Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (5)

Podziel się:

Wyszedłszy z księgarni, będąc idealnie obsłużonym, niczym w latach sześćdziesiątych, zastanawiam się dokąd teraz się udać po następną przygodę, a możliwości zauważam dwie, obie w zasięgu wzroku: po lewej zegarmistrz a po prawej kantor wymiany walut. Wiem, że w obu miejscach będę bardzo życzliwie przyjęty, zatem ruszam przed siebie i rzuca mnie trochę bardziej w lewo, więc wybieram zegarmistrza, gdzie droga wiedzie po schodkach.

Wyszedłszy z księgarni, będąc idealnie obsłużonym, niczym w latach sześćdziesiątych, zastanawiam się dokąd teraz się udać po następną przygodę, a możliwości zauważam dwie, obie w zasięgu wzroku: po lewej zegarmistrz a po prawej kantor wymiany walut. Wiem, że w obu miejscach będę bardzo życzliwie przyjęty, zatem ruszam przed siebie i rzuca mnie trochę bardziej w lewo, więc wybieram zegarmistrza, gdzie droga wiedzie po schodkach.

Zegarmistrzowie zawsze byli częścią krajobrazu ulicy Warszawskiej i – odkąd pamiętam – byli to bardzo zacni ludzie, reprezentujący najwyższy standard etyki zawodowej, ale też godności osobistej. Przykładem, choć nie ciechanowskim, jest dla mnie szlachcic i historyk sztuki, na swój sposób legendarny, Tadeusz Przypkowski z Jędrzejowa. Co prawda, był on trochę staroświecki i odbiegał od współczesnych schematów, bo choć był zegarmistrzem w sensie ścisłym, zajmował się wyłącznie zegarami słonecznymi, ale można mu to wybaczyć, bo miał klasę jak mało kto. Krąży o nim opowieść, że na zaproszenie władz rządowych przybył kiedyś na jakieś ważne posiedzenie i przed wejściem na salę pełną wodzów partyjnych, zatrzymał się przy drzwiach i donośnym głosem zadał kilka razy przedziwne pytanie: – „Wejść czy nie wejść? Wejść czy nie wejść?” – powtarzał. I gdy gospodarze z aplauzem go witali i zapraszali: „Ależ prosimy! Prosimy wejść! Jesteśmy zaszczyceni!”, pan Przypkowski odezwał się niespodziewanie takim oto tekstem, wprowadzając wszystkich w kompletne osłupienie: – „Nie was się chamy pytam, jeno sumienia swego!” I po takim zidentyfikowaniu zegarmistrza, p. Przypkowskiego, warto teraz przypomnieć, bo nie każdy to pamięta, a najpewniej zgoła o tym nie wie, że zegar słoneczny na kościele św. Michała Archanioła w Płońsku jest autorstwa tegoż Tadeusza Przypkowskiego, który go własnoręcznie odrestaurował w latach pięćdziesiątych, według przedwojennego wzoru. Wizyta w Płońsku wydaje się, więc, niezbędna i nieunikniona.

Z tego, co doświadczyłem własnymi palcami, mechanizm zegarka na rękę wymaga niebywałej precyzji, znacznie większej niż zegar słoneczny, i jest tak fascynujący, że jeśli ktoś raz otworzył kopertę i do niego zajrzał, oczywiście z myślą żeby pojąć zasady jego działania, to jest zgubiony i będzie zaglądał zawsze. Mimo, że zegarki mogą być bardzo precyzyjne i bardzo kosztowne i, jak sięgnę pamięcią, zawsze takie były, co stawia ten zawód bardzo wysoko na szczeblach profesjonalnych, my nie byliśmy najlepszymi klientami i – będąc nastoletnimi młokosami nie przykładającymi większej wagi do jakiejkolwiek hierarchii – od najmłodszych lat chodziliśmy do zegarmistrzów kupować paski, którymi potem handlowaliśmy na szkolnym podwórku, i – sprzedawać im zegarki o podejrzanej proweniencji, które oni kupowali oczywiście na części, zawsze zadając nam sakramentalne pytanie: – „Czy to jest pana własność?” A my niezmiennie odpowiadaliśmy, że tak, choć zawsze w takim zegarku było coś trefnego i nie zawsze było pewne skąd jakiś zegarek pochodził.

