Powroty – ulica Nadrzeczna (8)

Podziel się:

Nieoczekiwana przygoda we młynie przyprawiona erotycznym ekscesem z Bronką, która poddawała się zalotom młynarzy, tak mną wstrząsnęła, że wybiła mnie w ogóle z życiowego rytmu, który polegał na szkole, odrabianiu lekcji, czytaniu encyklopedii od A do Z, takimże czytaniu słownika języka angielskiego, okazyjnej grze w palanta, zamiataniu ulicy za karę, przyglądaniu się pracy kowala i

Nieoczekiwana przygoda we młynie przyprawiona erotycznym ekscesem z Bronką, która poddawała się zalotom młynarzy, tak mną wstrząsnęła, że wybiła mnie w ogóle z życiowego rytmu, który polegał na szkole, odrabianiu lekcji, czytaniu encyklopedii od A do Z, takimże czytaniu słownika języka angielskiego, okazyjnej grze w palanta, zamiataniu ulicy za karę, przyglądaniu się pracy kowala i piekarzy, i wykonywaniu całej masy innych niepotrzebnych czynności, tak że przez kilka dni zupełnie nie mogłem się pozbierać. Zacząłem rozmyślać nad niedolą młodego mężczyzny. Taki był ze mną problem i pozostał do dzisiaj, że wszystko musi mi przejść przez mózg.

Przypomniałem sobie, jak psychiatra mnie zapytał, kogo bardziej lubię, chłopców czy dziewczynki i co to mogło dla niego znaczyć? A co – dla mnie? Czy miał z tym jakiś związek fakt, że matula mi wszystkie kieszenie w spodniach pozaszywała? Zacząłem analizować, jak w drugiej klasie napisałem do Zosi Elżanowskiej list miłosny o treści „Kocham Cię z całego serca” – i podpisałem swoim nazwiskiem i imieniem „Borówka Tolek” – a ona oddała ten list wychowawczyni, która przeczytała go na głos przed całą klasą. Gdyby nie to, że na każdej długiej przerwie jako pierwszy z klas, które miały lekcje na tym korytarzu, dobiegałem do szkolnego masztu, czyli wygrywałem wyścigi „do słupa”, przez co miałem niebywałe poważanie u wszystkich chłopaków, to zostałbym pośmiewiskiem dla całej podstawówki. Na Zośce zemściłem się tak, że włożyłem jej do tornistra zdechłą żabę, którą Gała przyniósł do szkoły z ogrodu, a na wychowawczyni, która była jednocześnie kierowniczką szkoły i uczyła chemii, uczyniłem to w ten sposób, że z jej tytułu na tabliczce na drzwiach gabinetu zdrapałem dwie pierwsze litery i nazywała się odtąd „erownik”.

Wkrótce nabrałem sympatii do Bronki, która miała w sobie coś, czego nie mogłem zrozumieć, a co chyba przyciągało do niej młynarzy. Przyglądałem się jej, kiedy tylko była okazja, a najczęściej, gdy przychodziła do magla. Moja babka miała u nas w podwórzu magiel, jedyny w całej okolicy, i maglować przychodzili do niej wszyscy z sąsiedztwa. Maglowało się nawijając bieliznę na okrągłe wałki, podkładało się je pod ogromną drewnianą skrzynię wypełnioną kamieniami i kręciło wielkim kołem zamachowym trzymając za korbę, którą babka nazywała kolbą. Przez tryby i łańcuchy, koło poruszało skrzynię, która przesuwała się po wałkach przyciskając je do blatu i maglowała bieliznę. Blat musiał być gładki, żeby się bielizna nie podarła. Jakimś dziwnym trafem, czego długo nie mogłem pojąć, zawsze gdy skrzynia dojeżdżała do końca, podnosiła się z jednej strony, zatrzymywała się i wtedy zmieniało się pod nią wałek, po czym zawracała w drugą stronę bez zmiany kierunku kręcenia korbą. Kręcenie było dość uciążliwe i wymagało trochę męskiej siły, dlatego zwykle kobiety zmieniały wałki, a jakiś chłopak kręcił kołem.

