Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (8)

Podziel się:

Ciągle medytuję na skwerku pod pomnikiem w centrum Warszawskiej, kolesie zmienili się już ze trzy razy, a ja – napisawszy o księgarzach, zegarmistrzach i tknąwszy odrobinę fotografów, którym należy się znacznie więcej niż potraktowanie w kilku akapitach – zbieram myśli w jaki zawód by tu teraz uderzyć, i ponownie widzę kamienicę Brudnickich, a w niej kantor wymiany walut. I przypominam sobie, bo jest to zadziwiające, jak do niego trafiłem.

Otóż zdarzyło się, że miałem do wymiany większą sumę złotówek, choć nie pochodzącą z przemytu narkotyków, bo wtedy nie poszedłbym z nimi do banku, ale jednak poszedłem naiwny wymienić je do banku, którego nazwa niech pozostanie tajemnicą, gdzie oświadczono mi że, po pierwsze, bank nie ma tyle gotówki w dolarach, a po drugie, jeśli wymienię w kantorze, to będę miał korzystniejszy przelicznik. Hmm, pomyślałem sobie, że bank musi chyba sam żyć z prowadzenia jakichś ciemnych interesów, bo nie chce na mnie zarobić w sposób uczciwy.

Dodatkowo, widząc moje zawahanie i zdziwienie, bezpardonowo reklamująca kantor kasjerka z banku upewniła mnie, że pracownicy kantorów przechodzą systematycznie i obowiązkowo te same szkolenia co pracownicy banków, tak że nie powinno się mieć żadnych wątpliwości, zarówno co do ich profesjonalizmu jak i do ich uczciwości. Przemknęło mi wtedy przez myśl niedawne zdarzenie, jak wymieniałem walutę na lotnisku jednej z postsowieckich republik bałtyckich, gdzie kasjerka mówiąca z akcentem nie pochodzącym z tej republiki, próbowała coś zachachmęcić przy wymianie, i zawstydziłem się teraz sam przed sobą, że najwyraźniej używam niewłaściwych porównań. Zrobiłem więc krótkie rozeznanie w cenach walut w kantorach w okolicach ul. Warszawskiej, i znalazłem ten w kamienicy Brudnickich, który miał najmniejsze widełki między ceną sprzedaży i skupu walut, co świadczyłoby o tym, że zależy mu nie tyle na największym zysku za wszelką cenę, ale na przyciągnięciu klienta i na zdobyciu reputacji. Ta zasada najwyraźniej działa, bo po pierwszej wizycie pozostaję wiernym klientem do tej pory.

Ale zanim wstąpiłem do niego pierwszy raz, naszły mnie myśli o moich poprzednich transakcjach walutowych. Wyjeżdżając przez wiele lat, z racji obowiązków zawodowych, kilka razy do roku z Polski, musiałem siłą rzeczy znać przeliczniki i panować na wymianą złotówek i dewiz po właściwym kursie. Na początku lat 80. spędziłem parę miesięcy w Libii, pomagając Libijczykom – jak lubię żartować – w stworzeniu bomby atomowej. W istocie chodziło o pracę przy budowie reaktora atomowego w ośrodku badań jądrowych Tajura, niedaleko Trypolisu, gdzie mój instytut miał kontrakt na dostarczenie przyrządów naukowo-badawczych i aparatury kontrolno-pomiarowej, które były całkowicie skomputeryzowane, ale wymagały dostosowania do norm stosowanych u klienta.

Mimo że pracowaliśmy dzień i noc nad oprogramowaniem, zadanie to było bardzo przyjemne z powodów technicznych, bo bez względu na ściśle przestrzegane embargo i parę miesięcy wcześniejsze zbombardowanie przedmieść Trypolisu przez Amerykanów, działaliśmy na amerykańskich minikomputerach niemal najnowszej generacji, do czego przeszliśmy odpowiednie szkolenie w jednej ze stolic państw zachodniej Europy. Najciekawszym elementem naszej pracy był system operacyjny tych minikomputerów, zwany systemem czasu rzeczywistego, a więc coś takiego jak Windows lecz nie stworzony do pracy w biurach lub mieszkaniach, a zaprojektowany do zastosowań przemysłowych i skonstruowany tak, aby mógł natychmiast reagować na zdarzenia zewnętrzne, takie jak zmiany temperatury otoczenia lub wahania parametrów reaktora, co fachowo nazywa się pracą w czasie rzeczywistym, do czego Windows się kompletnie nie nadaje.