Teraz też mam nie specjalnie zegarmistrzowską robotę – zerwany pasek – i trochę mi wstyd, bo poprzednim razem było to zbite szkiełko, a jeszcze poprzednim – wymiana baterii albo jeszcze gorzej – dociśnięcie baterii, która się wysunęła po tym jak mi zegarek upadł, a naprawdę, do czego się nie przyznałem, musiałem kogoś uderzyć prawym hakiem, bo źle się zachował wobec kobiety będącej w moim towarzystwie, i miało to wpływ na kondycję zegarka. Raz tylko odwiedziłem zegarmistrza z czymś zegarmistrzowskim, ale był to zegarek nie mechaniczny a elektroniczny, i diagnoza była taka, że zepsuł mu się silnik krokowy i wymagał wymiany. No ale teraz trudno, skoro zerwał mi się pasek od zegarka, to trzeba go też wymienić. Jednak – co gorsze – tym razem, mama, w szpargałach po ojcu, znalazła inny oryginalny, firmowy pasek Seiko, ale przecież nie pójdę do zegarmistrza, żeby założył mi pasek, który sam przyniosę, gdy u niego szuflada ugina się od pasków, więc po chwili namysłu wziąłem zegarek po ojcu marki Tissot i poprosiłem o oczyszczenie go i wycenę, czy do czegoś jeszcze się nadaje, a przy okazji zagadałem o wymianę paska który sam przyniosłem. Taka transakcja wiązana, przy czym wymiana paska, którą łatwo zrobić samemu, i czyszczenie zegarka, czego nie radzę robić samemu, to oczywiście nic innego tylko pretekst do odwiedzenia zegarmistrza.

Przecież do zegarmistrza, tak samo jak do fryzjera czy do szewca, nie przychodzi się tylko po to, aby naprawić lub kupić zegarek, ale przychodzi się też w innych zbożnych celach. Wracam więc po pięciu dniach po odbiór zegarka i już w progu żartuję, że przyszedłem sprawdzić czy szyby się błyszczą, bo poprzednim razem zauważyłem, że pani asystentka dokładnie poleruje każde widoczne szkło. Po prostu, u zegarmistrza wszystko świeci się na wysoki połysk. Tym razem, jest okres świąteczny i zakład jest pełen ludzi, a szefowi pomagają żona i córka, bo sam poszedł zapłacić mandat za nieprawidłowe parkowanie pojazdu przez członka rodziny, już nie pytam za kogo, i przychodzi mi zaraz do głowy, że zegarmistrzowie są tak ważni dla miasta, że oni sami jak też ich rodziny nie powinni płacić żadnych mandatów, a powinni być z nich wyłączeni i zwolnieni, choćby tylko dlatego, żeby nie tracili drogocennego zegarmistrzowskiego czasu, które ich zegarki tak płynnie odmierzają. Ale miasto chyba nie docenia wagi tego zawodu i moja propozycja z pewnością zginie gdzieś w postępującej biurokracji. Wychodząc, spotykam w drzwiach samego mistrza, więc wracam, płacę sto złotych i wysłuchuję rady w odpowiedzi na moje pytanie, ile teraz mój Tissot jest wart, która brzmi tak: – „Wie pan, ja bym go się nie pozbywał.” To się nazywa dyskretna odpowiedź.

