Powroty – ulica Nadrzeczna (1)

Podziel się:
fot. Tygodnik Ilustrowany, 1927 r.

Nazwiska kowala z Nadrzecznej chyba nikt nie znał. Mówiło się o nim, po prostu, Kowal. Biegaliśmy po lekcjach do jego kuźni, na rogu Przasnyskiej, popatrzeć jak podkuwał konie. Miał wielkie kowadło, nad którym stał z ciężkim młotem i kuł podkowy. Od czasu do czasu, odwracając się do paleniska, wkładał do niego podkowę trzymaną w ogromnych szczypcach i przyciskając stopą miechy dmuchał w rozżarzone węgle, rozpalając je jeszcze bardziej, żeby podkowa łatwiej poddała się obróbce, po czym powracał do kowadła wykuwając w niej potrzebny kształt. Potem wkładał podkowę do wanny z zimną wodą, żeby się zahartowała, czego znaczenia dobrze nie rozumieliśmy, ale okrutnie podobało nam się jak woda syczała i parowała pryskając spod rozpalonej podkowy. Wreszcie, podnosząc koniowi nogę, pasował podkowę do kopyta i mocował wbijając w nią uprzednio przygotowane hufnale.

Mogliśmy tak stać przez godzinę i patrzeć, jak kowal z terminatorami uwijali się przy podkuwaniu. Działo się to najczęściej w dni targowe, wtorek i piątek, kiedy do kowala podjeżdżali kolejni chłopi furmankami i wyprzęgali z nich konie do podkucia, a konie rżały, trzęsły grzywami i posłusznie poddawały się czynnościom kowalskim, unosząc kopyta, czasem też wierzgając, co powodowało wybuch złości u kowala i stek wulgaryzmów. W ten sposób uczyliśmy się przeklinać. Czekaliśmy przy tym niecierpliwie na zużyte podkowy, aby je złapać w locie wyrzucane przez kowala na złomowisko i popędzić do domu, żeby przybić je w progu na szczęście, skąd zrywały je nasze matki i przeganiały nas ścierką.

Przed budynkiem kuźni stał też kierat, do którego kowal zaprzęgał konia, a gdy ten ruszył, to puszczał w ruch jakąś tajemną maszynerię, gdzieś we wnętrzu kuźni, dokąd nie mieliśmy dostępu. Kierat kręcił się w kółko przez jakiś czas, we wnętrzu kuźni coś zgrzytało i terkotało, aż wreszcie któryś z terminatorów wynurzał się z czeluści i wynosił metalową obręcz do koła. Wtedy kowal zostawiał podkowy i zajmował się nasadzaniem obręczy na drewniane koło, rozgrzewając ją prawie do czerwoności na palenisku i nabijając szybko na drewno.

Furmanki z końmi podjeżdżały i odjeżdżały, a my siedzieliśmy tak na kamieniach i na pieńkach, z otwartymi ustami, obserwując kształtowanie podków, podkuwanie koni i kucie obręczy. Czasami, ale to w dni nie targowe, kiedy ruch był mniejszy, podjeżdżał wóz do rozwożenia węgla ciągnięty przez dwa wałachy, też do podkucia. Wałachy parskały, prychały, sapały, ale stały spokojnie czekając na swoją kolej. Każdy z nas znał już to na pamięć, kiedy jaka czynność będzie miała miejsce, ale wszyscy czekaliśmy cierpliwie z nadzieją na pojawienie się naszego ulubionego pojazdu, którym była bryczka, z zaprzężoną w nią piękną klaczą, kasztanką.

To był nasz ulubiony koń. Uwielbialiśmy podziwiać jej wysmukłą postawę, z lekko poruszającym się zadem, jak szła stępa wyprzężona z bryczki. Była całkowicie spokojna, jakby obłaskawiona dama, i pozwalała nam dotykać swojej błyszczącej sierści, ogona związanego w supeł, którym machała opędzając się od much, i grzywy splecionej w warkocze. Uwielbialiśmy też naśladować ruch jej nozdrzy i chrapów, jak stangret karmił ją cukrem. Jak uświadomił nas jeden z terminatorów kowala, bryczki prowadzili stangreci, w przeciwieństwie do furmanów prowadzących furmanki i – woźniców prowadzących wozy do przewozu węgla.

Zadziwiające, że klacz nigdy nie przyjeżdżała do podkucia, a przynajmniej nikt z nas jej podkuwanej nie widział. Była w niej jakaś przedziwna niewinność i cnota, że nie można jej było zobaczyć w akcie podkuwania, bo oznaczałoby to coś w rodzaju końskiego in flagranti. Zazwyczaj bryczka pojawiała się u kowala z zupełnie innego powodu, na przykład, przywożąc złamaną oś, albo po odbiór gotowej obręczy. W onieśmieleniu, nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby zapytać skąd się ta bryczka wzięła, kto był jej właścicielem. Taka enigma.

