Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (9)

Podziel się:
Autor z Jerzym Olszewskim

Po wyjściu od waluciarza, czas się ruszyć w stronę placu Kościuszki, bo spędziłem za dużo czasu na i wokół skwerku z pomnikiem, ale to chyba dlatego, że jest to centralny punkt ul. Warszawskiej i wiele rzeczy i wydarzeń wokół niego się koncentruje.

Mam do odbioru leki dla mamy, więc zaczynam myśleć o aptece i o zawodzie aptekarza i łapię się na tym, że tak niewiele na ten temat wiem. To chyba dlatego że nikt mnie nigdy nie wysyłał do apteki, tak jak kowal wysyłał Uchla do browaru po piwo, a dziadek moich starszych braci do sklepu p. Chuchulskiej po oranżadę, gdy zaczynali mu za bardzo buszować po warsztacie. Choć jak głębiej się zastanowię, to jednak raz zostałem wysłany do apteki po maść na jakieś krosty, ale nigdy tam nie dotarłem, bo zgubiłem dwa złote przydzielone mi na zakup i od tej pory nikt mnie nigdy więcej po nic nie wysłał.

Znałem w życiu tylko jednego aptekarza, którego zresztą znam do dzisiaj, i to nie od strony leków, bo zapewne nigdy bym go nie poznał w aptece, lecz tak się szczęśliwie złożyło, że jako wolontariusz był trenerem żeńskiej drużyny koszykówki Żaka Ciechanów i często pomagał opiekować się zespołem koszykarskim chłopaków, gdzie ja też grałem. Jest to pan Jerzy Olszewski, którego z racji aptekarskiej działalności nazywaliśmy magistrem. Profesor Stanisław Hikiert wraz z nim mieli trudne zadanie, nie tyle wprowadzenia chłopaków w tajniki skomplikowanej gry zespołowej, ale – utrzymania w ryzach ekipy indywidualistów, dla których niełatwe i niepożądane było podporządkowanie się jakimś ogólnym regułom zachowania poza jedną wspólną ideą wygrania meczu.

Cały ten okres koszykówki w Żaku wart jest chyba nawet książki, bo tam uczyliśmy się odpowiedzialności, zdobywaliśmy ostrogi we współzawodnictwie, zawiązywaliśmy przyjaźnie, które trwają do dziś, i tam konfrontowaliśmy nasze wyobrażenia o rzeczywistości z realiami i nabieraliśmy wiedzy o świecie w ciągłych podróżach, choćby tylko do sąsiedniego powiatu, więc może kiedyś to ktoś nawet opisze, wszystkie te zwycięstwa i porażki sportowe, ale też wzloty i upadki, powiedziałbym, moralne, bo tylko wtedy taka książka byłaby ciekawa. Jeden incydent z wczesnego okresu szczególnie dobrze utkwił mi w pamięci, bo był pod wieloma względami wyjątkowy i zaważył w dużym stopniu na naszym sposobie postrzegania rzeczywistości. Wyjechaliśmy całą drużyną do Warszawy na turniej finałowy mistrzostw Mazowsza w kategorii młodzików, a było to podczas karnawału. Zakwaterowaliśmy się na terenie Akademii Wychowania Fizycznego, na Bielanach, gdzie odbywały się mecze, i nocowaliśmy całą grupą w sali gimnastycznej na porozkładanych w niej materacach.

Nieszczęście chciało, że w sąsiednim budynku mieścił się klub studencki Relax, gdzie właśnie odbywał się studencki bal przebierańców. Nam dużo nie trzeba było do przebrania, wystarczyły piżamy, getry i trampki, i żądni przygód, bo przecież dlatego graliśmy w koszykówkę, ja i Małpa, w tajemnicy przed wychowawcami, zasililiśmy we dwóch wielce rozbawiony tłum młodzieży. Sam ten fakt może nie byłby wart wspomnienia, ale w ten właśnie wieczór do tańca grał zespól Szejtany, z którym śpiewała znana nam już wtedy z wyników publikowanych w Trybunie Mazowieckiej – płotkarka, Maryla Rodowicz. Szejtany grały instrumentalne kawałki w stylu The Shadows, a Maryla śpiewała big beat, bliski piosenkom Heleny Majdaniec i Karin Stanek. Małpa nie miał żadnych kompleksów, ja też przy nim pewniej się czułem, i przetańczyliśmy z Marylą większość kawałków, których ona nie śpiewała, gdy kapela grała do tańca, siąpiąc w przerwach jakieś tanie wino z bufetu, a nikt wtedy nie pytał czy jesteśmy dorośli. Sądząc po wieku Maryli musiało to być jakieś pięćdziesiąt lat temu, choć czuje się tak, jakby to było wczoraj.

