Powroty – ulica Nadrzeczna (3)

Podziel się:
Kamienica Kalfusa, autor: Marek Zalewski

Po incydencie w bazie samochodowej, Henio też popadł w niełaskę u mojej mamy, więc nudziłem się jak mops zbijając bąki w ogrodzie dziadków, bo na dodatek dostałem „zakaz opuszczania koszar”. Ogród rozciągał się od ulicy do samej rzeki i sam w sobie stanowił znaczną atrakcję, ze względu na jabłka papierówki i antonówki, śliwki węgierki i gruszki klapsy i inne niżej rosnące owoce na krzakach. Ku niezadowoleniu mojej babki, częste i nieuprawnione wizyty w tym ogrodzie składali moi koledzy z ulicy, czasami rozcinając siatkę. Właśnie przez taką dziurę w siatce wydostałem się na sąsiednią posesję, która należała do młyna, a przynajmniej była do niego przyległa.

Na tym terenie stała pokaźnych rozmiarów stodoła, która służyła za magazyn zboża przywożonego na przemiał. Ale dla nas, ta stodoła było obiektem o zupełnie innym przeznaczeniu. Po prostu, biegaliśmy na wyścigi dokoła stodoły – na wytrzymałość, jak się mówiło, kto przebiegnie więcej okrążeń bez odpoczynku. Sto okrążeń było normą, która nobilitowała biegacza i wróżyła mu, jak wierzyliśmy, olimpijska karierę. Był to jeden z niewielu sportów, poza toczeniem obręczy i grą w palanta, które namiętnie uprawialiśmy, bo nie wymagał żadnego ekwipunku – można było biegać na bosaka. Tym razem jednak, chłopacy, tak właśnie się mówiło – „chłopacy”, zapadli się jakby pod ziemię. Były tylko dwie możliwości, żeby ich znaleźć, albo siedzieli u kowala, albo grali w palanta na placu. Ponieważ była niedziela, to wizyta u kowala odpadała. Udałem się więc na plac, tyle że musiałem przejść na czworakach poniżej okien naszego domu, żeby szanowna matula mnie znowu nie przyuważyła, że opuszczam domostwo i udaję się w rajzę, jak mówił ojciec.

Plac – swoją niezmierzoną dla nas przestrzenią – rozdzielał kowala od kamienicy Kalfusa, więc doszedłem do kamienicy, wyjrzałem za róg, czy nie ma nikogo na placu, ale plac był pusty. Zrezygnowany usiadłem na krawężniku przed budynkiem i zacząłem rozmyślać, co też mogło się wydarzyć że wszyscy nagle poznikali.

Kamienica była jednym z kilku wyjątkowych obiektów na Nadrzecznej i chyba jednym z najbardziej historycznych. Wtedy o tym nie wiedzieliśmy, a nawet jeśli ktoś wspomniał, to nikogo to nie obchodziło – przed wojną była w niej szkoła żydowska. Tak opisuje to Nachman Grosbard we wspomnieniach opublikowanych w książce o ciechanowskich Żydach „Yiskor-bukh fun der Tshekhanover Yidisher kehile” (red. A. Wolf Jasny, Tel-Aviv, 1962, jęz. jidisz i hebrajski; tłum. angielskie opublikowano w 2013 r. – ISBN 978-1-939561091; na Internecie jest pod adresem: http://www.jewishgen.org/yizkor/Ciechanow/Ciechanow.html).
„Pamiętam tę ulicę tak dobrze, bo była tam siedmioklasowa szkoła powszechna dla dzieci żydowskich, z polskim jako językiem wykładowym. Przez cały dzień wrzało w niej jak w ulu. […] Szkoła mieściła się w dużym dwupiętrowym budynku. Pokoje były bardzo jasne, ale ich zatłoczenie było jeszcze większe i zajęcia prowadzono na dwie zmiany.”

O znaczeniu populacji żydowskiej w historii Ciechanowa dowiedziałem się w przedziwny sposób i to bynajmniej nie w samym Ciechanowie ani nawet nie w Polsce. W latach studenckich wybrałem się z kolegą do Monachium, gdzie krzewiliśmy przyjaźń polsko-zachodnioniemiecką i dorabialiśmy pracując przy przeładunkach, otrzymując robotę z tamtejszej spółdzielni studenckiej. Moim kompanem był przyjaciel ze studiów, Andrzej T., ksywa Tierena, bratanek szanowanego ciechanowskiego prałata i brat znanego w Ciechanowie dentysty. Mieszkaliśmy w niezwykłym miejscu pod Monachium, dokąd można było dojechać miejskim tramwajem, które nazywało się Kapuzinerhölzl i posiadało olbrzymi namiot, o pojemności jakieś 300 osób, które zupełnie za darmo mogły tam nocować przez całe lato. Płaciło się tylko za materac i pościel, jeśli się takowych nie miało.

