Data smutna, ale także i szczęśliwa

Podziel się:

W tak wyjątkowym dniu jak dziś chciałbym opowiedzieć Państwu moją wyjątkową przygodę, która miała miejsce właśnie w dniu 1 września, było to w roku 2001. Mieszkałem i pracowałem wtedy w pięknym portowym mieście Gdyni. Wspólnie z kolegami z pracy stwierdziliśmy, że zrobimy coś szalonego i wybierzemy się z Gdyni na mecz reprezentacji Polski do Chorzowa.

Mecz odbywał się na znanym w całym piłkarskim świecie Stadionie Śląskim. Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć, jak to jest na tym słynnym „kotle czarowinc”. Dodatkowym elementem mobilizującym nas do tego wyjazdu była niewyobrażalnie skuteczna i dobra gra naszej reprezentacji w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej organizowanych w 2002 roku w Korei Południowej oraz Japonii. Nie mieliśmy wtedy ekipy tak silnej i zgranej jak Orły Górskiego czy też późniejsze reprezentacje Gmocha bądź Piechniczka. Jednak zespół prowadzony przez trenera Jerzego Engela z Dudkiem, Świerczewskim, Hajtą czy też braćmi Żewłakowami w składzie momentami potrafił namieszać. Wygrane wyjazdowe mecze z Walią czy też Norwegią pokazały, że nasza drużyna ma charakter i pomimo widocznych braków w technice oraz kulejącej taktyce potrafi zagrać z sercem i w prostej fizycznej grze zmusić przeciwnika do popełniania błędów skutkujących utratą bramek. Dodatkowo swoje największe tryumfy w biało-czerwonej koszulce z orłem na piersi święcił pierwszy naturalizowany zawodnik naszej kadry Emmanuel Olisadebe.
Mając w sercach nadzieję na dobry wynik oraz młodzieńczy hart ducha jako dobry talizman podjęliśmy się w trzech wyprawy ze śpiącej jeszcze Gdyni, do odległego o kilkaset kilometrów Chorzowa. Nasza podróż miała trwać wiele godzin, bo lokalny (w tym wypadku pomorski PZPN) podstawił dla kibiców oraz wyruszających wraz z nimi tak dla bezpieczeństwa, kilkunastu oddziałów prewencji policji specjalny „bezpłatny” pociąg. Ponieważ Gdynia była przystankiem początkowym tej eskapady dla nas jak i dla innych pasażerów pociągu już na peronie okazało się, że sprzedane nam obowiązkowe miejscówki znajdowały się w wagonach, w których ulokowała się policja. W taki sposób od samego początku nasza podróż przebiegała nad wyraz bezpiecznie, gdyż mundurowi grzecznie opuścili nasz przedział informując przy okazji, że w pozostałych przedziałach w tym wagonie jednak pozostaną. Mieliśmy więc całą podróż nad wyraz spokojną (zakłóconą jedynie rutynową dokumentacją video naszych twarzy jak i dowodów osobistych) i ku naszemu zdziwieniu po dotarciu do Chorzowa okazało się, że bardzo mała ilość kibiców skorzystała z możliwości przyjechania pociągiem (doświadczeni kibice na pewno zakładali, że owe rutynowe czynności dokumentacyjne nie będą im na rękę). Co do ilości policjantów wysiadających z pociągu to była ich bardzo duża.
Do meczu pozostało jeszcze kilka godzin, a ja jak i koledzy byliśmy po raz pierwszy w życiu w Katowicach. Stwierdziliśmy, że pozwiedzamy sobie miasto, a w godzinach popołudniowych powoli zaczniemy kierować się w stronę Parku Śląskiego na terenie którego znajduje się stadion. Miasto wywarło na nas bardzo pozytywne wrażenie, pełne było przemieszczających się swobodnie kibiców w barwach narodowych, lokalni mieszkańcy odbierali nas bardzo życzliwie, a koneserzy napojów wyskokowych proponowali zakup po promocyjnych cenach trunków z procentami. Ówczesne władze Katowic podjęły bardzo odważną decyzję o wprowadzeniu prohibicji w dniu meczu w Katowicach. Decyzja o tyle nie trafiona, że sam stadion stoi nie tyle w Katowicach lecz w Chorzowie, a także nikt nie zabronił kibicom owego alkoholu ze sobą przywieźć. Co prawda nikt nie wszedł na stadion z butelką czy też puszką, ale chodząc przed „Kotłem Czarownic” co rusz widzieliśmy kibiców pociągających z puszki bądź z butelki. Policja nawet nie zajmowała się tymi przypadkami, bo owych delikwentów było zdecydowanie więcej niż patrolujących teren przed obiektem stróżów prawa i porządku. Mieli oni natomiast inny problem. W chwili obecnej bójki między sympatykami różnych klubów piłkarskich na meczach reprezentacji to coś bardzo rzadko spotykanego, można wręcz powiedzieć, że sprawa wprost już nie aktualna.