Dostawaliśmy przy tym strasznych bólów głowy, bo wykryliśmy w tym systemie operacyjnym błąd, który był krytyczny dla niezawodności oprogramowania i działania całego systemu sterowania, jako że powodowało to perturbacje przy odczytywaniu danych pomiarowych ze spektrometru i dyfraktometru neutronów, a pomiary te są podstawowe dla oceny stanu aktywności reaktora. Mówiąc najprościej, błąd polegał na tym, że przy jakiejś nieznanej kombinacji zdarzeń zewnętrznych oryginalne oprogramowanie amerykańskie zawieszało się przypadkowo na milisekundowe odstępy czasu, wskutek czego współpracujący z nim nasz program gubił niektóre wartości parametrów, co mogło powodować nieprzyjemne konsekwencje w warunkach rzeczywistej pracy reaktora. Nie mając dostępu do oryginalnego kodu systemu operacyjnego, poprawienie błędu było niemożliwe, ale udało nam się wymyślić sposób na obejście tej usterki przez zastąpienie tego błędnego fragmentu kodu systemowego, wskutek czego nasz program mógł dostarczać wszystkie dane prawidłowo.

Po powrocie do Polski napisałem raport dyskutujący wykryty problem i jego rozwiązanie i wysłałem go prezydentowi firmy Data General Corporation, która opracowała ten system operacyjny, panu o nazwisku Edson de Castro. Po dwóch tygodniach otrzymałem od niego telex, jeśli ktoś jeszcze wie, co to jest, że ich Naczelny Inżynier potwierdza dokładność mojego raportu i będzie za tydzień we Frankfurcie, gdzie chce ze mną przeprowadzić „interview”, żeby zaoferować mi pracę. W sposób zupełnie karkołomny udało mi się wydobyć prywatny paszport i kupić bilet na samolot do Frankfurtu. Dopinając skromny bagaż na niedzielny lot i planując w co się ubrać i jak się zachować podczas poniedziałkowego spotkania z Naczelnym Inżynierem, dowiedziałem się nocą z telewizji, że właśnie wprowadza się w Polsce stan wojenny. Niewiadomymi ścieżkami chodzą nasze losy.

Sam wyjazd do Libii był jednak sukcesem pod względem walutowym, choć okupiony dużym ryzykiem. Waluta libijska, w której nam częściowo płacono, była nic nie warta, więc skupowaliśmy na czarnym rynku dolary, żeby je wywieźć do Polski po zakończeniu kontraktu. Problem był jednak w tym, że robił to każdy, więc władze libijskie dokładnie wiedziały o procederze i kontrole na granicy były dokładne. Ja zrobiłem głupstwo, bo przy wyjeździe schowałem grubszą forsę w skarpetkę, a to jest pierwsze miejsce, gdzie szukają kontrabandy przy kontroli osobistej. Miałem jednak szczęście, bo przekraczałem strefę celną zaraz za kolegą o bardzo podejrzanie wyglądającej fizjonomii, więc cała uwaga celników skupiła się na nim, a ja przeszedłem bez najmniejszego uszczerbku. Kolega miał w portfelu dokładnie tyle dolarów, co zarobione legalnie, potwierdzone przez urząd pracy i wpisane do deklaracji celnej, więc wszystko skończyło się dobrze.

Zbliżam się teraz do kantoru, ale nie wiem jak nazwać właściciela. Nie chodzi mi o nazwisko, ale o zawód, coś co wpisałby do dowodu osobistego w rubryce „Zawód”, gdyby takowa istniała. Po prostu, chciałbym nazywać go jednym słowem, tak jak przedstawicieli innych zawodów, np. szewc, krawiec, fryzjer, itp., ale jakim rzeczownikiem nazwać zawód właściciela kantoru wymiany walut? Każdy, kogo pytam, odpowiada mi bez zastanowienia „cinkciarz”, no ale nie zapominajmy, że to nie te czasy, a poza tym było to określenie dość pejoratywne, brzmiące gorzej niż bym fryzjera nazwał golibrodą. Przy okazji, warto też skorygować powszechne mniemanie, że słowo „cinkciarz” pochodzi od angielskiego wyrażenia „change money”. Tak nie jest. Słowo to pochodzi od angielskiego wyrazu „chink”, który oznacza gotówkę, a dokładniej – brzęczenie monet, co podają nowsze i dokładniejsze słowniki.

