Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (6)

Podziel się:
Hotel Polonia

Ból w skręconej na schodku stopie w zasadzie mi ustąpił, chyba od samego siedzenia i lekkiego masażu przez skarpetkę, przy czym zawsze przypomina mi się „Kompleks Portnoya”, i poczułem się znowu tak że nawet mógłbym komuś dokopać, więc rozglądam się dookoła, z ławki na niewielkim skwerku między zegarmistrzem a księgarnią, i czuję się prawie jak na rynku w Pradze, skąd właśnie wróciłem, gdzie czas płynie wolniej nawet w XXI. wieku, choć pomnik św. Piotra, na który teraz patrzę, to nie pomnik Wacława, mimo że wyrzeźbiony przez mojego brata, Marka, a niewielki placyk to nie Václavské náměstí, no i turystów znacznie mniej, ale toutes proportions gardées, jestem przecież w Ciechanowie i nie zamierzam tego zmieniać, a zresztą ja sam, mimo że piszę, to nie jestem znowu żaden Hašek ani Hrabal, i „Pociągów pod specjanym nadzorem” bym nie napisał.

Gdy tak zastanawiam się, co dalej ze sobą zrobić, niespodziewanie z pomocą przychodzi mi koleś z prośbą o złotówkę lub dwa złote, bo zabrakło mu do piwa. Hmmm, myślę sobie, najwyraźniej ciągle wzbudzam zaufanie u przygodnych przechodniów, albo mam coś takiego wypisane na twarzy, na czym wyłazi mi moja altruistyczna natura. Daję mu pięć złotych, czego później żałuję, i myślę, że to dość powszechne zjawisko, takie napraszanie się o drobne, szczególnie wśród pewnych grup etnicznych, bo w każdym dużym mieście, w Pradze, w Moskwie, w Monachium, dokładnie wszędzie, nawet w Waszyngtonie, nie mówiąc o Warszawie przed Dworcem Śródmieście, egzystuje te specyficzne typy ludzi, którzy żerują na naszej naiwności, ale też dodając jakiegoś swoistego smaczku do rzeczywistej aury miasta, więc nie mam tego nikomu za złe.

Nieoczekiwany kontakt z kolesiem naprowadza mnie na dwa fizyczne cele, które stają mi w oczach prawie jednocześnie: piętrzący się przede mną były hotel z restauracją Polonia i kamienica Brudnickich. Mimo że kamienica jest położona bliżej miejsca gdzie stoję i prawie ocieram się o nią nosem, to z jakiegoś powodu dostrzegam najpierw hotel. Spoglądam w stronę Polonii i przypomina mi się kilka wczesnych epizodów, z czasów kiedy pijało się w niej „piwo tylko do konsumpcji”, co było zjawiskiem wówczas powszechnym, a obecnie jest zupełnie nie znanym.

Jednym z tych eopizodów był, nazwę go, konkurs antyalkoholowy. Chodziło o zrobienie krótkiego filmu dokumentalnego na temat walki z alkoholizmem i wysłanie go na konkurs dla młodych twórców niezrzeszonych, który organizowano pod patronatem Zakładów Radiowych im. Marcina Kasprzaka, przymierzających się do produkcji magnetowidów. Do tego, oczywiście, trzeba było mieć kamerę filmową, ale zupełnie przypadkowo starsza siostra Tychy wróciła z wycieczki do Stanów i przywiozła mu kilka drobiazgów, takich jak najnowsza płyta Bitelsów, oryginalny plakat całej czwórki, a oprócz tego przytargała sobie kamerę filmową, której bardzo pilnie strzegła. Nie mogliśmy pod żadnym pozorem tej kamery używać, ale Tycha potajemnie wypożyczał ją na kilka godzin dziennie, aby filmować nasz dokument. Film był krótkometrażowy i składał się z kilku zaledwie skeczów, bo choć mieliśmy pomysły na więcej, to zabrakło nam taśmy. Celem konkursu było zademonstrowanie skutków do jakich może prowadzić nadużywanie alkoholu, czyli krótko mówiąc pijaństwo, i to było naszą nadrzędną maksymą w przygotowaniu scenariusza.

