Minister, Wódz, Człowiek

Podziel się:
Poniatowski na Wawelu W. Kossak S Tondos - Fot. zbiory autora

Po utworzeniu Księstwa Warszawskiego w 1807 r. książę Józef Poniatowski został ministrem wojny i na nowo organizował wojsko polskie. W 1809 r. dowodził wojskami Księstwa w wojnie z Austrią. Osobiście wziął udział w bitwie pod Raszynem. Podobnie jak podczas wojny polsko-rosyjskiej dawał dowody osobistego męstwa na polu bitwy. Każdy z nas przecież pamięta czy z podręczników, grafik lub też filmu „Popioły” Andrzeja Wajdy, widok Pepiego atakującego na czele polskiego oddziału wycofujących się austriackich żołnierzy w białych mundurach (byli to węgierscy piechurzy z oddziału „honwedów”, tych samych w których wcześniej miał okazję służyć Poniatowski ).

Z bitwą pod Raszynem, nie rozstrzygniętą z wojskowego punktu widzenia, jednak z taktycznego zakończoną zwycięstwem wojsk polskich, wiąże się kilkanaście „opowieści” związanych z księciem Józefem. Najsłynniejsza jest chyba ta z fajką, którą trzymał w ustach Poniatowski. Dla jednych była to oznaka, nonszalancji oraz zbratania się ze zwykłymi szeregowymi żołnierzami. Natomiast dla drugich ta fajka ma zupełnie inne, prozaiczne wytłumaczenie. Księcia w tym dniu bardzo bolały zęby i aby ulżyć sobie w bólu „pykał” tytoń. Nie ważne, jakie były powody takiego postępowania, po tej bitwie jak i całej kampanii 1809 roku na terenach księstwa jak i Galicji, miłość do księcia Józefa jeszcze bardziej wzrosła. Odzyskał on ponownie dla państwa polskiego sporą część Galicji z Krakowem na czele. Krakowianie pamiętają mu to po dziś dzień i część z nich nawet głośno pomstuje, że to nie Tadeusz Kościuszko powinien mieć swój pomnik u bram Zamku na Wawelu, lecz właśnie książę Józef Poniatowski. Pepi, oprócz wojaczki pomiędzy momentami spokoju w Księstwie Warszawskim, jak to określił kiedyś chyba najbardziej znany polski historyk zajmujący się epoką napoleońską dr Andrzej Nieuważny, zajął się gruntowną reformą i unowocześnieniem polskiej armii (czyli przysłowiowym liczeniem portek, ładunków oraz bandaży). Intendentura, kwatermistrzostwo, logistyka oraz budowanie lazaretów było dla niego na równi ważne co oporządzenie czy uzbrojenie nowo powstających formacji piechoty, kawalerii czy też artylerii. Dzięki sprawnie przeprowadzonej reorganizacji, chyba tylko jedynie armia Księstwa Warszawskiego w pełni była przygotowana do zbliżającej się kampanii roku 1812 (jak ważne było to przygotowanie mówi epizod z bitwy pod Borodino, najkrwawszej hekatomby bitewnej całego okresu wojen napoleońskich, w rozmowie dwóch francuskich medyków pada stwierdzenie, że nie mają oni już czym opatrywać swoich rannych żołnierzy, a ci Polacy mają jeszcze opatrunki osobiste). Musimy więc po raz kolejny oddać honor Poniatowskiemu i stwierdzić, że oprócz tego, iż był on znakomitym wodzem, to był również świetnym organizatorem oraz dowódcą potrafiącym odnaleźć się w położeniu zwykłego żołnierza. Za to właśnie „owi” liniowi wiarusi swojego Pepiego kochali najbardziej. Napoleon bardzo często zarzucał Poniatowskiemu niesubordynację oraz niepodporządkowywanie się jego bezpośrednim rozkazom. Najlepszym przykładem tego może być ponownie bitwa pod Borodino. Wojsko polskie dowodzone przez księcia Józefa stało na najbardziej wysuniętej na wschód placówce mając za zadanie okrążenie i zajście Rosjan od tyłu ( stary polski manewr, znany jeszcze z podręczników staropolskiej sztuki wojennej ). Problem stanowiła jednak wioska Utica położona na trasie przemarszu V Korpusu dowodzonego przez Poniatowskiego. Nikt nie zakładał, że zostanie ona bardzo mocno obwarowana oraz dodatkowo wzmocniona artylerią położoną na kurhanie, z którego można było doskonale ostrzeliwać położony przed nim teren. Chcąc uniknąć krwawej walki, Poniatowski zwlekał z frontalnym atakiem, który został przeprowadzony w późnych godzinach popołudniowych. Jednak dzięki temu straty własne Polaków w porównaniu do innych nacji wchodzących w skład Wielkiej Armii w tym dniu były znikome. Napoleon, nigdy nie zarzucił księciu Józefowi Poniatowskiemu tchórzostwa, wiedział jednak, doskonale, że podczas tej kampanii, każdy polski żołnierz był na wagę kilkunastu innych pochodzących z wielkiej masy narodowej jego Grande Armée. Nikt tak jak Polacy nie miał zapału, a także wiedzy o terenach, w których przyszło po raz pierwszy walczyć Napoleonowi oraz innym żołnierzom z zachodniej i południowej części Europy. Tak jak wspomniałem wcześniej Poniatowski był dowódcą V Korpusu Wielkiej Armii, była to tzw. „Korpus Polski” ( liczył on płynnie od 30 do 36 tysięcy żołnierzy, a także 70 dział ). W pierwszym artykule dotyczącym Poniatowskiego wspomniałem o wielkiej przyjaźni łączącej polskiego ministra wojny z najlepszym i najpiękniejszym francuskim kawalerzystą doby wojen napoleońskich, marszałkiem Joachimem Muratem. 18 października 1812 roku Poniatowski pośpieszył swojemu przyjacielowi pomocą i uchronił go od nieuniknionej śmierci z rąk kozaków feldmarszałka Kutuzowa. W swoich listach Murat wielokrotnie wspominał to wydarzenie i do końca swoich dni, był oddanym sojusznikiem Poniatowskiego. W trakcie odwrotu V Korpusu spod Moskwy, podczas jednej z bitew, książę Józef został ranny (w oficjalnych dokumentach figuruje sformułowanie poważnie kontuzjowany ) w trakcie bitwy pod Wiaźmą (29 października). Na okres książęcej rekonwalescencji dowództwo po nim przejął generał Józef Zajączek. Z tego zaszczytnego obowiązku wywiązał się znakomicie przyprowadzając do Warszawy resztki V Korpusu, ale także wszystkie 70 dział oraz pełen komplet sztandarów wszystkich polskich pułków uczestniczących w moskiewskiej wyprawy. Bardzo symbolicznym obrazem jest fragment „Panoramy Berezyny” autorstwa Wojciecha Kossaka oraz Juliana Fałata zatytułowany „Palenie sztandarów”. Kossak wraz ze swoimi pomocnikami przedstawili tu moment palenia w ognisku sztandarów tych wszystkich pułków Wielkiej Armii, które podczas moskiewskiej wyprawy uległy rozbiciu, bądź też ich stan osobowy został tak ograniczony, że pozostałe resztki zostały wcielone do innych pułków. Do rangi symbolu urasta nie tylko niszczenie „świętego” dla każdego oddziału wojskowego jego proporca, ale także „przemyślnie” przedstawiona przez autora tej sceny, Wojciecha Kossaka kompozycja postaci. Przy siedzącym Napoleonie stoją jego najbliżsi dowódcy. Wśród nich książę Józef Poniatowski oraz generałowie Józef Zajączek a także Jan Henryk Dąbrowski. Trzej kluczowi dowódcy wojsk polskich okresu napoleońskiego, trzej kandydaci do stołka ministra wojny Księstwa Warszawskiego (który przypomnę w ostateczności przypadł Poniatowskiemu). Wojciech Kossak, doskonale znał historię i wiedział, że właśnie pod Berezyną, chociaż może akurat nie w takich okolicznościach doszło do ostatniego wspólnego spotkania tych trzech żołnierzy. Po przekroczeniu Berezyny ich drogi rozeszły się już na zawsze i nigdy więcej nie mieli oni okazji do przebywania we trójkę w tym samym czasie i miejscu. Poniatowski udał się czym prędzej do Warszawy, gdzie zawitał już 12 grudnia, a Zajączek oraz Dąbrowski wkroczyli na tereny Księstwa znacznie później. Książę Józef zamieszkał w Pałacu pod Blachą i tam powracał do zdrowia. Biorąc pod uwagę, że w grudniu 1812 roku przygotowywał się do wkroczenia w pięćdziesiąty rok swojego życia, a i we wcześniejszych latach, również kilkukrotnie bywał poważnie ranny nie było to łatwe. Jednak na wieść o zbliżających się od wschodu wojskach rosyjskich idących w kierunku Warszawy, na początku lutego 1813 roku wkroczył wraz z polska armią do witającego go zawsze z ogromna sympatią Krakowa.