To przedziwne zdarzenie polegało na tym, że siedzimy sobie kiedyś przed tym namiotem z Tiereną, popijamy jedno z monachijskich piw produkowane przez tamtejszych mnichów, nie pamiętam dokładnie, Augustiner lub Franziskaner podtrzymując dobrą ciechanowska tradycję i rozmawiając o podbojach sercowych z przemiłymi Amerykankami z Kalifornii, które – ze względu na ich złote zęby – początkowo wzięliśmy za Meksykanki, gdy podchodzi do nas para młodych ludzi i pytają, czy jesteśmy z Nowej Zelandii? Duże zdziwienie z naszej strony, bo czyżby nasz angielski był taki nowozelandzki? Więc odpowiadam, że nie, ale chcę wiedzieć skąd to przypuszczenie? Odpowiedź brzmiała: – „Bo pijecie piwo tak wcześnie rano, jak tylko tam to robią!” Była godzina 5:30 letnią porą i już było w pełni widno, więc dlaczego nie zacząć dnia od piwa – odpowiedziałem.

Młodzi przybysze właśnie dotarli do Monachium pociągiem prosto z Paryża i wybierali się obejrzeć KL Dachau, ale przyjęli zaproszenie i na chwilę dołączyli do nas, żeby zregenerować piwkiem siły. Od słowa do słowa, okazało się że pochodzą z Tel-Awiwu, a zadającym pytania był nasz rówieśnik o nazwisku Asher Landau. Nigdy nie zapomnę jego szeroko otwartych oczu i ust, i dygoczących policzków, gdy na pytanie skąd w Polsce przybywamy, odpowiedziałem, że z Ciechanowa. Po opanowaniu szoku, wyjaśnił nam, że właśnie tam mieszkali jego dziadkowie i tamże urodzili się jego rodzice. To on opowiedział nam historię przedwojennego Ciechanowa, jaką znał z przekazów rodzinnych, i sam z nieukrywaną ciekawością słuchał, co my mieliśmy do powiedzenia o współcześnie znanych nam miejscach. Wtedy też dowiedzieliśmy się o istnieniu słowa, którego wcześniej nie słyszeliśmy albo nie zwracaliśmy na nie uwagi – semityzm.

No więc, siedzę sobie na krawężniku i rozmyślam nad tym, gdzie może być ta cała hałastra, jak mówiła o nich moja babka. Wtem, nie wiadomo skąd pojawił się Kulas, który nosił to okrutnie bezlitosne przezwisko, bo przeszedł w dzieciństwie chorobę Heinego-Medina, co nazywaliśmy po prostu heinemediną. Kulas był trochę od nas starszy, ale ponieważ nie mógł biegać ani skakać i kiepsko rzucał, zawsze od nas odstawał i pędził żywot samotnika.
Miał w ręku wyjątkowy przysmak, którym się delektował – chleb z cukrem. Była to kromka chleba nawilżona herbatą lub wodą i posypana grubą warstwą cukru. Natychmiast wymamrotałem: – „Daj gryza…” Kulas nigdy nie miał specjalnej chęci dzielić się swoim dobytkiem, ale pamiętał, że często przychodziłem na plac z butelką po piwie pełną wody z sokiem, który robiła z malin lub z porzeczek moja babka. Chcąc nie chcąc, wyciągnął rękę w moją stronę i pozwolił mi ugryźć spory kęs.

Kulas też nie wiedział, gdzie mogła się podziać cała gawiedź. Gdy już posmakowaliśmy chleba z cukrem, a smakować było co, bo dostałem jeszcze jednego gryza, Kulas wyciągnął z kieszeni procę. Telefonu komórkowego jako procy użyć nie można, więc warto wyjaśnić, że proca to niewielkie trójkątne widełki, z drewna, metalu lub z jakiegoś innego sztywnego materiału, z przymocowaną do nich rozciągliwą gumową taśmą, która po napięciu wyrzuca kamyk z prędkością wystarczającą na to, aby uderzając zrobić komuś krzywdę lub wybić szybę w oknie.

Właściwie każdy z nas, w owym czasie, miał procę i strzelał z niej do różnych celów, najczęściej do ptaków, ale Kulas, z racji swojej ułomności – ponieważ nie mógł w pełni uczestniczyć w innych zabawach i grach wymagających sprawności fizycznej – wyspecjalizował się nie tylko w strzelaniu z procy, ale też w wytwarzaniu coraz to lepszych modeli. Model, który mi teraz pokazywał, miał widełki ze szprychy rowerowej, najwyraźniej zmodyfikowanej przez kowala, po to żeby zwiększyć ich sprężystość i nadać większość prędkość, a więc większy pęd, wyrzucanemu kamykowi. Pochwaliłem, że proca jest zajebista i dotknąłem z uznaniem połyskujących widełek. Kulas nie pozwolił mi z niej strzelić, natomiast sam pospiesznie zademonstrował jej skuteczność trafiając w czubek słupa telegraficznego i rozbijając bakelitowy izolator.