Pierwszy i najważniejszy epizod był improwizowany. Wchodzę do słynnej Polonii, gdzie wszystko było już ukartowane i Tycha czekał w środku z kamerą gotową do zdjęć. Podchodzę grzecznie do stolika, przy którym trzej dżentelmani w waciakach rozpijają stojącą na stoliku półlitrówkę pod śledzia – jest jeszcze wypełniona sporo ponad połowę. Biorę bez pardonu flaszkę do ręki, podnoszę ją ze stołu i pytam: – „Panowie, czy raz się bez wódki nie może obejść?” Po czym odwracam się na pięcie i zabierając butelkę wychodzę z knajpy.

Przez Polonię, która w pewnym okresie była dziennym przystankiem dla niektórych z nas, przewijała się cała galeria postaci, z których pamiętam tylko kilka ale bardzo znaczących. Jednym ważnym szczegółem było to, że nikt wtedy nie operował prawdziwym nazwiskiem, a wołanie kogoś po imieniu należało do rzadkości i trzeba było niemal mieć pozwolenie, żeby z kimś się do tego stopnia spoufalić i zbratać. Takim typem wartym oddzielnej opowieści był Moczek. Moczek nigdy nie pracował i w wieku czterdziestu lat był na utrzymaniu matki, która sama utrzymywała się z renty. Był nam winien pewną sumę, której w żaden sposob nie można było od niego odzyskać, zresztą nikt nawet nie próbował. Ale kiedyś zauważyliśmy go przez okno, jak wchodził do sklepu obuwniczego po drugiej stronie ulicy. Wysłaliśmy po niego patrol i przyciśnięty do muru Moczek przyznał się, że dostał parę złotych od matki na buty, ale pod presją wierzycieli spojrzał na stopy wystające z dziurawych tenisówek, spojrzał na nas przebijających go wzrokiem jak Bazyliszek, potem znowu na stopy i zapytał: – „Nóżki, czego chceta, butki czy wódki?” Efektem było odzyskanie pieniądzy.

Innym typem z wyjątkowym charakterem był Opuna. Opuna wszedł kiedyś do Polonii z koniem. Zwyczajnie wprowadził na salę restauracyjną normalnego wzrostu konia, trzymając go za uzdę. Koń machał ogonem i parskał, jak by wchodził po znojnym dniu do stajni, spodziewając się wieczornej porcji owsa. Wywołało to niemałą konsternację wśród obecnych i zanim ktokolwiek zdążył ochłonąć z pierwszego wrażenia, Opuna zameldował obsłudze kelnerskiej: – „Poproszę dwie kawy, jedną dla mnie a drugą dla tego pana.”

Z kolei Matejuk był w młodości murarzem, ale spadł z rusztowania, potłukł się i nie mógł kontynuować w ścisłej branży murarskiej więc przeszedł na inspektora budowy, po zaliczeniu odpowiednich kursów. Skutkiem wypadku utykał na prawą nogę, więc nawet jako inspektor miał kłopoty z mobilnością i z wykonywaniem zawodu, ale radził sobie z pomocą psa. Bary się ten pies nazywał. Jak trzeba było zrobić inspekcję, opowiadał Matejuk, to wpuszczałem Barego na rusztowanie, Bary szczeknął dwa razy i wiadomo, dwa winkle spierdolone.

Inny oryginalny typ z charakterem, dodatkowo wsparty wielkim wzrostem i wagą, Poleszuk, daleki krewny słynnej rodziny oszczepników ukraińskich, wybrał się kiedyś z zaszczytnym zamiarem, aby oddać krew. Szedł krwią taki napompowany, a pielęgniarka do niego z igłą. – „Proszę pani, tu trzeba pucka.” – „Pucka? Jak to?” – pyta z niepewnością pielęgniarka. – „No, pucka, do ubijania kartofli”. Pielęgniarka pobiegła na dół do kuchi, przyniosła pucka, Poleszuk ujął w prawą garść i bach w nochla! Cała wanna krwi. To jest honorowy dawca!