Kiedyś przyszła z wałkiem bielizny Bronka. Kołysząc biodrami i bujając piersiami, weszła po schodkach aż zatrzęsła się posadzka. Moja matka mówiła o niej, że każda potwora znajdzie swego amatora – że niby taka gruba i brzydka. Nie bardzo to załapywałem, bo słowo „amator” znałem tylko w odniesieniu do kolarzy, którzy dzielili się na amatorów, jak Staszek Królak, i zawodowców, jak Jacques Anquetil. Słyszałem też kiedyś, jak matula z babką rozmawiały o wujku Eustachym i mówiły o nim, że to amator kwaśnych jabłek, ale nie mogłem skojarzyć tych dwóch rzeczy, a encyklopedia ani słowniki też niczego mi na ten temat nie wyjaśniały. Babka akurat zostawiła mnie samego do pilnowania magla, a sama poszła do ogrodu sprzedawać jabłka. Bronka uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i zapytała, czy mógłbym zakręcić kołem zamachowym, kiedy ona będzie podkładać wałek. Podskoczyłem do korby i pociągnąłem ją z całej siły, uważając żeby nie przechylić za bardzo skrzyni, bo mogła za szybko wrócić i przyciąć Bronce palce. Bronka spojrzała na mnie i powiedziała z uznaniem – „O Jezu, jaki Ty silny jesteś!” Duma wbiła mnie pod sam sufit i zaczerwieniłem się na raka. Bronka pochyliła się do przodu, żeby poprawić bieliznę na wałku, ale nie mogła go sięgnąć z drugiej strony, bo był za długi, więc wyciągnęła się na całą szerokość skrzyni. Wtedy zadarła się jej z tyłu sukienka odsłaniając uda i zobaczyłem jej majtki w kroku, całe czerwone, jakby czymś zakrwawione, czego się strasznie przestraszyłem i uciekłem.

Zaszyłem się na strychu, żeby nikt mnie nie znalazł. Tam miałem swój azyl, gdzie mogłem czytać, bo choć było kompletnie ciemno, to przez małe okienko w ścianie dochodził snop światła. Na strychu, oprócz najprzeróżniejszych gazet, głównie tygodników, takich jak „Przekrój” i „Motor”, które kupował i czytał ojciec, było zgromadzonych sporo różnego rodzaju dziwnych rzeczy, jakichś rupieci popakowanych w kufry, choć do tych nie lubiłem zaglądać, bo wydostawał się z nich ostry i przenikliwy zapach naftaliny. Szczególnie intrygująca była zawartość jednego z kufrów, który nie śmierdział naftaliną, gdzie znalazłem dwa instrumenty, cytrę i mandolinę, na których podczas wojny grywała moja mama z siostrą, co pokazywały mi na zdjęciach. Spośród przedmiotów, które wzbudziły moją największą ciekawość były pydy, których funkcji nie znałem do czasu, gdy dziadek wytłumaczył mi, że to są nosidła na wodę. Była to drewniana belka, co najmniej metrowej długości, z wgłębieniami pośrodku, żeby pasowała jak ją się założyło na ramiona, z łańcuchami przymocowanymi na końcach. Łańcuchy kończyły się hakami, na których zawieszało się wiadra z wodą, gdy nosiło się ją z rzeki. Dalej tłumaczył mi dziadek, że był taki czas, kiedy można było pić wodę z rzeki, przegotowaną lub nie.

