Powroty – ulica Nadrzeczna (2)

Podziel się:
fot. Archiwum Autora

Kiedy matka wyjmowała mnie z grupy biegnących do browaru po piwo dla kowala, zatrzymywałem się i zawracałem w pół drogi. Szedłem w kierunku domu ze spuszczoną głową, powłócząc nogami. Ku mojemu szczęściu, przed domem zwykle siedział na progu lub na krawężniku i czekał na mnie Henio, jedyny chłopak z Nadrzecznej, z którym matka pozwalała mi się bawić. Taki był dobrze ułożony, że nie miał nawet ksywy, jak wszyscy inni z ulicy. Ojciec Henia był urzędnikiem w bazie samochodowej MHD, czyli Miejskiego Handlu Detalicznego, mieszczącej się też przy Nadrzecznej dokładnie naprzeciwko domu moich dziadków. Tamże, w mieszkaniu służbowym, mieszkał Henio wraz z całą rodziną.

Henio był o rok starszy ode mnie, a na dodatek miał przywilej przestawania z kierowcami z bazy, i z tej racji posiadł już wszystkie tajemnice życia, które mnie dopiero dane było zgłębić. Był więc dla mnie autorytetem i lubiłem z nim się zadawać i – ku zadowoleniu mojej matki – w jego towarzystwie zwykle szybko zapominałem o hałastrze chłopaków spod kuźni. Baza robiła na mnie niebywałe wrażenie wszelkimi rodzajami ciężarówek, jakie tam garażowały. Były to przede wszystkim stary, ale też pojedyncze tatry, biełazy, many, i inne, których nazw nie pamiętam. Ich przeogromne koła, przepotworne silniki, przepastne naczepy, gdzie właziliśmy pod plandekę bawić się w chowanego, nawet stopnie, po których wspinaliśmy się zaglądając do szoferek, gdzie magiczne wskaźniki i liczniki zapierały nam dech w piersiach, wszystko to było jednym czarodziejskim i tajemniczym światem, nawet jeszcze bardziej pociągającym niż kuźnia i jej niezmierzone atrakcje. Na dodatek, w obrębie bazy, było też coś w rodzaju składu zbędnych mebli sklepowych, takich jak połamane lady, które mój dziadek nazywał kontuarami, półki, szuflady, stojaki, krzesła, stołki i inne przedmioty, których przeznaczenia nie byłem w stanie ustalić.

Henio czekał na mnie nie bez powodu. Z tajemniczą miną, kiwnął głową, żebym za nim podążył na drugą stronę ulicy, a jak przeszliśmy przez bramę do bazy, która była ściśle strzeżona, ale ja miałem wstęp ze względu na Henia, poprowadził mnie do swojej skryjdy w jednej z lad sklepowych, piętrzących się jedna na drugiej do wysokości dachu baraku z biurami. Miał tam niezłą kolekcję przeróżnych skarbów, głównie związanych z konsumpcją alkoholu, jak butelki od wódki i wina, korki, najprzeróżniejsze etykietki, ale największe wrażenia robiły na mnie kapsle od butelek po piwie. Kapslowanie butelek nie było jeszcze wtedy tak powszechne, więc kolekcje kapsli musiały należeć do rzadkości. Henio był jednak uprzywilejowany z tej racji, że kierowcy przywozili z trasy na bazę wszelkiego rodzaju piwa, tam je otwierali i wypijali po fajrancie. Butelki zanosiliśmy do skupu, ale część z nich była niewymiarowa i skup ich nie przyjmował, więc zostawały. Kapsle zbierał Henio i magazynował w skryjdzie.

