„Nie bój się zadania, które przed tobą stawiam, bo ono nie przekracza twoich możliwości”

Podziel się:

„Cechy charakterystyczne, które powinien mieć misjonarz to trzy cnoty podstawowe: cierpliwość, cierpliwość i jeszcze cierpliwość”. Potrzeba wiele odwagi i ufności, żeby zdecydować się na bycie misjonarzem. Jedni marzą o podróży ewangelizacyjnej w nieznaną cywilizację od początku swojej duchownej drogi, na innych zaś decyzja spływa niespodziewanie, jak impuls. Jednym z kapłanów Diecezji Płockiej, który od 2009 r. pracuje w Peru jest Paweł Sprusiński pochodzący z ciechanowskiej parafii pw. św. Piotra Apostoła. O tym jak wyglądała jego droga, opowiedział Tygodnikowi Ilustrowanemu.

Tygodnik Ilustrowany. Skąd decyzja o podjęciu misji?

Ks. Paweł Sprusiński. Nigdy nie myślałem o tym, żeby zostać misjonarzem. W 2006 r. przyjechał Papież Benedykt do Polski. Prosił wtedy o księży na zachód Europy – do Francji, Hiszpanii, Niemiec, Anglii. Mówił, żeby polscy kapłani nie bali się opuszczać kraju, żeby zdobyli się na poświęcenie i pojechali tam, że gdzie ich brakuje. Kolega z mojego roku został wtedy wysłany do Hiszpanii. Po roku, w 2007 pojechałem go odwiedzić wraz z innymi księżmi. Podpatrując jak tam żyje, a bardziej na to, jak wygląda Kościół, zobaczyłem, że tam prawie nie ma duchownych. Seminarium dla 5 diecezji liczy tylko 15 kleryków, a ostatni ksiądz dla 100 tys. wiernych został wyświęcony 5 lat temu. Pojawiła się myśl, że może Pan Bóg mnie woła do tego, żeby tam się udać. Miałem jeden lęk – czy nauczę się języka. Podczas jednej z wycieczek rozmawialiśmy o tym. Moi koledzy mówili „spoko, nauczysz się”, jednak była to dla mnie ogromna wątpliwość. Pamiętam, że zaczęliśmy się modlić psalmami i w Księdze Powtórzonego Prawa (30. rozdział, 11. wers) były słowa: „Nie bój się zadania które przed Tobą stawiam, bo ono nie przekracza Twoich możliwości”. Wiedziałem, że to jest konkretny przekaz od Boga do mnie, że to odpowiedź na moje obawy co do języka. Wróciłem z wakacji i poprosiłem o rozmowę z ówczesnym biskupem. Zanim do tego doszło, czekając zacząłem uczyć się języka. Przez ten czas opanowałem około 2000 słówek. Dwa tygodnie przed spotkaniem naszły mnie kolejne wątpliwości, czy nie szukam przypadkiem w Hiszpanii wygodnego życia. Ciepły kraj, nie tak odległy od Polski. Zacząłem się w każdy wieczór bardzo intensywnie modlić. Prosiłem, aby Bóg dał mi odpowiedź przez mojego przełożonego. 3 sierpnia 2007 r. – spotkanie z biskupem. Kiedy na nie szedłem, miałem w głowie trzy warianty odpowiedzi: tak, do Hiszpanii mogę jechać; nie mogę jechać; mogę jechać ale za rok, dwa, a nawet później. Nie brałem innych możliwości pod uwagę.

Przedstawiłem swoją sytuację biskupowi, na co odpowiedział „Księże Pawle, nie mogę pozwolić na to, żeby ksiądz wyjechał do Hiszpanii, ale mogę Cię wysłać tam gdzie duchownych naprawdę brakuje. Może misje w Peru albo Brazylii?” Ten moment, to było jedno z moich najbliższych spotkań z Panem Bogiem. Wiedziałem, że istnieje, że odpowiada na pytania, zaskakuje i daje mi inne możliwości. Wtedy z racji, że obiecałem sobie przyjąć cokolwiek odpowie mi biskup, zdecydowałem się na Peru.

Jak wygląda proces przygotowania do misji?

W Polsce różne zakony mają swoje formacje, ale główną jest centrum misyjne w Warszawie – tu szkolą się osoby świeckie i duchowne. Przygotowanie obejmuje przede wszystkim naukę języka, co trwa dziewięć miesięcy. W Centrum Formacji Misyjnej rocznie około 30 osób przygotowuje się do wyjazdów. Raz w tygodniu odbywają się zajęcia z misjologii – nauka o misjach, trochę informacji o medycynie tropikalnej. Oprócz wiedzy teoretycznej musimy się również przygotować pod względem zdrowotnym – zadbać o szczepionki. Po dziewięciu miesiącach nauki języka, zwykle jedzie się do państwa w Europie gdzie można go doszlifować.

Jaka jest rola osoby świeckiej na misji?

To ciągle olbrzym śpiący. Potencjał, który nie jest w pełni wykorzystany przez kościół. W Iquitos gdzie pracuję, w dwóch wikariatach jest łącznie 10 misjonarzy, w tym cztery osoby świeckie. Jest ze mną Gabriela, która prowadzi jadłodajnię. W sąsiedniej parafii zaś inna dziewczyna, która zajmuje się całą ekonomią diecezji, różnymi projektami wsparcia od Kościołów z Europy czy USA. Koordynuje finanse parafii.

Jak wygląda dzień z życia misjonarza?