Wyszedłszy od zegarmistrza, rozmyślam nad znaczeniem wynalazku zegara dla ludzkości, bo taka mnie naszła chwila refleksji, i oczywiście idąc w zamyśleniu boleśnie skręcam nogę potykając się na schodkach, więc siadam na ławce na skwerku, żeby mi się rozszedł ból, i dumam. Czytałem kiedyś rozważania filozofa nauki Lewisa Mumforda na ten temat, co jest warte przytoczenia. Mumford twierdzi, że „Zegar właśnie, a nie maszyna parowa, jest kluczowym mechanizmem nowoczesnej ery przemysłowej. W każdej fazie jej rozwoju zegar odgrywał wybitną rolę i był typowym symbolem maszyny. I dziś nawet żadna inna maszyna nie jest tak wszechobecna” („Technika i cywilizacja”, PWN, 1960). Po czym Mumford tak pisze o doniosłości tego wynalazku: – „Niemniej jednak ważny był i pośredni wpływ zegara. Jako faktycznie pierwszy instrument precyzyjny stał się on wzorem dokładnej konstrukcji i wykończenia dla wszystkich późniejszych przyrządów…”. I parę stron dalej Mumford dodaje, że wynalazek zegara mechanicznego przewyża pod względem znaczenia nawet wynalazek prasy drukarskiej, a więc samego Gutenberga, a podsumowując znaczenie tego wynalazku, dodaje, że „spośród wszystkich maszyn zegar wywarł największy wpływ na rozwój techniki, jak i na rozwój stosunków społecznych…”. I gdzie indziej podaje przykłady tego wpływu, zauważając doniosłe skutki społeczne wynalazku zegara, gdyż nie zdajemy sobie sprawy, iż wraz z wprowadzeniem zegara, przestaliśmy wstawać z łóżka wtedy, kiedy się wyśpimy, a zaczęliśmy wstawać, kiedy zegarek pokaże pewną godzinę; podobnie, przestaliśmy kłaść się spać, kiedy poczujemy się zmęczeni, a zaczęliśmy to robić kiedy zegarek pokaże odpowiedni czas; i dalej, przestaliśmy jeść, kiedy poczujemy głód, a zaczęliśmy jeść, wtedy kiedy zegarek pokazuje określoną porę, itd., itd. Tak więc, staliśmy się totalnie uzależnieni od zegara i przez niego poddaliśmy się terrorowi czasu.

Oddając swoisty hołd zegarmistrzom jako wynalazcom, Mumford przywodzi mi na myśl kilka postaci historycznych, wynalazców, z których dorobkiem miałem w ostatnich latach do czynienia. Jedną z tych postaci jest Ktesibios, grecki rzemieślnik żyjący w III wieku p.n.e., który wsławił się wynalezieniem zegara wodnego, ale stał się słynny nie tyle przez sam zegar ile przez sposób stabilizacji poziomu wody w tym zegarze, co jest uważane za historycznie pierwsze wykorzystanie zasady sprzężenia zwrotnego (regulacji automatycznej) w technice. Bez zbytniego wnikania w szczegóły, chodzi o to, że krople wody kapiące z górnego zbiornika napełniają systematycznie dolny zbiornik, w którym podwyższający się poziom wody odmierza czas na skali. Ale woda w górnym zbiorniku wypływa wolniej, jak jej ubywa, więc wtedy godziny też upływaja wolniej. Ktesibios wymyślił sposób na utrzymanie stałego natężenia wypływu wody z górnego zbiornika, przez utrzymanie stałej wysokość jej słupa, co powoduje równomierne wzrastanie poziomu w dolnym zbiorniku, a więc też równomierne odmierzanie czasu.

Dwóch innych wynalazców, to zegarmistrzowie warszawscy, Abraham Stern (1769-1842) i Izreal Staffel (1814-1885), którzy skonstruowali mechaniczne arytmometry, jako poprzedniki komputerów, które były prezentowane na wystawach światowych w Paryżu i w Londynie. Obu wymienia Wiesław Głębocki w książce „Zegarmistrzowie warszawscy XIX wieku” (PWN, 1992), a ja namówiłem swoich studentów, żeby opracowali im strony internetowe, które są do obejrzenia pod adresem: http://chc60.fgcu.edu/ Stern został przyjęty do Warszawskiego Królewskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk (1830), dalekiego poprzednika Polskiej Akademii Nauk, a Staffel otrzymał prestiżową nagrodę Demidowa, przyznawaną przez Rosyjską Akademię Nauk w Sankt Petersburgu (1846). Maszyna Staffla jest zresztą przechowywana w Muzeum Techniki, w Warszawie, choć nie jestem pewien czy jest aktualnie wystawiana dla zwiedzających. O jakimkolwiek zachowanym do dziś egzemplarzu maszyny Sterna nic nie wiadomo, choć może tkwi gdzieś głęboko w jakimś rosyjskim magazynie, pokryta kurzem, bo według źródeł Stern miał ją podarować carowi Aleksandrowi I, podczas wizyty tegoż w Warszawie, gdzie mu zaprezentował jej działanie.