Nagle, podczas penetrowania strychu, co robiłem prawie po omacku, bo nie zabrałem latarki, coś potwornie błysnęło, kilka chwil potem zagrzmiało, i rozpętała się okropna burza. Wiedziałem z lekcji przyrody i z encyklopedii, że światło rozchodzi się znacznie szybciej od głosu, więc z przyjemnością zaobserwowałem to doświadczalnie, na żywo, ale zaraz przypomniało mi się też, że komendant na obozie zuchów w Zalesiu uczył nas przy okazji zdobywania jakiejś sprawności przyrodniczej, że światło rozchodzi się ze skończoną prędkością, co łatwo zaobserwować, bo jak się przekręci gałkę kontaktu, to najpierw światło pojawia się w żarówce, a dopiero potem pada na podłogę. Gdy zakwestionowałem jego sposób rozumowania, czy to można rzeczywiście zauważyć, bo łatwo było obliczyć nanosekundowy czas biegu promienia od sufitu na podłogę, stosując prosty wzór na drogę i podstawiając do niego prędkość światła, to potem odegrał się na mnie i wysmarował mnie szczypiącą pastą do zębów w zieloną noc.

Tak czy inaczej, musiałem natychmiast zejść ze strychu, bo w panice zawołała mnie matula, przestraszona że jak uderzy piorun to może mnie zabić. Zszedłem pokornie, bo wiedziałem z nauk od dziadka w jego warsztacie szewskim, że kobietom w panice najlepiej jest ustąpić, a wyrozumować można wszystko samemu później. Pamiętałem przy tym, jak wujek Eustachy wyjaśniał, że na młynie jest założony piorunochron, a ponieważ młyn jest wysoki, to chroni nasz dom przed uderzeniem pioruna, jako przyległy i położony niżej. A wujek Eustachy musiał się na tym znać, bo jako jedyny człowiek w rodzinie nie bał się wysokości i zanim został członkiem cechu kominiarzy, widywałem go często na słupach elektrycznych i latarniach, głównie na Nadrzecznej, jak wymieniał lampy i żarówki. Zakładał na buty wielkie zakrzywione płozy wystające na boki, z których każda miała kilka ostro zakończonych haków, i wbijając te haki w drewniany słup wspinał się po nim do góry, stawiając kroki prawie tak sprawnie i pewnie, jak by stąpał po ziemi. Zlatywaliśmy się wtedy z całej ulicy, żeby go oglądać, a ja byłem dumny i blady, bo wujek pozwalał mi nosić za sobą torbę z narzędziami.

Nadrzeczna po burzy wyglądała bardzo ciekawie. Gdy ustawał deszcz i następowała chwilowa cisza, ulica przedstawiała sobą widok nędzy i rozpaczy. Była położona najniżej w mieście, więc wszystko spływało na nią w kierunku rzeki, a woda potrafi być bezwzględnym żywiołem i torowała sobie drogę do Łydyni każdym możliwym kanałem i przejściem, ulicą od ratusza w stronę mostu na Gostków, Dolną prosto na kaszarnię, i dwoma głównymi – zamienionymi w spływy – zjazdami od Śląskiej, przez zajezdnię MHD i przez posesję Myślińskich koło piekarni. To wszystko płynęło w stronę Nadrzecznej. Po kilkunastu minutach ulewy, ulica tonęła w deszczu przypominając potop, z poziomem wody sięgającym progów parterowych domków. Oczywiście studzienka odpływowa, albo szambo, jak ją wtedy nazywaliśmy, umiejscowiona mniej więcej pośrodku ulicy, w okolicy piekarni, albo nie mogła przyjąć takiego natężenia przepływu albo była po prostu zatkana. Całe szczęście, że latem burze trwały na ogół krótko. Wtedy z kamienicy Kalfusa wychodził Uchel, w gumiakach prawie po same uda, z wiadrem, łopatą i długim na dwa metry metalowym prętem. Podchodził do studzienki, podnosił zamykającą ją płytę i grzebał w środku, najpierw łopatą, potem drutem, żeby udrożnić rurę odpływową. Czasem wymagało to różnych sztuczek i trwało nawet z pół godziny, ale głównym zadaniem było wyciągnięcie ze studzienki wiadra z filtrem i przetkanie go, co powodowało odetkanie przepływu.

