Powroty – poza Nadrzeczną (4)

Podziel się:

Od zakładu fryzjerskiego „Nina” do księgarni na Warszawskiej jest przysłowiowy rzut beretem, a kiedyś było jeszcze bliżej, gdy istniała księgarnia na obecnej ul. Mikołajczyka, kiedyś – Duracza, tu gdzie teraz jest drogeria. Skręcam więc od Niny za róg i po przejściu paru kroków widzę już Warszawską na całej długości, nie tylko księgarnię, ale też zegarmistrza po schodkach, kantor wymiany walut, zaraz obok byłego hotelu Polonia i inne miejsca gdzie bywam w sprawach drobnych lub ważniejszych.

Rzut oka dalej, w kierunku placu Kościuszki, i prawie cały deptak widać na przestrzał, aż do Urzędu Skarbowego i ulokowanej za nim ostatniej cukierni po prawej stronie, gdzie sprzedają moje ulubione rurki z kremem, których niestety nie jadam jako absolutny i totalny, kompletny i ortodoksyjny weganin. Przypominam sobie zaraz, jak tragicznie zabawnie to wyglądało, gdy ulica była rozkopana w przebudowie – nie było widać końca roboty i nikt nie wiedział, co się naprawdę dzieje i dokąd to prowadzi, tylko piach, kamienie i błoto, co udało mi się nie tylko przeżyć, ale też uwiecznić na paru zdjęciach. Rozglądam się teraz wokoło, tu księgarnia, tam zegarmistrz, a tu kantor, i gdzie się udać? Kieruję się do księgarni, bo mam do książek nadal większy sentyment niż do zegarków i do walut.

Ponieważ od dziecka byłem molem książkowym, księgarze znali mnie dobrze i tolerowali, gdy myszkowałem po półkach w naiwnym poszukiwaniu książek, które nigdy nie byłe wydane lub należały do białych kruków. Tak udało mi się kiedyś znaleźć w ciechanowskiej księgarni wydany w 1957 r. tomik prozy Brunona Schulza, który stał na półce przez kilkanaście lat, nietknięty i zakurzony, przykryty innymi, mniej ważnymi, książkami, i jakby na mnie czekał. Myślę, że czytając to właśnie wydanie Schulza, całość „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod Klepsydrą”, natknąłem się na zupełnie nową wrażliwość, której stopniowo zacząłem się uczyć, wrażliwość zupełnie innego rodzaju niż potoczna, wrażliwość którą trudno było doświadczyć u innych autorów, czy nawet porównać do czegoś znanego. Wychowani na wieszczach i przesiąknięci od szkoły wrażliwością romantyczną, która sama w sobie dodawała nam wigoru i rozbudzała w nas pokłady nieznanych energii, byliśmy jednocześnie przytłaczani zbiorową odpowiedzialnością, za naród, za istnienie, za ojców, za dziadów, wcielani w Gustawów i Konradów, i w dużym stopniu ubezwłasnowolnieni koniecznością dostosowania się do zbiorowości.

Bruno Schulz skierował mnie na zupełnie inne tory, do wnętrza siebie. Zacząłem poznawać znaczenie słów takich jak, doznania, wrażenia, odczucia, przeżycie, namiętność, emocje, smutek, tęsknota i żal, introspekcja, i – używać ich i rozumieć ich treść i sens. Jedno z opowiadań Schulza szczególnie utkwiło mi w pamięci, bo jego narracja, mimo że jest bardzo chłodna, opisowa, i w ogóle nie dotyczy uczuć, wywołuje właśnie wewnętrzne doznania, które uświadamiają nam obecność duszy i istnienie wrażliwości, w ciele zbudowanym z mięsa i kości. Jest to „Druga jesień” – w opowieści penetrująca szczegóły życia w pewnym kraju i miasteczku, ale emocjonalnie wkraczająca w rejony, które tkwią w naszej mentalności na poziomach rzadko odwiedzanych i czekają na impuls, żeby się ujawnić i uaktywnić. Każdy może to sprawdzić, jeśli chce, czytając „Drugą jesień” na Internecie, pod adresem: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/schulz-sanatorium-pod-klepsydra-druga-jesien.html