Idę więc do kantoru i myślę, że sam właściciel mi podpowie, jaką nazwę ma jego zawód, więc pytam, a w odpowiedzi słyszę „elektronik”. Najwyraźniej nie zrozumiał mnie i odpowiedział jakie ma faktycznie wykształcenie. Nie powiem, było to bardzo miłe, bo okazało się że skończyliśmy ten sam wydział Politechniki Warszawskiej, tylko w różnych latach. Ja, ponieważ właśnie wróciłem z Pragi i zostały mi drobne korony, wysypałem je na stół z propozycją, że może się przydadzą w kantorze, bo mnie nie są do niczego potrzebne. Właściciel kantoru przyjął je zapewne przez grzeczność, stwierdzając przy tym: – „Następny raz, jak pan będzie tam jechał, to je panu oddam”.

Już po wyjściu z kantoru, nie wiadomo skąd wpadło mi do głowy słowo, jakim można opisać ten zawód: waluciarz – nie ma tak negatywnego zabarwienia jak „cinkciarz” i dokładnie charakteryzuje rolę zawodu. I w tym samym czasie, też nie wiadomo dlaczego, dotarło do mnie, jak ważne były w moim życiu podróże, wcale nie przez zdobywanie lub wydawanie dewiz, wcale nie przez poznawanie obcych krajów, chociaż to równie ważne. Podróże były ważne, żebym uświadomił sobie kim sam jestem. Wiąże się z tym mój pierwszy wyjazd na Zachód, właśnie na jakieś szkolenie z zakresu budowy i programowania amerykańskich komputerów, które akurat zakupił mój instytut. Po przybyciu do hotelu, rzucamy cały bagaż w kąt pokoju, i zbiegamy na dół do pubu, aby spróbować legendarnego piwa Guinness. Niecierpliwym głosem składam zamówienie: – „Poprosimy cztery piwa”. – „Zaraz, ale przecież panów jest dwóch?” – stwierdza pytającym tonem kelnerka. Wtedy po raz pierwszy, i to w tak okrutny sposób, dotarło do mnie czym jest polskość. Zamawiałem cztery piwa na dwóch, bo bałem się że zaraz go zabraknie.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.

Copyright 2015 by Janusz Zalewski

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (11)

Cukiernia, to już koniec ul. Warszawskiej. Jeszcze kilka sklepów i dochodzimy do pl. Kościuszki. Ktoś mi podpowiedział, że tam jest punkt usługowy, w którym mogę się podłączyć do Internetu, a właściwie użyć komputera połączonego z Internetem. Tam więc zmierzam i po drodze przypominam sobie dawny wygląd placu, ławki w parku, postój taksówek, kino Nysa, komenda

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (6)

Ból w skręconej na schodku stopie w zasadzie mi ustąpił, chyba od samego siedzenia i lekkiego masażu przez skarpetkę, przy czym zawsze przypomina mi się „Kompleks Portnoya”, i poczułem się znowu tak że nawet mógłbym komuś dokopać, więc rozglądam się dookoła, z ławki na niewielkim skwerku między zegarmistrzem a księgarnią, i czuję się prawie jak na rynku w Pradze,

Powroty – ulica Nadrzeczna (1)

Nazwiska kowala z Nadrzecznej chyba nikt nie znał. Mówiło się o nim, po prostu, Kowal. Biegaliśmy po lekcjach do jego kuźni, na rogu Przasnyskiej, popatrzeć jak podkuwał konie. Miał wielkie kowadło, nad którym stał z ciężkim młotem i kuł podkowy. Od czasu do czasu, odwracając się do paleniska, wkładał do niego podkowę trzymaną w ogromnych szczypcach i przyciskając