Deliberując tak przez kolejną dłuższą chwilę, zadaję sobie inne filozoficzne pytanie dużej wagi, a mianowicie, skąd się bierze czas? I śmiejąc się sam do siebie przypominam sobie odpowiedź, jakiej udzielił mi kiedyś jeden z moich studentów: – „Z serwera”. I tu akurat miał rację, bo wszystkie elektroniczne urządzenia cyfrowe podłączone do sieci, włączając w to komputery i telefony, mają aktualny czas, dlatego że synchronizują swoje zegary z serwerami czasu, czyli pobierają z nich informację o dokładnym czasie. Ale nie jest to takie proste, jak zadzwonić ze Stanów do Polski i zapytać: – „Która jest teraz u was godzina?” – mimo że tak naprawdę, to właśnie tak samo jeden komputer drugiemu komputerowi mówi, która jest u niego godzina. Nie jest to proste z dwóch powodów. Po pierwsze, czas, jak każda wielkość fizyczna, wymaga pomiaru, a wynik pomiaru to właściwie zawsze dwie liczby, wartość i jej dokładność. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale, gdy mówimy, że jest godzina szósta piętnaście, to podajemy czas z dokładnością do jednej minuty. Tak więc odpowiedź na pytanie, która jest w tej chwili godzina, jest podawana z dokładnością do jednej minuty, tzn. aktualny czas i jego dokładność, i to nas zadowala. Gdy, natomiast, w grę wchodzą operacje komputerowe, wykonywane w czasie krótszym niż jedna mikrosekunda, to dokładność musi być co najmniej o rząd wielkości większa niż mikrosekunda, a pamiętajmy przy tym, że częstotliwość impulsów zegara w nowoczesnym procesorze, osiąga gigaherce, czyli miliardy jednostek na sekundę. Dlatego w metrologii sekunda jest zdefiniowana niezwykle precyzyjnie, gdyby ktoś pytał, jako czas równy 9 192 631 770 okresom promieniowania odpowiadającego przejściu między dwoma poziomami struktury nadsubtelnej stanu podstawowego atomu cezu 133. Oczywiście, nic to nam specjalnego nie mówi poza tym, że jest to niewyobrażalnie ścisła definicja i brzmi niezwykle zabawnie. A więc, reasumując, czas na poziomie komputerów jest w istocie bardzo precyzyjnie odmierzany, wręcz idealnie zgranulowany.

Jest też druga przyczyna, dla której zsynchronizowanie czasu z odległym serwerem jest problematyczne. Przesłanie na odległość informacji o czasie, jak każdej informacji, nawet drogą elektroniczną, trochę trwa, co oznacza że gdy informacja o czasie dotrze z serwera do naszego komputera albo telefonu komórkowego, to już jest nieaktualna, bo przez ten okres przesyłania czas na serwerze już się zmienił, mimo że zmienił się tylko o ułamkową część sekundy. Dlatego potrzebne są metody korygowania czasu i do tego służy specjalny protokół zwany NTP, po angielsku Network Time Protocol, czyli sieciowy protokół wymiany czasu. Słowo „protokół” w żargonie komputerowym oznacza taki przepis na sposób komunikacji, do którego muszą się stosować wszystkie komputery próbujące komunikować się przez sieć. Ten przepis to zbiór reguł określających zawartość komunikatów i sekwencję ich wysyłania i odpowiadania na nie. Protokołem znanym z nazwy każdemu, kto kiedykolwiek użył Internetu, jest HTTP (ang. Hyper Text Transfer Protocol) i jego wersja bezpieczna, HTTPS, dzięki którym możliwy jest dostęp do milionów stron internetowych na świecie. Inne protokoły, których nazw nie będę wymieniał, służą do przesyłania poczty elektronicznej, czyli popularnego mailowania. Ale NTP, będąc tworem z tej samej dziedziny, ma oczywiście zupełnie inne reguły, bo inna jest treść i znaczenie przesyłanych według niego komunikatów. Tak więc, reasumując, czas którym dysponujemy w naszych komputerach i telefonach, jest dostarczany z serwerów, z zapewnieniem wymaganej dokładności, dzięki użyciu precyzyjnej definicji jednostki czasu, sekundy, i specjalnego protokołu transmisji.