Gdy woda zaczęła spływać i opadać, wróciłem do domu, ale już nie szedłem do magla ani nie wchodziłem na strych, tylko przemyśliwałem dalej nad książką, którą wyjąłem ze sterty przeznaczonej na makulaturę, jaką ułożył sobie na strychu wujek Eustachy. Było to krótkie dzieło autora o nazwisku Włodzimierz Lenin, które zainteresowało mnie tytułem „O Młodzieży”, gdzie znalazłem akapit, wiążący się z moimi rozterkami. Cytuję z pamięci, więc mogę się mylić, ale pochodziło to chyba z listu do Inessy Armand i brzmiało mnie więcej tak: – „Żądanie wolnej miłości nie jest żądaniem proletariackim lecz burżuazyjnym! Nie chodzi o to, co wy subiektywnie nazywacie wolną miłością, lecz o to, co jest obiektywną logiką stosunków klasowych w sprawach miłości!” Zastanawiając się, jak to przymierzyć do dręczących mnie niepokojów, i czy można na to ułożyć jakieś równanie matematyczne a nie tylko logiczne, zasnąłem snem błogim przemoczony po deszczu.

PS. Podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe.

Copyright 2015 by Janusz Zalewski

Kontakt z autorem: ikswelaz@gmail.com

Podziel się:


Zdjęcie profilowe

Janusz Zalewski

Janusz Zalewski w roku 1967 ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie. W 1973 r. otrzymał dyplom inżyniera elektronika, ze specjalnością automatyka, na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a doktorat z informatyki obronił na Wydziale Elektrycznym tejże uczelni w roku 1979. Od ukończenia studiów pracował w Instytutach Badań Jądrowych: w Warszawie i w Świerku. W 1989 r. wyemigrował do USA, gdzie pracował w laboratoriach jądrowych Superconducting Super Collider oraz Lawrence Livermore National Lab, oraz uczył informatyki w Teksasie i na Florydzie. Odbywał staże w centrum badań kosmicznych NASA Ames w Kalifornii i w laboratoriach Amerykańskich Sił Powietrznych w Rome w stanie Nowy Jork. Obecnie wykłada informatykę i inżynierię oprogramowania na Florida Gulf Coast University, w Fort Myers. W wolnym czasie pisze eseje i tłumaczy na język polski poezję amerykańską, którą publikował w „Odrze” i „Nowej Okolicy Poetów”, a ostatnio miał okazję zaprezentować na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, co można obejrzeć na Internecie, pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=2G4z3HrQJuo Prywatnie, jest niezmiernie wdzięczny swoim ciechanowskim nauczycielom za doskonałe przygotowanie go do stawiania czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Obiad z Mamedem

Na łamach Tygodnika Ilustrowanego postaram się podzielić z Wami czymś interesującym. Tym, co spotkało mnie podczas pracy, podróży lub po prostu napiszę o czymś, o czym warto powiedzieć innym, aby np. poprawić humor... Dziś coś na styku MMA i kuchni, czyli…OBIAD Z MAMEDEM

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (8)

Ciągle medytuję na skwerku pod pomnikiem w centrum Warszawskiej, kolesie zmienili się już ze trzy razy, a ja – napisawszy o księgarzach, zegarmistrzach i tknąwszy odrobinę fotografów, którym należy się znacznie więcej niż potraktowanie w kilku akapitach – zbieram myśli w jaki zawód by tu teraz uderzyć, i ponownie widzę kamienicę Brudnickich, a w niej kantor wymiany

Janusz Zalewski

Powroty – poza Nadrzeczną (11)

Cukiernia, to już koniec ul. Warszawskiej. Jeszcze kilka sklepów i dochodzimy do pl. Kościuszki. Ktoś mi podpowiedział, że tam jest punkt usługowy, w którym mogę się podłączyć do Internetu, a właściwie użyć komputera połączonego z Internetem. Tam więc zmierzam i po drodze przypominam sobie dawny wygląd placu, ławki w parku, postój taksówek, kino Nysa, komenda