Dzień misjonarza jest nienormowany. To jak wygląda, zależy ode mnie. Mam parafię –Señor de los Milagros,  jedna z mniejszych w Iquitos, 8-10 tysięcy. Dużo osób jest bardzo zaangażowanych, bez nich sam nic bym nie zrobił. Głównie koordynuję różne zajęcia, zadania duszpasterskie w parafii. Jestem również kapelanem w więzieniu liczącym prawie 1000 więźniów. W Peru największym cierpieniem jest to, że od zawsze brakowało tu księży i do dziś nie ma powołań. W Diecezji Płockiej jest 700 tys. wiernych, a 600 kapłanów, natomiast na 700 tys. katolików w Iquitos przypada tylko 40. Miejscowych jest może siedmiu, reszta to zagraniczni misjonarze. W naszej kulturze, wysysamy wiarę z mlekiem matki. Naukę mamy w szkole, w domu. Tu czegoś takiego nie ma. Jest bardzo mało powołań, ale to też kwestia rodziny.

Co jest największą bolączką Peru?

Jeżeli chodzi o biedę to jest oczywiście ta materialna, której Kościół próbuje zaradzić. Niestety, brak moralności mieszkańców też daje do myślenia. Ci ludzie są wierzący, ale jak mówi św. Augustyn „nie można kochać kogoś, kogo się nie zna”. Oni wierzą w Pana Boga, ale mało go znają. Brakuje katechezy, która jest możliwa, ale znowu są zbyt leniwi żeby się do niej przygotować. To inna kultura – ludzie z dżungli, którzy żyją z dnia na dzień.

Czy to duży wstrząs – przenieść się do innej rzeczywistości?

Tak. Cechy charakterystyczne, które powinien mieć misjonarz to trzy cnoty podstawowe: cierpliwość, cierpliwość i jeszcze cierpliwość – do ludu, którego nie do końca rozumiemy, ich kultury i zachowań; do siebie i do wszystkiego co jest inne. Zdaję sobie sprawę, że nie mogę zrobić z nich Europejczyków, muszę wejść w ich świat i myślenie. Oni kochają wszelkie błogosławieństwa, wszystko to co jest związane z dotykiem. Woda święcona leje się tam litrami, a nie symbolicznie tak jak u nas. Jest remedium, lekarstwem na wiele spraw. Czasami wiara w wodę święconą jest większa niż w sakramenty.

Przywiązują wielką wagę do symboli.

Tak. To Latynosi. My jesteśmy bardziej statyczni, zdystansowani, natomiast oni każdy gest wykonują całym sobą. Widać to nawet w kontaktach międzyludzkich. Znak pokoju zawsze okazują przez pocałunek, więcej jest gestów. Kiedy się modlą, muszą dotknąć obraz czy figurę – mieć fizyczny kontakt. Przy parafii w której pracuję jest sierociniec. Skupia około 80 dziewczynek od 4 do 15 roku życia. Przychodzą grupami na msze święte, o których żartobliwie mówię „Msze Święte całuśne”. Na początku przybiegają się przywitać. Kiedy jest znak pokoju, muszą go przekazać Padre. Kiedy opuszczają świątynię, nie obejdzie się bez pożegnania. Wiarę wyraża się tam nie tylko poprzez słowa, ale też gesty.

Czy ma Ksiądz jakieś wspomnienie, widok który mocno zapadł w pamięci?

W Peru księża nie prowadzą pogrzebów. Nie sposób w tak licznej społeczności by 40 księży temu podołało. Zawsze jednak zapraszają na takie „puste noce”. Jest czuwanie przy zmarłym, następnego dnia odbywa się pogrzeb. Ksiądz jest proszony by się pomodlić, pokropić wodą święconą. Pamiętam sytuację, kiedy modliłem się nad chłopakiem, 21 lat, zginął w pracy przyciśnięty przez maszynę. Pomodliliśmy się, oczywiście obficie pokropiłem ciało wodą święconą. Wyszedłem z ich domu, nie uszedłem kilku kroków, kiedy zapłakana mama pobiegła za mną i zapytała „Padre, czy coś się da zrobić, bo mój syn nie był ochrzczony”. Nie zdążyłem otworzyć ust by odpowiedzieć, ale wyręczyła mnie pani która mi towarzyszyła. Była wierną, która w kościele bywałą niemal codziennie, bardzo związana z katechezą, wydawała się na wyedukowaną i mówi do zapłakanej Carmen „niech pani się nic nie martwi, ksiądz poświęcił wodą – jest ochrzczony”. Ta kobieta była tak roztrzęsiona, że nie chciałem już nic tłumaczyć, nie pogarszać sprawy. To co właśnie bardzo mną wstrząsnęło to brak katechezy oraz fakt, że woda święcona załatwia wszystko.

Fot. Archiwum ks. Pawła Sprusińskiego

Podziel się:


Dni Patrona w "Krasiniaku"

Pod znakiem romantyzmu

W I Liceum Ogólnokształcącym im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie obchodzone były Dni Patrona. Ostatniego dnia odbyło się ich uroczyste zwieńczenie.

Młodzi Francuzi w Zespole Szkół nr 2 w Ciechanowie

Tatar z łososia, aksamitna zupa kalafiorowa, kaczka w pomarańczach z ziołową polentą, sery, a na deser: lody z gorącym musem malinowym - takie m.in. delicje podano podczas spotkania w ZS 2 pod hasłem "Kulinarna wędrówka po Europie - Polska – Francja.

Na referendum. W gminie mają być dyżury, łączność oraz sprzęt informatyczny

PKW zamieściła uchwały określające zadania komisarzy wyborczych i obwodowych komisji w związku z przygotowaniem i przeprowadzeniem referendum ogólnokrajowego 6 września.