„Bóg mi powierzył honor Polaków. Bogu go tylko oddam”

Podziel się:
Fot. zbiory autora

Według wybitnego historyka Szymona Askenazego, takie były ostatnie słowa wypowiedziane tuż przed śmiercią przez księcia Poniatowskiego. Zanim jednak do tego doszło na polu bitwy pod Lipskiem 19 października 1813 r., Pepi musiał podjąć kilka kluczowych decyzji dotyczących jego losów jak i losów Ojczyzny.

Na początku lutego 1813 r. Poniatowski wkracza on z przegrupowaną i uzupełnioną nowym rekrutem armią Księstwa Warszawskiego do Krakowa. W mieście tym przychodzi mu podjąć najtrudniejsze życiowe decyzje. Otoczony przez najbliższych przyjaciół oraz doradców w pewnym stopniu poddaje się ich wpływom. Jednak nie wszyscy z będących wówczas przy nim „faworytów” byli nadal zauroczeni Napoleonem. Część z nich widziało nową „gwiazdę” wkraczającą na europejski firmament polityki międzynarodowej. Był nią młody car Rosji Aleksander I, który jako pierwszy udanie potrafił przeciwstawić się „korsykańskiemu uzurpatorowi”. Podszepty opłaconych przez cara doradców lansują ideę przejścia księcia Pepiego na stronę zwycięskiego Aleksandra.

Poniatowski mamiony jest wizją samodzielnego zarządzania Księstwem Warszawskim i odcięciem pępowiny łączącej Księstwo z Królestwem Saskim (pamiętajmy, że władcą powołanego przez Napoleona, na mocy traktatu w Tylży Księstwa Warszawskiego, był król saski, w tym akurat przypadku książę warszawski Fryderyk August I z dynastii Wettynów, a oba kraje łączyła unia personalna). Józef Poniatowski był natomiast „tylko” wodzem naczelnym książęcych wojsk oraz ministrem wojny w „marionetkowym” rządzie. Choć, co prawda art. 83 nadanej przez Napoleona Konstytucji Księstwa mówił, że tylko obywatele Księstwa Warszawskiego, będą mogli sprawować najwyższe urzędy cywilne, duchowne oraz wojskowe, to jednak stan faktyczny był tylko zręczną iluzją. Polscy ministrowie z „tylnego fotela” sterowani byli doradcami mającymi saksońskie czy też wprost francuskie korzenie. Poniatowski nie uległ jednak „rosyjskim” wpływom, pomny pamięci o swoim stryju Stanisławie Auguście, który bezgranicznie zaufał swojej dawnej kochance carycy Katarzynie II ( babce cara Aleksandra I ). Postanowił dalej trwać przy Napoleonie Bonaparte i wszelkimi siłami doprowadzić do odzyskania przez jego „rodzinny” kraj upragnionej wolności.

Na początku maja 1813 książę Pepi opuścił wraz ze swoją armią Kraków i udał się do Saksonii (w szeregach jego wojsk dumnie kroczyła nowa ludowa, śmiało można powiedzieć, chłopska kawaleryjska formacja wojskowa Krakusi, która w niedalekiej przyszłości miała wsławić się swoją walecznością i odwagą). Zmagania na terenie Saksonii z przerwami trwały ponad pół roku. Wojsko dowodzone bezpośrednio przez Poniatowskiego nie poniosło większych strat, okryło się za to chwałą oraz bohaterstwem. Walka z polskim żołnierzem nie należała do łatwych, w przeciwieństwie do innych nacji stanowiących jeszcze szczątki Wielkiej Armii przysłowiowe „krew, pot i łzy” nie były obce polskim żołnierzom, a trudy kampanii 1812 r., tylko zahartowały ducha walki w sercach naszych prapradziadów. Dyscyplina, oddanie oraz wiara w naczelne dowództwo była pełna poczynając od najniższego stopniem szeregowca, na naczelnym wodzu Poniatowskim kończąc. Dodatkowo, książę Józef w każdej z bitew brał osobisty udział, a jego obecność sprawiała, że w sercach jego wiarusów, pojęcie strachu nie istniało. Walczyli oni i ginęli w imię wolnej Ojczyzny. Postępowanie Poniatowskiego ze swoim wojskiem, wciąż nie podobało się cesarzowi Napoleonowi. Uważał on, że od Polaków należałoby spodziewać się więcej, z drugiej strony doskonale wiedział, że korpus Poniatowskiego w porównaniu do innych korpusów ponosił najmniejsze straty, a dodatkowo nie ustępował pola przeciwnikom. Inni dowódcy Korpusów może odnosili spektakularne zwycięstwa, efekt ich jednak był „pyrrusowy”, gdyż wykrwawione wojska nie potrafiły w kolejnych dniach utrzymać zdobytych pozycji.