Pamiętam to jak dziś. Pełnia lata, słońce praży bez litości, jak w filmie „W samo południe”, prawie tak jak kowboje, tylko bez pewnych urządzeń mechanicznych za paskiem, siedzimy bez celu przed budką z piwem u Tegesa, która mieściła się wtedy w głębi od Warszawskiej w kierunku Sierakowskiego. Na ogół milczymy, pociągając leniwie łyki piwa z kufli, chyba że czasem ktoś ziewnie albo podejmie próbę opowiedzenia dowcipu, aż nagle pojawia się niespodziewanie Piottek. Miał na imię Piotr ale nie wymawiał „r” i tak go wszyscy nazywali, Piottek. Jako jedyny miał stałą pracę i związane z tym stałe dochody, którymi prawie w całości spłacał alimenty, ale z racji wykonywanego zawodu czasami miewał tzw. „boki”, a więc dodatkowe fundusze, które przeznaczał na cele bardziej towarzyskie. Podszedł do nas, zatrzymując się w takiej odleglości, że nie musiał się witać przez podawanie ręki, skinął lekko ale wymownie w naszym kierunku, po czym podniosłem się ze stołka, jako że miałem już opróżnionyh kufel, i poszliśmy, nie śpiesząc się, do sklepu spożywczego na rogu Warszawskiej. Nie było w nim ludzi, więc podeszliśmy do lady, Piottek stanął przed ekspedientką, podniósł prawą rękę powyżej głowy i robiąc nią zamaszysty ruch w powietrzu, zatoczył powolutku półkole od prawej do lewej i rzekł: – „Poptoszę wszystkie wina i paczkę hetbatników”. I udaliśmy się wszyscy pod Zamek.

Przy takich możliwościach odgrywania naturalnych scen przepełnionych akcją i emocją, kręcenie filmu szło nam bardzo dobrze i powstał nawet plakat, na którym ujawniliśmy tytuł. Jechaliśmy wtedy pociągiem z Warszawy, popijając piwo w wagonie Warsu, i udało mi się namówić Szczepana do stworzenia pierwszego szkicu. Wyglądało to mniej więcej tak, że na ławce w parku siedzi gość ubrany w regularny garnitur i krawat, a między nogami na ziemi trzyma flaszkę wina, którą właśnie otworzył korkociągiem. Winko w butelce zachęca, aż się chce reką sięgnąć po nie do rysunku, ale coś jest nie tak. Facet trzyma w ręku korkociąg z nadzianym korkiem, zwrócony ostrzem w stronę twarzy, i wpatruje się w niego z przerażeniem w oczach. Nastąpiła chwila ciszy spowodowanej małą konsternacją. Przesunąłem karton z plakatem do siebie i podpisałem – „Prawda w oczy kole”. Wojtek Jabłoński, szef ciechanowskiego zespołu muzycznego „Kolumbowie”, podniósł się i bez słowa uścisnął nam obu rekę, a to dużo znaczyło. Mówiliśmy nawet o dorobieniu muzyki, ale filmu żeśmy nigdy na konkurs nie wysłali, bo jak oddaliśmy go do wywołania do fotografa, to prześwietlili nam taśmę.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.
Copyright 2015 by Janusz Zalewski

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (11)

Cukiernia, to już koniec ul. Warszawskiej. Jeszcze kilka sklepów i dochodzimy do pl. Kościuszki. Ktoś mi podpowiedział, że tam jest punkt usługowy, w którym mogę się podłączyć do Internetu, a właściwie użyć komputera połączonego z Internetem. Tam więc zmierzam i po drodze przypominam sobie dawny wygląd placu, ławki w parku, postój taksówek, kino Nysa, komenda

Obiad z Mamedem

Na łamach Tygodnika Ilustrowanego postaram się podzielić z Wami czymś interesującym. Tym, co spotkało mnie podczas pracy, podróży lub po prostu napiszę o czymś, o czym warto powiedzieć innym, aby np. poprawić humor... Dziś coś na styku MMA i kuchni, czyli…OBIAD Z MAMEDEM

Powroty – poza Nadrzeczną (3)

Tym razem wchodzę do Igiełki i mówię, że chciałbym paniom pokazać swoje pośladki. Panie otwierają szeroko oczy ze zdumienia a może i z przerażenia, bo czasami może im się naprawdę trafić jakiś wariat, a ja odwracam się tyłem i ujawniam zaszytą na okrętkę dziurę w dżinsach, którą nabyłem siadając na gwoździu wystającym ze skrzyni, gdy chciałem się trochę