Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz …

Podziel się:

Każdy doskonale zna te słowa Bogdana Olewicza, otwierające jeden z bardziej znanych przebojów grupy Perfect. Jak ulał pasują one do wydarzenia, które chciałbym opisać w tym tekście. W dniach 18-21 czerwca br. na polach leżących w okolicach miasta Waterloo (obecnie są to już przedmieścia Brukseli) miała miejsce tegoroczna największa rekonstrukcja bitwy okresu wojen napoleońskich.

Impreza ta miała po raz kolejny przypomnieć o wielkiej wiktorii wojsk angielsko – pruskich nad Napoleonem I Bonaparte. Tryumf ten był pełnym, ostatecznym zwycięstwem nad „potworem z Korsyki”, jak określany był Cesarz Francuzów. Po tej klęsce udał się on na pokładzie fregaty HMS „Northumberland”, jako więzień na wyspę św. Heleny, gdzie zmarł w niewyjaśnionych po dziś dzień okolicznościach 5 maja 1821 roku.
Artykuł ten nie będzie dotyczył Cesarza Bonaparte, a wydarzeń towarzyszących rocznicowej rekonstrukcji bitwy pod Waterloo. Tak, rocznicowej, gdyż w tym roku minęło dokładnie dwieście lat, od pokonania Bonaparte przez księcia Wellingtona (dowódca wojsk angielskich) wespół z feldmarszałkiem Blücherem (dowódca wojsk pruskich).
Środowisko rekonstruktorów z całej Europy o tym wydarzeniu mówiło już od dawien dawna. Okazja do takiego świętowania powtórzy się co prawda za rok, ale to nie będzie już taka „okrągła” rocznica. Dodatkowo po raz pierwszy na belgijskiej ziemi dane było zobaczyć tak szeroki wachlarz wszystkich grup rekonstrukcyjnych zajmujących się okresem napoleońskim z całej Europy. Z dostępnych danych można było wyczytać, że prawie każdy „kraj” w mniejszym czy też większym stopniu zaangażowany w zmagania z początku XIX wieku wystawił, w tym roku swoich reprezentantów. Nic więc dziwnego, że internetowe fora i portale społecznościowe gotowały się od emocji i przekazywanych z minuty na minutę coraz więcej coraz bardziej hiobowych informacji, że nie wszyscy wejdą na pole bitwy, że trzeba mieć pozwolenia na przewóz broni przez granicę, że trzeba posiadać kody dostępu … etc. Na koniec okazało się, że na pole bitwy mógł wejść zasadniczo każdy, w stroju „przypominającym” ubranie rekonstruktora. Na dodatek wszystko strasznie i biurokratycznie wyglądało tylko na papierze lub na stronie internetowej, na miejscu okazało się, że towarzystwo doskonale się zna i wszelkie problemy zniknęły. Jednak wraz ze zniknięciem problemów zniknął jeden bardzo ważny element. Była nim ta magiczna cząstka sprawiająca, że uczestniczący w tym wydarzeniu rekonstruktorzy mogli poczuć to coś … chwilę przeniesienia się w tamte czasy, emocje związane z przebywaniem w centrum określonych wydarzeń. W dokładnie takim samym miejscu, gdzie toczone były krwawe zmagania prawdziwych żołnierzy, z użyciem prawdziwego prochu, ołowiu oraz żelaza.
Kolejnym ważnym szczegółem psującym atmosferę były, według informacji podawanych przez naszych polskich kawalerzystów uczestniczących w tej bitwie, dostarczone im przez belgijskich hodowców wierzchowce. Pisanie, że były to konie przebrane już przez inne formacje kawaleryjskie jest chyba czymś zbytecznym, bo nawet już sam Napoleon mówił, że Polacy idą w bój jako pierwsi bądź ostatni. W tym wypadku, konie wybierali jako ostatni, jednak te, które pozostały według naszych doświadczonych jeźdźców, uznane zostały w większości jako niezdatne do podołania obowiązkom wierzchowca kawaleryjskiego. Stawały dęba widząc lance bądź też kitę na żołnierskim czaku, nie wspominając o płoszeniu się w obliczu wystrzału, bądź też wybuchu. Tak więc z szerokiej reprezentacji polskich formacji kawaleryjskich nasi rekonstruktorzy musieli zadowolić się okrojoną o połowę grupą, która co jakiś czas wymieniała się końmi i ożywiała swoimi popisami z lekka zmanierowane i schematyczne w swoich działaniach towarzystwo kawaleryjskie.
Niestety, przebieg rekonstrukcji dane mi było śledzić na ekranie telewizora na jednym z bezpłatnych kanałów telewizji kablowej zajmujących się historią. Siedzący w studio trzej panowie historycy wraz z „historykiem amatorem” w postaci prowadzącego starali się w sposób nawet przystępny wprowadzić w temat pokazywanych wydarzeń. Komentarz tego ostatniego w kilku sprawach wprowadził jednak w popłoch „ekspertów”, bo jak odbierać zapytanie owego prowadzącego dotyczące zaszeregowania oddziałów Legii Nadwiślańskiej? Według pana prowadzącego ich mundur, predysponowałby ich do uczestnictwa w zmaganiach po stronie Prusaków. Dawno nie słyszałem takich „rewolucyjnych” pomysłów. Legia, chciałem tylko przypomnieć, od wyprawy 1812 roku była włączona do Gwardii Cesarskiej. Możemy więc śmiało przypuszczać, że w szeregach Gwardii, wśród przysłowiowych „starych zrzędów” – elity, elit Gwardii, było kilku wiarusów z Legii. Nie wszyscy Polacy po pierwszej abdykacji Napoleona powrócili do Polski, najlepszym przykładem jest Paweł Jerzmanowski. On to na czele Szwadronu Elby (składającego się z samych Polaków) towarzyszył Bonapartemu podczas stu dni, tworząc awangardę armii, a także i podczas samej bitwy pod Waterloo będąc pierwszym honorowym polskim szwadronem w szeregach II Pułku Szwoleżerów – Lansjerów Gwardii Cesarskiej. Ogólnie przekaz telewizyjny rozczarował mnie, nie tyle ustawicznym komentowaniem wszelkich ruchów na ekranie przez gości w studio, a dalekimi planami oraz brakiem zbliżeń na pokazywane wydarzenia. Dodatkowym minusem była idea podziału bitwy na dwa dni. Nie wiem, czy drugi dzień zmagań, też był pokazywany, gdyż oglądałem go już w bezpośredniej transmisji, poprzez stronę internetową przygotowaną specjalnie na to wydarzenie. Tam, oczywiście za wniesieniem odpowiedniej opłaty, można było śledzić wszystko bez problemów i zbędnego komentarza. Belgowie do organizacji samej bitwy przygotowali się znakomicie przygotowując trybuny dla widzów, obozowiska dla rekonstruktorów itd. Dodatkowo zarządzając płacenie naprawdę słonych jak na europejskie warunki kwot od 15 € do 28€ za możliwość oglądania zmagań rekonstruktorów. Biorąc pod uwagę, że wszelkie dodatkowe atrakcje, też były płatne to uczestnictwo w tych wydarzeniach nie należało do najtańszych. Na szczęście oglądanie transmisji w internecie w tym wypadku zdecydowanie było tańsze.
Na koniec ponownie będę się posiłkował jednym z wątków pochodzącym z forum internetowego dotyczącego Waterloo 2015. Jeden z rekonstruktorów, zwrócił uwagę, że wśród oficjeli uczestniczących w uroczystościach zabrakło reprezentantów Polski. Jego uwaga jak to bywa w internecie bardzo szybko została podchwycona przez pozostałych forumowiczów. Stwierdzili oni zgodnie, że ten bark był czymś bardzo dobrym, gdyż uniknęli oni przysłowiowego „bicia piany” przez naszych polityków, którzy dla zdobycia kilku kolejnych głosów dla swojego ugrupowania wypowiadaliby tysiąc nic nie znaczących słów oraz obiecywaliby złote góry, o których zaraz zapomnieliby po powrocie do kraju. Nie sposób jest mi się z tym zdaniem nie zgodzić, już nie jedną imprezę rekonstruktorską w naszym kraju politycy zabili.
Rafał Wróblewski