Zaczęliśmy się wdrapywać na najwyższe piętro. Po dłuższym przedzieraniu się przez drzwiczki i przegrody w ladach, okazało się, po co Henio mnie tam zawlókł. Z pudełka po butach, w którym trzymał swoje największe skarby, wyciągnął dwie – jak wtedy mówiliśmy – fajki, czyli pokaźne pety o długości prawie całego papierosa. Po bazie walało się mnóstwo petów, wyrzucanych przez kierowców, ale pośród różnych skarbów o większej wartości, jak pudełka po papierosach amerykańskich, czasami całe papierośnice, torebki po tytoniu, parafenalia do robienia skrętów, itp., nie zwracaliśmy większej uwagi na niedopałki. Lecz tym razem były to dwa autentyczne palmele. Poznaliśmy je po tym, że miały oryginalne filtry z nadrukiem PallMall.

Henio zapalił zapałkę, zajarał palmela i podał go mnie, żebym się zaciągnął. Przerażony wziąłem go w cztery palce, ale Henio skarcił mnie za to i pokazał, jak się fachowo trzyma palmela dwoma palcami. Wziąłem go więc ponownie w palce i wcisnąłem sobie między wargi. Wciągnąłem dym z papierosa do ust i wypuściłem go nosem. Henio nie mógł się powstrzymać od śmiechu. Ujął mnie palcami za nos, zacisnął mi dziurki i polecił ponownie wciągnąć dym. Zrobiłem to i poczułem w płucach jakiś niezidentyfikowany bliżej rodzaj wibracji. Wypuszczając dym zacząłem mocno kasłać i w tym samym momencie usłyszałem dobiegający z dołu stanowczy głos matki Henia, żebyśmy natychmiast schodzili, bo przyszła po mnie moja mama. Zapomniałem, że tego popołudnia byłem umówiony do spowiedzi. Zanosząc się od kaszlu, sturlałem się po ladach w dół, prosto pod piorunujący wzrok mojej matki. Tego wieczoru ojciec spuścił mi takie manto, że od tamtego czasu do dnia dzisiejszego nie wziąłem papierosa do ust.

Ale lanie od ojca, to nie był koniec kary. Jako pokutę dostałem polecenie posprzątania ulicy przed domem. Było tak zawsze po dniu targowym, kiedy walały się tam śmieci, zwierzęce odchody i pozostałości po przyjezdnych, ale też resztki pomyj wylewanych przez mieszkańców na ulicę, bo domy nie miały kanalizacji. Wyciągałem więc łopatę, miotłę i szufelkę, o ile na mnie już nie czekały, i zmiatałem to wszystko, a głównie końskie łajno. Nie ma nic atrakcyjnego w zamiataniu gówna, szczególnie gdy ulica jest brukowana i akurat spadł deszcz. Ale ja miałem silną motywację, bo brutalnie docierało mi do świadomości ostrzeżenie mojego dziadka: „Ucz się synu, bo jak się porządnie nie wykształcisz, to będziesz do końca życia ulicę zamiatał”.

Ponieważ robiłem to nie pierwszy raz, miałem opracowaną technikę zamiatania. Zamiatałem ulicę odcinkami, jak przy odśnieżaniu. Posuwałem się kilka metrów do przodu, zmiatając brud na boki i zbierając go szufelką albo łopatą, po czym siadałem na krawężniku, żeby odsapnąć, i obserwowałem przez dłuższą chwilę, co się działo na ulicy, i brałem się znowu do roboty. Ulica była dość ruchliwa i nierzadko działo się na niej coś ciekawego. Na przykład, pojawiał się ze swoim wózkiem Józek, który zbierał złom.

Józek był chudym mężczyzną niewysokiego wzrostu, dość niechlujnie ubranym. Nikt nie wiedział, ile dokładnie miał lat, taki był zaniedbany. Był lekko upośledzony, ale bardzo sprawny fizycznie. Szedł zaprzęgnięty do wózka na dwóch kółkach, ciągnąc go na szelkach, i krzyczał „Złom skupuję! Szmaty zbieram i papier! Złom skupuję!” Nazywaliśmy go „koń który mówi”. Józek zatrzymał się przy mnie i widząc moją nietęgą minę powiedział, że za piątkę zamiótłby za mnie ulicę następnym razem. Od razu mi się przypomniało, że to jego mógł mieć na myśli mój dziadek, łącząc niepowodzenia w nauce z profesją zamiatacza.