Wreszcie, po długim oczekiwaniu, stawało się to, na co wszyscy liczyliśmy i czekaliśmy, głośno o tym nie mówiąc. Kowal przerywał robotę, ocierał pot z czoła, spluwał przed siebie albo smarkał na boki i kiwał na jednego z nas, cedząc przez zęby: „Chocie no tu, jak ci tam”. Na ogół, tym przyzywanym był najstarszy z nas o przezwisku Uchel, bo nauczycielka w podstawówce ciągnęła go ciągle za uszy za nieposłuszeństwo. Uchel zrywał się z kamienia, podbiegał do kowala, ten wyciągał dwa złote z kieszeni i już wszyscy wiedzieliśmy o co chodzi i byliśmy gotowi do biegu. Uchel chwytał dwa złote w locie, ściskał je w garści i nie oglądając się za siebie wybiegał pędem w kierunku drugiego końca Nadrzecznej, do browaru, po piwo dla kowala.

Jasne, że piwo można było kupić w sklepie, w Rynku, u pani Chuchulskiej, gdzie sam je kupowałem dla dziadka, ale raz, że było to piwo w butelkach, a dwa że było to piwo ciepłe. Kowal był w zmowie ze stróżem z browaru, który je trzymał specjalnie dla niego schłodzone i to nie w butelce lecz – w kance. Kanka była metalowa, więc żeby zapobiec ogrzaniu się piwa po drodze z browaru, była wkładana do specjalnej torby, zrobionej z filcowego buta. Była własnością stróża, więc trzeba było ją odstawić po konsumpcji, niekoniecznie tego samego dnia, ale za to dokładnie wymytą. Wszystkie te czynności wykonywał pilnie Uchel, do którego kowal miał jakąś słabość, ale my wszyscy, Rykus, Lacha, Fiodra, Szymel, Burza, Sokół i paru innych kolesiów, też mieliśmy przy tym ogromną frajdę.

Browar znajdował się na drugim końcu Nadrzecznej, zaraz obok elektrowni, chociaż urzędowym adresem była ulica Kilińskiego, ale nie było sensu nad tym się zastanawiać, bo dla nas był to jeden wielki ciąg przygód. Żeby dotrzeć do browaru, trzeba było przebiec obok kilku innych ważnych puntów rozłożonych wzdłuż całej ulicy. Przede wszystkim biegło się przez tzw. Plac. Nie był to żaden plac w znaczeniu zabudowanego terenu lecz zwykłe bezpańskie pole zarośnięte chwastami, ale dla nas święte, bo graliśmy na nim w palanta. Po pokonaniu sporego dystansu przez plac, przebiegaliśmy obok wielorodzinnego budynku zwanego „U Kalfusa”, od nazwiska przedwojennego właściciela, i wybiegaliśmy prosto na bruk Nadrzecznej. Można było tam nieźle skręcić nogę w kostce, jeśli się krzywo stanęło lub jeśli noga obsunęła się na kamieniu.

Do budynku Kalfusa przylegała piekarnia, gdzie matki wysyłały nas po chleb, a po przebiegnięciu piekarni, biegło się obok magazynów MHD i położonego naprzeciwko starego młynu. Od młyna było tylko parę kroków do kaszarni, oddzielonej ledwie jednym budynkiem i podwórzem od elektrowni, za którą, po przebiegnięciu ulicy prowadzącej na most, był już browar. O ile ja byłem bardzo wysportowany i biegałem może nawet najszybciej z całej paki, to dużym problemem było dla mnie dobiec do browaru, dlatego że musiałem przebiec obok własnego domu, skąd często wyłapywała mnie po drodze matka, bo miałem surowo zabronione występować w wymienionym towarzystwie. Tak więc, rzadko docierałem do celu i długo nie było mi dane poznać smaku ciechanowskiego piwa, a musiałem się obyć reklamą browaru z plakatu wiszącego w warsztacie u dziadka.

CDN…

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Po Salonie Poezji bitniczek w Teatrze Polskim

Salon poezji 8. marca by trzecim z kolei w ciągu ostatnich trzech lat, którego byłem animatorem. Dwa poprzednie odbyły się w listopadzie 2012 i 2013 roku, zatytułowane, odpowiednio: „Bitnicy: Ginsberg contra Bukowski” i „Magiczna polskość: poezja polskich Amerykanów”. Relacje fotograficzne z obu wydarzeń są dostępne na stronie internetowej Teatru, w dziale

Powroty – ulica Nadrzeczna (8)

Nieoczekiwana przygoda we młynie przyprawiona erotycznym ekscesem z Bronką, która poddawała się zalotom młynarzy, tak mną wstrząsnęła, że wybiła mnie w ogóle z życiowego rytmu, który polegał na szkole, odrabianiu lekcji, czytaniu encyklopedii od A do Z, takimże czytaniu słownika języka angielskiego, okazyjnej grze w palanta, zamiataniu ulicy za karę, przyglądaniu się

3, 2 , 1… i co dalej?

2015 rok zaczął swój 13 dzień (nomen omen). Postanowienia noworoczne podjęte. Zaczyna do nas dochodzić ogrom pracy potrzebnej do osiągnięcia założonego celu. Dla wielu osób jest to moment, w którym okazało się, że chcieli ugryźć za duży kawałek ciastka (a technicznie rzecz biorąc nie ugryźć go w ogóle).