w rzeczywistości jestem kompletnie łysy, ale chodzę w czapce, na co Igiełka natychmiast dorzuca z uśmiechem: – „Żeby się podobać paniom!” – co ja potwierdzam i brnę dalej, że mam dwie czapki i przychodzę z pytaniem, czy nie dałoby się z nich zrobić jednej? Na to Igiełka odpowiada: – „To zależy na jaką głowę?” I śmiejemy się wszyscy, myśląc o głowie tego chłopca z dowcipu, w którym mamusia kazała mu kupić dwa kilo jabłek w berecik. A ja, na dodatek, wiem teraz, że w swoim przewrotnym charakterze, nie tylko z szewca mogę zrobić krawca, ale z krawcowej – czapnika.
PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.
Copyright 2015 by Janusz Zalewski
Kontakt z autorem:
ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Zdarzenia nad Zatoką San Francisco (11)

Na marginesie marginesu: poetki pokolenia beatu

Simone Weil argumentowała, że nie widać końca walki między między tymi, którzy są podporządkowani, a tymi, którzy wydają rozkazy. Grupy dominujące nie oddają swoich przywilejów, chyba że są zmuszone. Czesław Miłosz O znaczeniu Simone Weil, 1960 Miłoszowskie „Widzenia nad Zatoką San Francisco” są niesłychanie inspirującą lekturą, albowiem zmuszają czytelnika do

Obiad z Mamedem

Na łamach Tygodnika Ilustrowanego postaram się podzielić z Wami czymś interesującym. Tym, co spotkało mnie podczas pracy, podróży lub po prostu napiszę o czymś, o czym warto powiedzieć innym, aby np. poprawić humor... Dziś coś na styku MMA i kuchni, czyli…OBIAD Z MAMEDEM

Powroty – poza Nadrzeczną (13)

Powód mojej wizyty w kwiaciarni jest prosty, zamierzam kogoś odwiedzić, a ponieważ to kobieta, więc bez kwiatów wybrać się nie można. Jak sobie przypomnę szczenięce lata, to wszędzie w naszym otoczeniu były kwiaty, poczynając od domowych pelargonii w doniczkach na oknie, poprzez piwonie u babki w ogródku przed domem, gdzie wpadała mi piłka i dostawałem cięgi za