Po powrocie na nocleg ani następnego dnia przy śniadaniu, nic specjalnego się nie działo, dopiero przed pierwszym gwizdkiem, a graliśmy z Legionovią, okazało się że dwaj podstawowi zawodnicy pierwszej piątki, ja i Małpa, nie wychodzą na boisko. Małpa najlepiej z nas trafiał do kosza i miał niepobity rekord celnych rzutów, a ja byłem kapitanem zespołu i rozgrywałem piłki, więc byliśmy kluczowymi zawodnikami w grze, tak że decyzja trenerów i wychowawców była bardzo odważna i stanowiła poważny cios dla całej drużyny, bo mecz z Legionovią przegraliśmy sromotnie. I całe to zdarzenie przywodzi mi na myśl pytanie, jakie metody wychowawcze są skuteczne? Kary czy nagrody? Jak powinniśmy działać względem podopiecznych, aby osiągnąć zamierzony efekt wychowawczy, negatywnie czy pozytywnie? Napisano o tym całe książki i jest pewne że jeszcze wiele książek powstanie, ale ja wiem z doświadczenia, że na mnie najskuteczniej działało i działa wzmocnienie pozytywne, co oznacza raczej nagradzać dobre zachowanie niż karać za złe, a przy tym – budować modele dobrych zachowań, które w tych modelach przeważają nad zachowaniami złymi i absorbują je, wchłaniają, tak że złych zachowań nie widać, bo przy masie dobrych wzorcowych zachowań te złe, nie eksponowane, nie ujawniają się w ogóle. Tak też staram sie postępować jako nauczyciel akademicki przy częstych naruszeniach etyki a nawet zasad przyzwoitości wśród braci studenckiej, jak ściąganie podczas egzaminów lub dostarczanie identycznych, choć błędnych, rozwiązań prac domowych itp.

Jasne, że ta kwestia wywołuje bardziej podstawowe pytanie, do jakiego stopnia skuteczne są różne nakazy i zakazy, nie tylko w wychowaniu ale w ogóle – w życiu? Tylko, co to ma wszystko wspólnego z apteką, od której zacząłem? Powiedzmy, że chcę kupić krople do oczu, sprzedawane tylko na receptę. Mieszkam za granicą i przez nieuwagę nie wziąłem dostatecznego zapasu albo przez roztargnienie zostawiłem flakonik w hotelu po drodze, a muszę je wpuszczać co wieczór do oczu przed snem, bo w przeciwnym razie rozwija mi się choroba. Która apteka mi je sprzeda, bez recepty i z pełną odpłatnością? Będę szczęściarzem, jeśli mi to sprzedadzą w Ciechanowie, bo raz, że nie mam recepty, a dwa, że w Polsce dystrybucja tego leku obejmuje stężenie 0,3 jednostek, a mój zużyty flakonik ma napisane 0,1 jednostek.

I w tym momencie przychodzi mi do głowy kilka spostrzeżeń o aptekach. Kiedyś pierwszą myślą aptekarza było pomóc choremu. A teraz, pomoc choremu jest odsunięta na dalszy plan, bo apteka jest najwyraźniej przedsiębiorstwem komercyjnym, a w handlu obowiązuje zasada, żeby sprzedać i zarobić. Byłoby to, jednak, pół biedy, bo czy chcemy czy nie, podporządkowujemy się zasadom kapitalizmu, szczególnie gdy zależy nam na własnym zdrowiu. Jednakże, muszę tu wprowadzić małą poprawkę, bo obecnie pierwszą myślą aptekarza jest nawet nie to, żeby sprzedać, a wręcz to, żeby nie sprzedać! Dziwne? Tak, ale prawdziwe. Aptekarz, mając liczne uwarunkowania prawne, myśli najpierw, jaki znaleźć powód, żeby klient nie mógł otrzymać towaru w postaci leku. Tak jest ze mną, kiedy chcę kupić krople bez recepty, to nie sprzedadzą mi ich w stężeniu 0,3 jednostek, bo ciechanowska apteka wie lepiej, co mogę brać a czego nie, więc muszę po to jechać do Przasnysza. Dopiero kiedy tych negatywnych powodów zabraknie, to apteka sprzedaje towar. Tak więc, apteka jest najpierw urzędem, potem punktem handlowym, a dopiero na sam koniec, jeśli w ogóle starczy na to cierpliwości, służy pomocą choremu. Nie ma co temu zaprzeczać, bo tak to wygląda z pozycji klienta.