Po dłuższej chwili, przy kolejnym odpoczynku, dał się słyszeć przenikliwy dźwięk obręczy toczących się po kamieniach. To Rykus i Sokół pędzili popychając dumnie kijami swoje nowe koła rowerowe, które właśnie znaleźli na śmietniku. Obręcze błyskały odbitymi promieniami popołudniowego słońca. Co było ważne i rzadkie, to oba koła miały jeszcze kilka szprych, co nadawało im większą stabilność i zwiększało szanse wygrywania wyścigów, które organizowaliśmy co niedziela, po powrocie z kościoła. Ulica była wtedy pusta i można było się wyszaleć bez obawy bycia potrąconym przez jakiś pojazd. Oddałem obręczom należny szacunek i zacząłem znowu machać miotłą. Ale nie na długo.

Kończyłem ostatni odcinek zamiatania, dochodząc do granicy z młynem, kiedy pojawiła się fura pełna buraków cukrowych ze stojącym na niej i ciężko przeklinającym furmanem. Fura miała gumowe koła, więc nie było jej specjalnie słychać, jak się zbliżała, mimo że odgłos kopyt końskich stukających o bruk dochodził z daleka. Przestałem na chwilę zamiatać i podniosłem głowę wyżej. Zapieniony furman z furią śmigał i wywijał batem w kierunku tylnych kół, a Fiodra z Lachą, biegnąc za furą, trzymali w rękach długie kije z wbitymi na końcach gwoździami, utykali je w buraki z końca fury i zrzucali na bruk. Odsunąłem się w kierunku domu, żeby nie zarobić batem. Widząc mnie, obaj zatrzymali się ze śmiechem a fura popędziła dalej. Lacha wyciagnął zza pazuchy wymiętoszony egzemplarz przedwojennego wydania „Naokoło Świata” otwarty na reklamie Browaru Ciechanowskiego, z tęgim jegomościem popijającym z litrowego kufla, z którego przelewała się piana, i powiedział: „W darze od Onufrego Zagłoby dla zakładu szewskiego pana Antoniego”. – „Z pełnym szacunkiem” – dodał Fiodra. Wiedzieli, że w warsztacie mojego dziadka wisiała podobna reklama.

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Powroty – ulica Nadrzeczna (3)

Po incydencie w bazie samochodowej, Henio też popadł w niełaskę u mojej mamy, więc nudziłem się jak mops zbijając bąki w ogrodzie dziadków, bo na dodatek dostałem „zakaz opuszczania koszar”. Ogród rozciągał się od ulicy do samej rzeki i sam w sobie stanowił znaczną atrakcję, ze względu na jabłka papierówki i antonówki, śliwki węgierki i gruszki klapsy i inne

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (10)

Z apteki kierunek jest już tylko jeden – cukiernia „Staropolska”. Bardzo lubię do niej chodzić, lecz zawsze czynię to z obawą, że dam się naciągnąć na jakieś słodycze lub inne smakołyki, bo szczególnie uwielbiam rurki z kremem, lecz nie jadłem ich już parę lat, odkąd stałem się weganinem.

Powroty – poza Nadrzeczną (1)

Ulica Nadrzeczna miała własną i niepowtarzalną atmosferę, ze swoimi przeróżnymi zakładami, domami i ludźmi, których pamięta się na zawsze i odpowiednio często do nich wraca. Ale Nadrzeczna, mimo swojego mikroklimatu i niezwykłej atmosfery, nie była jedyna w tym mieście. Małemu szczeniakowi nie było jednak dane doświadczać zbyt wielu przygód na innych ulicach, mimo że