Ale powstaje teraz pytanie, skąd bierze się czas w samym serwerze, bo przecież musi tam skądś się brać, zanim serwer go udostępni? No i odpowiedź brzmi, że w serwerze czas bierze się z oscylatora! Tak, z takiego samego oscylatora, zwanego też rezonatorem, jak oscylatory kwarcowe w naszych elektronicznych zegarkach na rękę. Taki oscylator, to kryształ kwarcu, który jak sam termin wskazuje, oscyluje, a więc drga, z określoną i równomierną częstotliwością. Niedaleko mnie, w tym samym mieście gdzie pracuję, Fort Myers, znajduje się firma Fox Electronics, produkująca takie oscylatory, której przedstawiciel wchodzi w skład rady naukowej mojego wydziału, i kilka razy odwiedziłem go w firmie, gdzie mnie oprowadził po linii produkcyjnej, jak w Ciechanowie po browarze, gdybym chciał poznać linię produkcyjną piwa, i wyjaśnił sens różnych manipulacji dokonywanych na materiałach kwarcowych, aby wyprodukować kryształ kwarcu do użycia jako oscylator. Kwarc jest jednym z najczęstszych minerałów występujących w przyrodzie i jego kryształ, odpowiednio przycięty, wykazuje właściwości piezoelektryczne, a więc wytwarza ładunki elektryczne pod wpływem mechanicznego naprężenia, co można zastosować do generowania impulsów elektrycznych o bardzo stabilnej częstotliwości. Komercyjnie najwcześniej wykorzystała tę właściwość firma Seiko i na początku lat 1970-ych, jednocześnie z firmami szwajcarskimi, wprowadziła na rynek pierwszy zegarek kwarcowy.

Mój związek z produkcją oscylatorów kwarcowych jest zresztą większy, bo w jednym ze swoich wcieleń zawodowych pracowałem jako konsultant, budując oprogramowanie do systemu sterowania taką linią produkcyjną oscylatorów kwarcowych w firmie Piezo Technology Inc., PTI, w Orlando, na Florydzie. Precyzyjne instrumenty pomiarowe mierzyły parametry kryształu kwarcu na każdym stanowisku jego obróbki, i wysyłały wyniki po specjalnej magistrali elektronicznej mojemu programowi, który po zebraniu wszystkich zaprogramowanych danych rozkodowywał je i podejmował decyzję czy odrzucić dany element czy dopuścić go do dalszych badań, przedstawiając jednocześnie cały proces wizualnie operatorowi na ekranie monitora, włączając w to wykresy charakterystyk oscylatora, aby umożliwić dalszą ewentualną interwencję, bo kontrola jakości była niezwykle ostra, ze względu na konkurencję na rynku. Można brnąć dalej w te dywagacje o oscylatorach, ale przyznam że wspominam o tym tylko po to, aby w końcu dojść do rzeczywistego źródła czasu, którym są zegary atomowe, bo one stanowią ostateczną granicę tego, skąd się bierze czas. Do pomiaru czasu wykorzystuje się w nich częstotliwość wspomnianych w definicji sekundy przejść między poszczególnymi poziomami stanu energetycznego atomu cezu, co daje podstawy do osiągnięcia niewyobrażalnej dokładności zegara, rzędu jednej sekundy opóźnienia na miliony lat.

Tak więc dochodzimy do punktu, w którym należałoby zająć się tematem elektroniki w zegarkach. Przyznam, że zwlekałem z tym tak długo, jak mogłem, żeby nie stresować zegarmistrzów, bo są to bardzo szacowni ludzie, którym trudno będzie uświadomić, że stopniowo i może nawet niedługo przestaną być potrzebni. Nadchodzi era komputerów w zegarkach i nie ma od tego odwrotu. Nie byłoby w tym nic niecodziennego, bo elektronika w zegarkach funkcjonuje co najmniej od momentu wprowadzenia zegarka kwarcowego Seiko, ale problem polega na tym, że tradycyjna funkcja zegarka, tj. odmierzanie czasu, staje się funkcją, która właściwie zanika i może wkrótce stać się pomijalna w zegarku elektronicznym, podobnie jak telefon komórkowy przestał właściwie służyć do rozmów, a przyswoił sobie masę innych funkcji, nie mających nic wspólnego z telefonowaniem, jak m.in. właśnie podawanie czasu.