Zbyt często zapominamy jednak, i ta uwaga odnosi się nie tylko do aptek, że prawo jest tylko jednym z determinantów ludzkiego działania, i nigdy nie jest absolutne, aczkolwiek w zamierzeniu obejmuje i stosuje się do 100 proc. przypadków, i ci co to prawo tworzą i egzekwują bardzo by chcieli, aby było absolutne. Ale tak nie jest. Warto więc sobie uświadomić, że oprócz prawa, ludzkie działanie jest determinowane przez inne czynniki, do których zaliczyłbym przede wszystkim – zdrowy rozsądek.
Zmierzam więc do apteki na ul. Warszawskiej, nieopodal Urzędu Skarbowego, w której dominuje zdrowy rozsądek i życzliwość dla klienta. I myślę o tym, jakie są inne pozaprawne czynniki determinujące ludzkie zachowania. Najłatwiej dostrzec je w sferze polityki, gdzie jednym z nich jest niewątpliwie tradycja i przychodzi mi na myśl przykład Irlandzkiej Armii Republikańskiej, bez której, postępującej według tradycji ale wbrew brytyjskiemu prawu, Irlandia nigdy nie uzyskałaby niepodległości. Kolejnym takim czynnikiem jest religia i wiara. Bardzo nam to odpowiada, gdy myślimy religijnie w Polsce i w Ameryce, ale niewygodnie jest nam jak inni kierują się przesłaniami religijnymi, więc może warto zastanowić się nad prawdziwą motywacją wyznawców islamu w licznych współczesnych konfliktach? Zostawiam jednak ten temat w spokoju, bo bardzo łatwo byłoby tu wejść na wysokie C.

Wychodząc z wiadomej apteki, gdzie zostałem obsłużony wręcz wzorowo, z kulturą i uśmiechem, włącznie ze zwrotem 50 gr, które nadpłaciłem poprzednim razem, zastanawiam się, czy p. Olszewski, mimo swoich dziewięćdziesięciu lat z okładem, nie mógłby otworzyć w Ciechanowie tak potrzebnego punktu konsultacyjnego obsługi klienta, przeznaczonego dla wyedukowania w tej dziedzinie aptekarzy i aptekarek, czyli pań pracujących w aptekach, do czego potrzeba człowieka takiego jak on, o wyjątkowo wysokiej kulturze osobistej, co widać nie tylko w bezpośrednim kontakcie, ale nawet jak się czyta z nim rozmowę, np. tę opublikowaną w Ciechanowskich Zeszytach Literackich nr 12/2010, po której poprosiłem p. Jerzego, aby podjął się społecznego zadania, żeby wyprostować mnie samego, abym niepotrzebnie nie denerwował aptekarzy.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.
Copyright 2015
by Janusz Zalewski
Kontakt z autorem:
ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Lager miodowy – polska specjalność

Kiedy spotykamy się ze znajomymi na prywatce w domu lub na spotkaniu w lokalu, to gdy przychodzi do wyboru piwa dla wszystkich przybyłych, to często jest tak, że mówimy, iż mężczyźni wybierają piwa męskie, czyli te charakteryzujące się dość wysoką goryczką, a kobiety te kobiece, czyli słodkie. Oczywiście nie do końca ma to odzwierciedlenie w rzeczywistości, ale cos w tym

Obiad z Mamedem

Na łamach Tygodnika Ilustrowanego postaram się podzielić z Wami czymś interesującym. Tym, co spotkało mnie podczas pracy, podróży lub po prostu napiszę o czymś, o czym warto powiedzieć innym, aby np. poprawić humor... Dziś coś na styku MMA i kuchni, czyli…OBIAD Z MAMEDEM

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (6)

Ból w skręconej na schodku stopie w zasadzie mi ustąpił, chyba od samego siedzenia i lekkiego masażu przez skarpetkę, przy czym zawsze przypomina mi się „Kompleks Portnoya”, i poczułem się znowu tak że nawet mógłbym komuś dokopać, więc rozglądam się dookoła, z ławki na niewielkim skwerku między zegarmistrzem a księgarnią, i czuję się prawie jak na rynku w Pradze,