W 2001 roku wyglądało to jeszcze zupełnie inaczej. Walka określonych grup (nie będę tutaj wymieniał nazw konkretnych klubów, bo pamięć ludzka z czasem staje się wybiórcza, a nie chciałbym kogokolwiek tutaj pomówić o coś czego nie dokonał) była normą i to walka nawet na koronie stadionu. Jednak ogół kibiców w uniwersalnych barwach narodowej reprezentacji gwizdami przyjmował owych harcowników zarówno pod stadionem jak i na nim.
Sam mecz przeminął nam jak oka mgnienie, pamiętam z niego niektóre wydarzenia. Wspólne odśpiewanie hymnu państwowego, miałem ciarki na plecach w momencie śpiewania, a gdy dotarł do mnie głos kibiców z przeciwległych sektorów stadionu przeszły mnie dreszcze. Nie wiem jak czuli się zawodnicy norwescy i ich sztab szkoleniowy, ale było nas czterdzieści tysięcy plus jedenastu na murawie i jedynym naszym celem było ich zniszczyć psychicznie.
Cel ten się chyba udał bo Berg, Solskjaer czy Sorensen w tym dniu nie wznieśli się na kunszt swoich umiejętności. Pierwsza bramka padła do szatni, pamiętam, że strzelił ją Paweł Kryszałowicz, futbolówka frunąc do bramki zdążyła jeszcze dotknąć ręki Heninga Berga (tak obecnego trenera Legii Warszawa). Przerwy dla nas chyba nie było, bo emocje i adrenalina tak się w nas gotowały, że nie sposób było patrzeć na zegarki. W drugiej połowie, znów koncertowo zagrali biało-czerwoni. Dwie kolejne bramki dorzucili Olisadebe oraz Marcin Żewłakow. Po ostatnim gwizdku stadion eksplodował radością, wtedy to w pełni dotarło do nas, że w następnym roku, w czerwcu będziemy mogli znów zagrać na Mistrzostwach Świata. Radość kibiców była ogromna, równie wielka była piłkarzy jak i sztabu szkoleniowego. Nikt jednak z nas nie przypuszczał, że ten moment był punktem kulminacyjnym kariery zawodniczej kilkunastu będących wówczas na boisku piłkarzy, a ich grę oraz zachowanie w Korei chyba najlepiej wyrazi smutny żart, jaki już w trakcie trwania koreańsko – japońskiego mundialu wymyślili kibice, że jakoby w marcu 2003 roku, Jerzy Engel ma otrzymać Oskara za wystawienie Dziadów w Korei.
O tym żarcie chcę jak najszybciej zapomnieć, natomiast jak najdłużej chcę pamiętać złotoustego Dariusza Szpakowskiego komentującego ten mecz i mówiącego, już po ostatnim gwizdku klasyczny już cytat: szkoda, że Państwo nie tego nie widzą. Państwo przed telewizorami tak dla przypomnienia oczywiście, nie widzieli cieszących się zawodników wraz z kibicami. Obraz w TVP pokazywał tylko to co działo się na murawie, TVP kupując prawa do meczu nie zakładała, że zawodnicy podejdą do kibiców siedzących na trybunach.

Podziel się:


Reymont w Opinogórze

W Muzeum Romantyzmu w Opinogórze otwarto wystawę zatytułowaną „Chciałem odbudować polską duszę. W hołdzie Władysławowi Reymontowi pierwszemu Nobliście Niepodległej Polski”.

Wincenty Krasiński – nie tylko ojciec Zygmunta – cz. V

Rok 1813 był bardzo wyjątkowym w życiu Wincentego Krasińskiego. Od samego początku aż do końca poświęcony był zmaganiom z coraz bardziej liczną koalicją antynapoleońską, a także z coraz bardziej szerzącym się defetyzmem w szeregach pułkowych. W tym roku po raz pierwszy załamał się duch pułku i część z lekkokonnych porzuciła służbę lub też świadomie

Ważne dla świadomości współczesnych. Prof. Szwagrzyk o ekshumacjach

Gościem styczniowego spotkania w ciechanowskim Klubie „Gazety Polskiej” był znany polski historyk dr hab. Krzysztof Szwagrzyk – profesor Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu i pełnomocnik Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego – kierujący pracami ekshumacyjno-identyfikacyjnymi na terenie całego kraju, m.in. w