Natychmiast cofnęliśmy się w popłochu do bramy u Kalfusa. Była niedziela, więc ulica jak i miasto były w stanie uśpienia i nikt specjalnie nie zareagował na ten akt wandalizmu. Ale postanowiliśmy, przynajmniej na razie, z bramy nie wychodzić. Ale co robić w bramie? Mimo, że miała kilkanaście metrów długości, na przestrzał całego budynku, była po prostu przelotowym korytarzem, bez żadnych atrakcji wewnątrz. Zajrzeliśmy w podwórze. Pies Karuś pastwił się nad jakąś poobiednią kością. Ołtarzyk Matki Boskiej stał bez zmian wbudowany w ścianę od piekarni, ozdobiony świeżymi kwiatami i ogrodzony niewielkim płotkiem, pomalowanym na zielono. W oficynie, w otwartych oknach stały w doniczkach pelargonie i powiewały na wietrze firanki. Z radioodbiorników dobiegał donośny głos Jana Kiepury. Leniwe niedzielne popołudnie.

Cofnąłem się do bramy i rozejrzałem dookoła. Popękany beton posadzki i tynk odpadający ze ścian nie robiły najlepszego wrażenia. Kilka pokracznych postaci wydrapanych na ścianach dopełniało obrazu. Widać, że dawno nie było tu remontu, ale taki był i jest los budynków komunalnych. W rogu, przy samym wejściu, widniał świeżo wydrapany tekst pisany wielkimi koślawymi literami, który z zachowaniem ortografii brzmiał tak: „PO HUJ MI TO WSZYSKO MUWIŁEŚ KOHANY!” Był jedyny w swoim rodzaju i zapamiętałem go do tego stopnia, że później, podczas studiów, mieszkając na warszawskiej Pradze, chodziłem po kamienicach na Stalowej, Brzeskiej i wokół placu Szembeka, zbierając podobne napisy, których mam dziś całą kolekcję. Czasami zdarzały się też zabawne incydenty, na przykład, pukając do kuzyna, który mieszkał w jednej z kamienic na Ząbkowskiej, zastałem jego matkę, która otworzywszy mi odepchnęła mnie natychmiast na bok i poszorowała naprzeciwko, waląc w drzwi i głośno krzycząc: – „Pani Malinowska! Kto mnie znowu pod drzwiami nalał!” Na co sąsiadka wyszła i z nieudawaną uprzejmością odpowiedziała: – „Och, przepraszam bardzo, u nasz dzisiaj towarzystwo nie było!”

Wałęsając się tak po przestronnej bramie i poszukując, jakie jeszcze może kryć tajemnice, usłyszeliśmy nagły raban dobiegający z ulicy i rzuciliśmy się obaj pędem w stronę wyjścia. Bosi i przemoknięci, ociekający jeszcze z wody, z resztkami rzęsy we włosach i na ramionach, idąc środkiem ulicy, Uchel i Lacha triumfalnie nieśli kumnię, a obok nich paradował Chmielas, z dumą taszcząc siatkę pełną okoni i płotek. Za nimi podążała cała wataha chłopaków. Tego popołudnia dostałem pierwszą, na razie teoretyczną, lekcję połowu ryb w Łydyni.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.

Cypyright 2015 by Janusz Zalewski.

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Powroty – poza Nadrzeczną (1)

Ulica Nadrzeczna miała własną i niepowtarzalną atmosferę, ze swoimi przeróżnymi zakładami, domami i ludźmi, których pamięta się na zawsze i odpowiednio często do nich wraca. Ale Nadrzeczna, mimo swojego mikroklimatu i niezwykłej atmosfery, nie była jedyna w tym mieście. Małemu szczeniakowi nie było jednak dane doświadczać zbyt wielu przygód na innych ulicach, mimo że

Janusz Zalewski

„Emigranci” Mrożka w Teatrze Polskim

Sławomir Mrożek był znany ze swego ciętego i abstrakcyjnego dowcipu, że przytoczę jeden, który do niego bardzo pasuje, choć nie jestem pewien skąd go pamiętam. Siadając przy barze, autor lub jego bohater mówi do obsługi: – „Poproszę o szklankę wody.” – I patrząc wyczekującemu barmanowi w oczy dodaje: – „I coś do popicia.”

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (7)

Mały incydent prześwietlenia taśmy u fotografa po kręceniu filmu mógł się przydarzyć albo nie, bo fotograf twierdził, że prześwietliliśmy go my sami. Faktem jest, natomiast, że ten zawód, bardziej niż jakiekolwiek inne rzemiosło, wymaga wyjątkowego profesjonalizmu, bo jest oparty na rozwoju technologii. Aczkolwiek kontakt z fotografami ostatnio miewałem rzadko, robiąc co