Spaceru po Lwowie ciąg dalszy …

Podziel się:

Jednym z najpiękniejszych budynków we Lwowie jest utrzymany w eklektycznym stylu gmach Opery Lwowskiej. Lwowski „dom muz” powstał w trzy lata i oficjalne został otwarty w 1900 roku. Robi on ogromne wrażenie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Mimo upływu wielu lat gmach ten w niczym nie stracił ze swojego pierwotnego blasku.

Oprócz zadbania o detale architektoniczne, a także wyjątkowy wystrój wnętrza projektant opery, Zygmunt Gorgolewski, zadbał także o to aby, wystawiane w tym monumentalnym budynku przedstawienia mogło oglądać jak najwięcej widzów. Widownia, uwzględniając loże ( marszałkowską oraz cesarską ) liczy aż 1200 miejsc, jest to liczba naprawdę imponująca ( dla porównania podam, że w Opera Wiedeńska dysponuje 1709 miejscami ). Jedną z najpiękniejszych atrakcji znajdujących się w tym budynku jest wyjątkowa alegoryczna kurtyna namalowana na lnianym płótnie żeglarskim przez Henryka Siemiradzkiego. W przeciwieństwie do większości innych kurtyn nie jest ona zwijana, ale podnoszona ponad scenę. Podobną kurtynę, z zupełnie jednak inną sceną alegoryczną wykonał Siemiradzki dla krakowskiego teatru im. Juliusza Słowackiego. Gmach Opery Lwowskiej wchodzi w skład głównej promenady tego miasta, jest jakoby jej spektakularnym zwieńczeniem. Promenada ta, zaczyna się na Placu Mickiewicza ( tak, to na nim stoi najpiękniejszy według lwowiaków pomnik naszego wieszcza ) i po około 450 metrach kończy się na gmachu Opery. Dawna nazwa tej trasy to: Wały Hetmańskie – w chwili obecnej to Prospekt Wolności.