Podziel się:


Pułtusk: Rok bogaty w wydarzenia związane z filmem i teatrem

"100-lecie kina w Pułtusku" oraz "Tradycje Teatralne Pułtuska" – to dwa istotne wydarzenia kulturalne, które wpisały się w kalendarz imprez 2015 roku. Tym właśnie projektom poświęcona została konferencja prasowa, która odbyła się 7 stycznia w Urzędzie Miasta Pułtusk.

Cleo: brakuje mi czasu na solową karierę

Bardzo lubię pracować z Donatanem – twierdzi Cleo i zapewnia, że nie zamierza tej współpracy kończyć. Jej zdaniem już wkrótce fani usłyszą kolejne hity duetu, choć niekonieczne inspirowane folkiem. Wokalistka nie ukrywa, że chętnie zajęłaby się solową karierą, ale brakuje jej na to czasu.

U ciechanowskich poetów

Spotkanie z Markiem Piotrowskim

Coraz ciekawsze stają się „Czwartkowe wieczory z poezją” organizowane przez ciechanowski oddział Stowarzyszenia Autorów Polskich. Bohaterem ostatniego XXI spotkania, 1 października w restauracji „Retro”, był Marek Janusz Piotrowski – z zawodu archeolog, ale także publicysta, autor tekstów kabaretowych, poeta.