Stoję teraz przed księgarnią na ul. Warszawskiej i rozmyślam o tym, jak wpłynęły na mnie kupowane tu książki, gdy znowu pojawia się Jasiek. Zadziwiające, że kiedykolwiek bym tamtędy nie przechodził, to zawsze spotykam Jaśka Meledyna. I śmiejemy się do siebie z daleka, bo on jak zawsze pali papierosa i jak zawsze rozmawia przez telefon i jak zawsze myśli, że go nie pamiętam, i obaj wiemy, że nie będzie możliwe zamienić nawet kilku zdań, poza – „Cześć, cześć!” – nie tak jak za pierwszym razem, kiedy wspominaliśmy, jak upiekłem kiedyś pstrąga z warzywami u znajomych w Bostonie, a Jasiek mówi: – „Myśmy jeszcze tego samego dnia o tym wiedzieli!” – bo był tam ktoś z jego bliskich i śmiejemy się w głos, jaki ten świat jest mały i jak łatwo jest kogoś wyszpiegować, gdy się nie chce, a potem Jasiek pokazuje mi balkon, przez który stałem się sławny w kręgach jego rodziny, bo wspiąłem się na niego po gzymsie i wkroczyłem na przyjęcie, żeby odebrać klucz od domu moich rodziców. Teraz już balkon jest zabezpieczony przed intruzami, ale Jasiek twierdzi, że ma przygotowany do złożenia wniosek o wbudowanie tu tablicy pamiątkowej, że dnia tego a tego wspiąłem się do niego po gzymsie, a ja zaczynam się czuć prawie jak powstaniec styczniowy, o którym celebruje się pamięć.

Pamiętam też, że w owym czasie przez długi czas funkcjonowała wśród nas zasada: „Pokaż mi swoją półkę z książkami a powiem ci kim jesteś”. W ten sposób ukształtowało się wiele trwałych znajomości i przyjaźni, z których jedną była znajomość z Andrzejem Kutyłowskim, ówczesnym perkusistą zespołu muzycznego Kolumbowie, obecnie profesorem socjologii w Norwegii, który odwiedziwszy mnie, w pewnym momencie zniknął nie wiadomo gdzie w pokoju za książkami, i po dłuższej chwili pojawił się ponownie, stwierdzając: – „Masz bardzo starannie dobraną bibliotekę”. I wyciągnął z półki ostatni numer miesięcznika Poezja, i pokazał mi swoje tłumaczenie wiersza Ferlinghettiego, pt. „Czekam”, mówiąc przy tym: – „Nie tylko czytaj, ale sam pisz i wysyłaj to do opublikowania”.

Na dobrą sprawę, nie wiem skąd wzięło się u mnie zainteresowanie książkami. Pamiętam, że kiedyś, będąc jeszcze w podstawówce, na zakończenie roku szkolnego, dostałem od ojca pewną sumę pieniędzy za dobre wyniki w nauce. Oczywiście, z własnego wyboru – i ojciec o tym dobrze wiedział – byłem w stanie przeznaczyć to tylko na książki i wynalazłem na półce „Pamiętnik statecznej panienki, autorstwa Simone de Beauvoir, ale kłopot zaczął się przy kasie, bo księgarz zadzwonił do mojej mamy z pytaniem, czy może mi to sprzedać, ponieważ – jak wyjaśnił – „To bardzo nieodpowiednia dla młodzieży książka”. Chyba matula widziała przez słuchawkę wielkie łzy w moich oczach, bo księgarz natychmiast przyjął pieniądze i potem już nigdy więcej mnie o nic nie pytał, ani do mojej mamy nie dzwonił. O taki intymny związek z księgarnią jest dziś dużo trudniej, w czasach kiedy wszystkie książki, bez wyjątku, kupuję przez Internet, a jeśli są przy tym drogie, kilkakrotnie droższe od subwencjonowanych przez państwo książek w czasach PRL-u, to kupuję je bardziej rozważnie i znacznie rzadziej niż kiedyś.