cdn

Rafał Wróblewski

Podziel się:


Wincenty Krasiński – nie tylko ojciec Zygmunta – cz. VI

7 kwietnia 1814 r. odbyła się ostatnia rewia pełnego I Pułku Szwoleżerów Gwardii przed Napoleonem I. Następnego dnia Cesarz zwolnił z przysięgi wierności oraz służby polskich kawalerzystów. W taki sposób po siedmiu latach służby u boku Bonaparte lekkokonni zakończyli swoją wielką przygodę.

Pro Memoria

Andrzej Nieuważny (1960-2015)

W piątkowe wczesne popołudnie, piątego czerwca, dowiedziałem się od mojego przyjaciela z Torunia, że odszedł Andrzej Nieuważny. W pierwszej chwili nie chciało mi się wierzyć w tę informację, Andrzej był bardzo dowcipnym człowiekiem i pomyślałem, że to jego kolejny dowcip. Niestety, wiadomość przekazana mi przez Grzegorza okazała się prawdziwa.

Spaceru po Lwowie ciąg dalszy …

Jednym z najpiękniejszych budynków we Lwowie jest utrzymany w eklektycznym stylu gmach Opery Lwowskiej. Lwowski „dom muz” powstał w trzy lata i oficjalne został otwarty w 1900 roku. Robi on ogromne wrażenie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Mimo upływu wielu lat gmach ten w niczym nie stracił ze swojego pierwotnego blasku.