Wszystkie drogi wedle przysłowia prowadzą do Rzymu, na jesieni 1813 r. prowadziły natomiast do Lipska. Na przedmieściach oraz w samym mieście rozegrała się jedna z największych, najkrwawszych oraz najdziwniejszych bitew okresu napoleońskiego a było to pomiędzy 16 a 19 października. Naprzeciw Wielkiej Armii składającej się z żołnierzy z Francji, Polski, Neapolu oraz Saksonii stanęli żołnierze z Austrii, Prus, Rosji oraz Szwecji. Nie bez kozery, bitwa ta przeszła do historii jako „Bitwa Narodów”. Dysproporcja sił walczących po obu stronach była ogromna, Napoleon dysponował jedynie 170 tysięczną armia, a jego przeciwnicy posiadali 360 tysięcy żołnierzy, różnica w artylerii była jeszcze większa 700 dział do ponad 1500. Efekt końcowy bitwy znany był już pod koniec pierwszego dnia, w ogóle bitwa skończyłaby się po jednym dniu, gdyby nie manewr Poniatowskiego, polegający na wydostaniu się z okrążenia, przez wojska przeciwnika. Za ten czyn, wieczorem 16 października książę Józef Antoni Poniatowski, jako pierwszy obcokrajowiec w historii Cesarstwa Francuskiego otrzymał godność marszałka (dodatkowo jako jedyny z wszystkich napoleońskich marszałków, od urodzenia był arystokratą Pozostali marszałkowie Wielkiej Armii takim pochodzeniem nie mogli się cieszyć, byli dziećmi rewolucji lub też jak i sam Bonaparte, przedstawicielami zubożałej szlachty, tylko Poniatowski był księciem). Swoją buławą marszałkowską i tytułem, Pepi niestety nie nacieszył się długo. W drugim dniu zapadła decyzja o odwrocie wojsk napoleońskich, dodatkowa zdrada dotychczasowych saksońskich sojuszników i ich przejście na stronę koalicji antynapoleońskiej okazała się przysłowiowym gwoździem do trumny Napoleona. Trzeciego dnia bitwy Poniatowski, jako dowódca „Polskiego Korpusu” otrzymał rozkaz osłaniania resztek wycofujących się sił Wielkiej Armii (jak to mówił wielokrotnie jeden z najlepszych rekonstruktorów okresu napoleońskiego Andrzej Ziółkowski: Polacy zawsze u Napoleona szli albo pierwsi albo ostatni ). Dokąd funkcjonowały mosty na rzekach odwrót odbywał się w miarę sprawnie. Jednak gdy po rozkazie naczelnego wodza wojsk sprzymierzonych, austriackiego księcia Schwarzenberga, mówiącego o wysadzeniu tych mostów rozpoczął się chaos. Poniatowski kilkukrotnie ranny przez ostrzeliwujących go wrogich strzelców, stracił pod sobą konia, tracił przytomność, jednak dzięki pomocy swoich adiutantów, oraz towarzyszącego mu plutonu Krakusów, wycofywał się w kierunku rzeki Elstery, za którą zgromadzona została Wielka Armia. Niestety podczas pokonywania tej rzeki. Marszałek Poniatowski, został śmiertelnie postrzelony przez francuskiego piechura, który w wycofującym się Wodzu Naczelnym Wojska Polskiego dostrzegł potencjalnego wroga. Tak, niestety muszę w tym miejscu to zaznaczyć, Poniatowski zginął od kuli pochodzącej od sojusznika. Zapewne była to przypadkowa śmierć, najnowsze badania pamiętników pochodzących z tego okresu jednoznacznie każą nam potwierdzić ten fakt.

Na usprawiedliwienie mogę w tym miejscu napisać jedno, wycofujący się Poniatowski na pewno nie był tym samym Poniatowskim, którego znamy z rycin, oraz licznych obrazów prezentujących jego śmierć. Nie miał paradnego munduru, pełnej gali orderowej oraz jego koń nie miał kulbaki Naczelnego Wodza. Mundur księcia był brudny, zakrwawiony, a on sam kilkunastokrotnie ranny. Nic więc dziwnego, że pojedynczy strzał oddany z bliskiej odległości sprawił, że nasz ukochany książę utonął w nurtach Elstery.

O legendzie księcia Poniatowskiego za tydzień.

Rafał Wróblewski

Podziel się:


Nie będzie apelacji w sprawie skazanego funkcjonariusza UB

Przed sąd boski

Nie będzie rozprawy apelacyjnej byłego ubeka z Ciechanowa. Marian Eugeniusz K. skazany w pierwszej instancji na rok więzienia (bez zawieszenia) za zbrodnię komunistyczną będącą zbrodnią przeciwko ludzkości – zmarł przed rozpoczęciem ponownego procesu.

Wincenty Krasiński – nie tylko ojciec Zygmunta – cz. III

Pierwszym teatrem zmagań polskich szwoleżerów z przeciwnikiem był Półwysep Iberyjski i udział w trwającej od 1808 nieprzerwanie do 1814 roku, wojnie domowej w Hiszpanii. Tutaj też swoje pierwsze rany odniósł Wincenty Krasiński. W Hiszpanii szwoleżerowie uczestniczyli w walkach z partyzantami, którzy sprzeciwiali się rządom Bonapartych w tym kraju. Napoleon po zmuszeniu do

Data smutna, ale także i szczęśliwa

W tak wyjątkowym dniu jak dziś chciałbym opowiedzieć Państwu moją wyjątkową przygodę, która miała miejsce właśnie w dniu 1 września, było to w roku 2001. Mieszkałem i pracowałem wtedy w pięknym portowym mieście Gdyni. Wspólnie z kolegami z pracy stwierdziliśmy, że zrobimy coś szalonego i wybierzemy się z Gdyni na mecz reprezentacji Polski do Chorzowa.