Po tych wszystkich księgarskich doświadczeniach, mogę z przekonaniem powiedzieć, że ówcześni księgarze ciechanowscy, pan Stasio Jaroszewski z Szulmierza, państwo Zelechowie, a także inni, których nazwisk nie pamiętam, w dużym stopniu, zaraz po nauczycielach i bibliotekarzach, przyczyniali się do naszego rozwoju intelektualnego, bo co prawda tylko sprzedawali książki, ale nie sprzedawali ich tak, jak się sprzedaje ziemniaki na straganie lecz sprzedawali je z pewnym przesłaniem, może nawet nie próbując doradzać, ale podejmując rozmowę, co w tej dziedzinie nowego, czy czytaliśmy Stryjkowskiego lub Kuncewiczową, kto się najlepiej sprzedaje, kogo polecają krytycy, do czego ta książka się przyda, może na prezent, może do lektury, a my pytaliśmy ich czy znają „Związki uczuciowe” Iredyńskiego albo „Kataraktę” Loebla albo „Zgubiłeś mnie w śniegu” Pastuszka i czy w ogóle, mając na palecie Gombrowicza i Miłosza, warto dziś jeszcze cokolwiek innego czytać? Ktoś mógłby zapytać, czy dziś takich księgarzy już nie ma? Ależ są, tylko może ich nie zauważamy, albo oni po prostu nie są aż tak natrętni, bo gdy do księgarni wchodzi człowiek z tak zadartym nosem jak ja, który wszystkie rozumy literackie pozjadał, to może być trudno z nim nawiązać rozmowę, nawet jeśli sam zagada.

I znowu zaczynam z rozrzewnieniem spoglądać w stronę księgarni, i przypomina mi się, że o nowych wydaniach dowiadywaliśmy się studiując Biuletyn Składnicy Księgarskiej, publikowany w zasadzie dla księgarzy, ale często wykładany na ladzie obok kasy lub w innym widocznym miejscu, gdzie z tygodniowym wyprzedzeniem podawane były zapowiedzi wydawnicze książek już wychodzących spod prasy drukarskiej. Czasami i to nie wystarczało, żeby zdobyć dobrą książkę, bo nakłady były małe, a księgarze mieli wielu ważnych klientów na książki spod lady. Rada na to była taka, że wstępowało się do rzadziej uczęszczanych księgarni na peryferiach albo przy okazji wizyt w małych miasteczkach, gdzie wiedza o dobrej literaturze nie była tak wysublimowana, a książki i tak dochodziły z rozdzielnika. W ten sposób, na Mazurach, chyba w Mrągowie albo w Mikołajkach, w pewne wakacje znaleźliśmy stojący sobie spokojnie na wystawie „Kompleks Portnoya” Philipa Rotha. Wykupiliśmy na pniu wszystkie egzemplarze, żeby rozdać znajomym, zostawiając jeden do wglądu pewnej starszej pani w księgarni, która potem pytała nas na plaży: – „Jeśli Portnoy robił to w skarpetkę, to w co panowie to robicie?” I odpowiadaliśmy jej dusząc się ze śmiechu, że robimy to w chusteczki do nosa, i wyciągaliśmy je z kieszeni, rozkładając, brudne i zasmarkane, a starsza pani spoglądała z niedowierzaniem na nie i na nasze twarze, znowu na nie i na nasze twarze, jakby doszukując się związku między słowem a jego desygnatem.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.

Copyright 2015 by Janusz Zalewski

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Obiad z Mamedem c.d.

Po raz kolejny postanowiliśmy zjeść obiad w tej samej restauracji, w której była ostatnia „wpadka”. Stare Miasto w Olsztynie, lekko po czternastej. Namawiałem Mameda na spotkanie właśnie tam gdyż czułem, że poprzednim razem był to jednorazowy incydent.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (5)

Wyszedłszy z księgarni, będąc idealnie obsłużonym, niczym w latach sześćdziesiątych, zastanawiam się dokąd teraz się udać po następną przygodę, a możliwości zauważam dwie, obie w zasięgu wzroku: po lewej zegarmistrz a po prawej kantor wymiany walut. Wiem, że w obu miejscach będę bardzo życzliwie przyjęty, zatem ruszam przed siebie i rzuca mnie trochę bardziej w lewo,

Lager miodowy – polska specjalność

Kiedy spotykamy się ze znajomymi na prywatce w domu lub na spotkaniu w lokalu, to gdy przychodzi do wyboru piwa dla wszystkich przybyłych, to często jest tak, że mówimy, iż mężczyźni wybierają piwa męskie, czyli te charakteryzujące się dość wysoką goryczką, a kobiety te kobiece, czyli słodkie. Oczywiście nie do końca ma to odzwierciedlenie w rzeczywistości, ale cos w tym