11303737_981059381904170_2079968195_nKażdy entuzjasta polskiego malarstwa musi odwiedzić Lwowską Galerię Sztuki ( co prawda Galeria prócz malarstwa pokazuje także i rzeźbę, jednak z ręką na sercu stwierdzam, że w tym miejscu rzeźba kompletnie mnie nie interesowała ). We Lwowie mamy możliwość zobaczenia kilkudziesięciu znakomitych płócien najlepszych polskich malarzy, każdy kto lubi polskie malarstwo XIX wieku czy też początku XX wieku, na pewno coś ciekawego tu odnajdzie, a prezentowane są takie nazwiska jak: Matejko, Grottger, Malczewski, Brandt, Kotsis, Rodakowski czy Kossakowie. Na mnie największe wrażenie wywarły dwa płótna, a dokładnie: Jana Matejki „Dzieci artysty” oraz Wojciecha Kossaka „Wiosna 1813 roku”. Każdy z tych obrazów doskonale znalem z reprodukcji w katalogach czy też monograficznych opracowaniach dotyczących ich twórców. Jednak bezpośredni kontakt z oryginałem, był czymś niesamowitym. „Dzieci artysty” mistrza Jana, jest chyba moim zdaniem jego najlepszym obrazem „nie-batalistycznym” jaki miałem okazję oglądać. Od tego płótna aż bije miłość i radość tworzenia. Dziecko jest największą radością każdego rodzica, a ta czwórka zaprezentowana na tym obrazie jest niesamowita. W tej pracy równie ważne jak dzieci, są wszelkie dodatkowe elementy jakie możemy na nim odnaleźć: pies, gołąbek, paleta z farbami, wazonik z konwaliami, a także scenografia połączenie wnętrza atelier malarskiego z lasem. Natomiast „Wiosna 1813 roku” to również, klasyczny dla Wojciecha Kossaka, temat napoleoński, pokazany w wyjątkowy jak na tego artystę sposób. Widzimy na nim bowiem, trzech kozaków, mijających wyłaniające się z topniejącego śniegu ciała zabitych żołnierzy Wielkiej Armii. Pierwszy z kozaków żegna się, drugi z nich zakrywa twarz kawałkiem materiału, a trzeci patrzy z przerażeniem na podnoszące się do lotu spłoszone ptaki, żywiące się ludzkim i końskim mięsem. Obraz ten jest chyba, jednym z najlepszych płócien antywojennych, jakie miałem okazję oglądać w moim życiu. Robi on kolosalne wrażenie i trudno przejść obok niego obojętnym. Obraz ten zwrócił moją uwagę jeszcze z jednej przyczyny. Widać, że i on miał również burzliwe dzieje. Po ramie można było stwierdzić, że niestety obiekty w tej galerii malarstwa nie są zbyt dobrze zabezpieczone. Rama sprawiała wrażenie takiej, której kilkukrotnie dane było spaść ( wcale mnie to nie dziwiło patrząc, że obraz zawieszony był na zwykłym plecionym sznurku ) dodatkowo, konserwator, który po tym „wypadku” usiłował ją naprawić pomalował ją chyba zbyt mocno złotolem w kilku miejscach bo warstwa nowej farby wyraźnie kontrastowała z farbą użytą podczas malowania pierwotnej ramy. Ogólnie cała Lwowska Galeria Malarstwa zrobiła na mnie bardzo przytłaczające wrażenie. Wchodząc do sal ekspozycyjnych usytuowanych na pierwszym piętrze miałem nieodparte wrażenie, że czas w tych pomieszczeniach zatrzymał się bardzo dawno temu, jeszcze chyba w czasach ZSRR i Ukraińskiej SRR. Mury tego budynku wiele widziały i wiele przeżyły. Prócz tego, reliktem dawnych, znamienitych czasów były panie, pilnujące ekspozycji w poszczególnych salach. Reprezentowały one szeroki wachlarz mody z ostatnich kilkudziesięciu lat. Dodatkowo zachowywały się w sposób delikatnie mówiąc awangardowy, umilając nam oglądanie płócien puszczaniem melodyjek z telefonów komórkowych, włączeniem radia lub też monologami połączonymi z wyrazistą gestykulacją wygłaszanymi w języku ukraińskim w kierunku wyimaginowanych zwiedzających.

Galeria, sama w sobie reprezentuje jednak bardzo wysoka klasę artystyczną, pomiędzy obrazami polskich twórców ( stanowią one około 60% prezentowanej kolekcji ) ciekawie wplecione są płótna dziewiętnastowiecznych malarzy europejskich, zarówno ze wschodniej jak i z zachodniej części kontynentu.

Rafał Wróblewski

Za tydzień zapraszam do lektury tekstu poświęconego lwowskim obiektom sakralnym.

Podziel się:


Wciąż nie wiemy, gdzie ich pogrzebano

Ciechanowianka napisała o Obławie Augustowskiej

12 lipca po raz pierwszy obchodzono Dzień Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej - (Sejm RP ustanowił go Ustawą z 9 lipca br.). Dwa tygodnie temu, nakładem wydawnictwa Bellona SA w Warszawie, ukazała się książka ciechanowianki Teresy Kaczorowskiej „Obława Augustowska”.

Nie ma jak Lwów

Każdy z nas ma listę miejsc, które chciałby odwiedzić w swoim życiu. Są na nich miejsca egzotyczne i historyczne, miejsca odległe jak i leżące tuż za rogiem. Ja również posiadam taką listę, od lat jedną z czołowych miejsc zajmował na niej Cmentarz Obrońców Lwowa we Lwowie, potocznie zwany Cmentarzem Orląt Lwowskich.

Wincenty Krasiński – nie tylko ojciec Zygmunta – cz. V

Rok 1813 był bardzo wyjątkowym w życiu Wincentego Krasińskiego. Od samego początku aż do końca poświęcony był zmaganiom z coraz bardziej liczną koalicją antynapoleońską, a także z coraz bardziej szerzącym się defetyzmem w szeregach pułkowych. W tym roku po raz pierwszy załamał się duch pułku i część z lekkokonnych porzuciła służbę lub też świadomie