Podobnie, zegarek staje się komputerem i przybiera nazwę „smartwatch” czyli inteligentny czasomierz. Według przewidywań ekspertów już niedługo może dojść do tego, że Patek, Rolex czy Longines staną się tylko nazwami obiektów historycznych poszukiwanych przez kolekcjonerów, jak stare samochody, a młode pokolenia staną się całkowicie „cyfrowe” i przestaną komunikować się werbalnie, zastępując kontakt osobisty tekstem i obrazkami wysyłanymi przez ich elektroniczne gadżety, z których jednym będzie smartwatch. A przy okazji, w tym całym szaleństwie jest jednak nadzieja, że skokowe postępy poczyni edukacja, bo bezprecedensowo rozszerzył się dostęp do wiedzy i nie da się go zahamować, jako że nie ma tym zjawiskom końca. I mając to na uwadze, chcąc mnie uchronić przed całkowitym i nieodwracalnym przekształceniem się w dionozaura, dodatkowo wiedząc że nigdy nie nabędę ani Androida ani iPhone’u, bo moje telefony komórkowe ciągle wiszą na ścianach stacji benzynowych, choć spotykam je tam coraz rzadziej, moi studenci kazali mi kupić sobie smartwatch, żebym w ten sposób pozostawał w kontakcie ze światem tym samym co oni, a więc cyfrowym, i mógł dowiadywać się o ich ostatnich osiągnięciach w projektach komputerowych, które robią pod moim kierunkiem. Dodatkowo zaprogramowali mi ten smartwatch tak, żebym po zwykłym dotknięciu palcem i przesunięciu nim po ekranie mógł odczytywać sobie kiedykolwiek i gdziekolwiek chcę najnowsze dane, przesyłane do niego z ich własnych Androidów, i uczyć się rzeczy, na które nigdy przedtem nie mogłem znaleźć i nadal nie znalazłbym czasu.

Trudno uwierzyć, że doszło do tego w przeciągu zaledwie jednego wieku, od momentu gdy wydawało się, że świat stanął w miejscu i nawet wojna światowa nie jest w stanie go za bardzo zmienić, choć Edison i Tesla dokonywali właśnie swych pierwszych odkryć, ale odchodzący na front saper Vodiczka dobrze wiedział, że czas płynie i będzie dalej płynął spokojnym praskim rytmem na Smichovie i umawiał się z dzielnym wojakiem Szwejkiem: – „Po wojnie o szóstej wieczorem!” – mając na myśli wspólne piwo u Kalicha.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.

 

Copyright 2015 by Janusz Zalewski

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (11)

Cukiernia, to już koniec ul. Warszawskiej. Jeszcze kilka sklepów i dochodzimy do pl. Kościuszki. Ktoś mi podpowiedział, że tam jest punkt usługowy, w którym mogę się podłączyć do Internetu, a właściwie użyć komputera połączonego z Internetem. Tam więc zmierzam i po drodze przypominam sobie dawny wygląd placu, ławki w parku, postój taksówek, kino Nysa, komenda

Powroty – ulica Nadrzeczna (8)

Nieoczekiwana przygoda we młynie przyprawiona erotycznym ekscesem z Bronką, która poddawała się zalotom młynarzy, tak mną wstrząsnęła, że wybiła mnie w ogóle z życiowego rytmu, który polegał na szkole, odrabianiu lekcji, czytaniu encyklopedii od A do Z, takimże czytaniu słownika języka angielskiego, okazyjnej grze w palanta, zamiataniu ulicy za karę, przyglądaniu się

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (9)

Po wyjściu od waluciarza, czas się ruszyć w stronę placu Kościuszki, bo spędziłem za dużo czasu na i wokół skwerku z pomnikiem, ale to chyba dlatego, że jest to centralny punkt ul. Warszawskiej i wiele rzeczy i wydarzeń wokół niego się koncentruje.